Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Promocja i imprezy lokalne czyli propaganda i igrzyska na koszt podatnika

30.08.2012

Wydatki na promocję i imprezy to najbardziej podatna na nadużycia część budżetów jednostek samorządu. Często mamy tu do czynienia z kupowaniem sobie poparcia za pieniądze podatnika.

Wpływ promocji miasta czy gminy na jej rozwój jest względny i niezbadany. Nie sposób rozstrzygnąć obiektywnie, czy dane środki wydatkowane na promocję przyniosły jakikolwiek – a jeśli tak, to jaki konkretnie – efekt. Znamy na świecie przykłady długofalowego skutecznego wypromowania marki miasta (by wspomnieć chociażby Sydney czy Barcelonę). W skali krajowej już trudniej o takie jednoznaczne przykłady. Promuje się już chyba niemal każda jednostka samorządu co powoduje, że kampania która nie jest jakoś szczególnie pomysłowa lub intensywna (a najlepiej i taka i taka) zupełnie ginie w ogólnej kakofonii.

Szeroko pojęta kultura, a szczególnie imprezy masowe, są podobnie subiektywnym i względnym obszarem. Po pierwsze, pomimo iż cieszą się często dużą popularnością, niewątpliwie nie służą zaspokojenia podstawowych potrzeb mieszkańców. Mówiąc prosto: od braku darmowego koncertu Maryli Rodowicz czy grupy Bajm jeszcze nikt nie umarł, uszczerbku na zdrowiu ani na majątku nie poniósł – czego nie można już powiedzieć o braku kanalizacji czy drogi z utwardzoną nawierzchnią.

Dlaczego więc pomimo wątpliwych i trudnych do ustalenia korzyści lokalne władze tak ochoczo wydają znaczące środki na promocję i imprezy? Banalnie proste – gdyż przynosi to wielowymiarowe korzyści polityczne.

Po pierwsze promocja miasta czy gminy zazwyczaj jest, przynajmniej przy okazji, promocją rządzącego nią polityka. Są chwyty banalne i łatwo rozpoznawalne sposobów – jak na przykład osobisty występ włodarza na bilboardach czy spotach reklamowych. Są nieco bardziej subtelne – żeby z przekazem że w mieście X „jest super, jest super, więc o co ci chodzi?” trafiać nie tylko na zewnątrz, ale również – albo i przede wszystkim – do wewnątrz, do jego mieszkańców a więc wyborców.

Po drugie dla wielu nadal pojęcie „pieniędzy podatnika” jest puste, ludzie nie czują że to ich pieniądze. Więc burmistrz co – za ich pieniądze – zrobił festyn „zafundował im festyn”. A ten co ich pieniądze zaoszczędził „nic nie robi”.

Po trzecie – stały strumień zamówień na działania reklamowo-promocyjne kierowany do lokalnej branży mediów, PR i reklamy uzależnią ją, tak jak narkotyk uzależnia od dealera. Czy lokalna gazeta będzie krytykować prezydenta, jeżeli gro jej budżetu reklamowego to zlecenia z urzędu, spółek komunalnych i zaprzyjaźnionych? Czy firma outdoorowa dostająca tłuste zlecenia od urzędu odmówi gdy szef tegoż urzędu zgłosi się po solidny rabat na materiały jego komitetu wyborczego?

Po czwarte – działania mające w istocie charakter igrzysk dla gawiedzi, czy korumpowania tłustymi fuchami elit opiniotwórczych (czyż nie łatwiej później zebrać komitet honorowy poparcia kandydatury?) pomieścić można w worku „wydatki na kulturę”. I który krytykant spróbuje wyjść na troglodytę żałującego środków „na kulturę”?

Dlatego wydatki na imprezy i cała szeroko pojętą promocję powinny być pod bardzo baczną kontrolą obywateli, niezależnych mediów i lokalnych opozycyjnych polityków. I do każdego ich zwiększenia należy podchodzi z daleko idącą podejrzliwością.

Marcin Horała

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook