Jedynie prawda jest ciekawa

Precz pseudo-wigiliami

23.12.2014

Gdy piszę te słowa – na dzień przed prawdziwą wigilią Bożego Narodzenia – mija jeden z najtrudniejszych okresów w roku dla osób aktywnych zawodowo i społecznie. Sezon na oficjalne pseudo-opłatki a nawet, o zgrozo, pseudo-wigilie.

Na wstępie wypada uczynić zastrzeżenie. Piszący te słowa jest z natury cichym introwertykiem. Najlepiej czuję się w gronie bliskiej rodziny czy kilku najbliższych przyjaciół. „Ładuję akumulatory” w ciszy, spokoju, kiedy nie muszę nikogo słuchać, nie muszę podtrzymywać konwersacji dla jej podtrzymania itp. Nie lubię więc wszelkich sztywnych oficjalnych sytuacji, nie cierpię tego co amerykanie nazywają „small talk” a ja paplaniem bez sensu o niczym, tych wszystkich społecznych konwenansów „och, panie profesorze jak miło pana poznać, pan pozwoli panie mecenasie, przedstawię swoją małżonkę, nieprawdaż panie prezesie, że zima w tym roku wyjątkowo łagodna”. Rozumiecie klimat. Brrrr.

Nawet pełniąc pewne funkcje społeczne można się od większości tego rodzaju okazji wymigać. Jako radny przykładowo dostaję od czasu do czasu zaproszenie na jakieś przecięcie wstęgi czy tam inne uroczyste otwarcie albo zamknięcie połączone ze skromnym poczęstunkiem albo symboliczną lampką. Z zaproszeń takich po prostu zazwyczaj nie korzystam i już, jeszcze nikt nie miał z tego powodu pretensji.

Ale raz w roku nadchodzi sezon oficjalnych okazji, obecność na których jest poddawana społecznej presji a nieobecność lub niechętna obecność wywołuje pretensje i towarzyską stygmatyzację. Sezon pseudo-opłatków i pseudo-wigilii. Jak Polska długa i szeroka w zakładach pracy, stowarzyszeniach, organizacjach, organach i instytucjach odbywają się spędy na których dorośli ludzie bawią się w udawanie wigilii, tak samo jak dzieci bawią się w udawanie doktora czy szkoły.

Zauważam przy tym z biegiem lat zaostrzenie choroby. Tam gdzie kiedyś był tylko poczęstunek i ogólne życzenia od szefa/przewodniczącego/prezesa wchodzi z czasem łamanie się opłatkiem wszystkich ze wszystkimi. Tam gdzie było tylko łamanie opłatkiem dochodzi serwowanie wigilijnych potraw, śpiewanie kolęd, tylko patrzeć jak będą prezenty pod choinką.

Czy to boczny odprysk komercyjnego szaleństwa, które aby skutecznej wydrenować portfele każe wprowadzać „świąteczny nastrój” od połowy listopada? Przyzwyczaja nas do wrażenia że „święta” trwają nie przez dwa dni rzeczywistego Bożego Narodzenia tylko przez cały grudzień co budzi psychiczną potrzebę rozciągnięcia na ten okres w jakiejś ułomnej formie całej świątecznej obyczajowości?

A może to skutek uboczny „fajności” tych akurat świąt? Po prostu lubimy je jak dzieci, co nie rozumieją że cukierek jest smaczny dopóki jest rzadką przyjemnością - a jeśli zaczniemy cukierki jeść codziennie na kilogramy to zamiast przyjemności wzbudzą wymioty? Więc chcemy sobie zrobić jakieś sztuczne mini-święta, „poczuć świąteczną atmosferę” lub nawet – ta kalka językowa mnie szczególnie drażni – „magię świąt”? Wszak do innych świąt się to nie stosuje, jakoś nie ma inicjatyw żeby np. 20 października pracownicy pod wodzą szefa szli na groby zapalać znicze, albo żeby 15 czerwca stowarzyszenie czy inne kółko spotykało się aby pochodzić po ulicach sypiąc kwiaty. Bo Boże Ciało czy Wszystkich Świętych nie są takie łatwe i przyjemne dla każdego więc nie bawimy się w symulowanie ich obrzędowości w innych gronach i okazjach?

To mnie właśnie najbardziej boli w tych pseudo-opłatkach i pseudo-wigiliach – że w imię kultywowania tradycji się właśnie tradycję niszczy, wulgaryzuje, spłyca i obrzydza poprzez nadmiar.

Przy czym zupełnie zostawmy tu na boku nieistotną dla tych rozważań, choć najbardziej istotną w ogóle okoliczność, że nie o tradycję, nie o barszczyk, kolędy a nawet dzielenie się opłatkiem tak naprawdę najbardziej chodzi w świętach Narodzenia Pańskiego.

Nawet przy samej tradycji pozostając to jej istotą jest właśnie że spotykamy się w szczególny dzień (a więc dzień jedyny, wyjątkowy, niepowtarzalny i bardzo konkretny – a nie dowolnie wybrany w grudniu, powtarzalny i symulowany), w gronie najbliższych, lub osób zaproszonych na zasadzie, że dla każdego powinno się znaleźć miejsce przy wigilijnym stole (a nie w gronie przypadkowych, nieraz zupełnie obcych a często nielubianych osób, które np. należą do tej samej organizacji czy pracują w tej samej firmie), składamy sobie szczere życzenia (a nie powtarzamy oklepane formułki lub składamy życzenia fałszywie bo tak wypada ale wiadomo że delikwenta byśmy utopili w łyżce wody a i on nas równie chętnie).

O te życzenia to w ogóle zasługują na odrębne wspomnienia. Halinka z księgowości głupia zołza, doniosła na mnie do szefa a Mirek ze sprzedaży idiota przez którego mam dwa razy więcej roboty. Kopaliśmy dołki pod sobą godzinę temu i kopać będziemy za godzinę. Ale teraz to naści opłatek, buzi-buzi, zdrowia, szczęścia i wesołych świąt serdecznie życzę!

A żeby dodać żart do zniewagi te niemal wszystkie pseudo-wigilie w imię tradycji odbywają się w okresie nie-bożonarodzeniowym. W dyskusjach, które co roku odbywam na te tematy z frakcją zwolenników zabawy w pseudo-tradycje nieodmiennie lubię ten moment, gdy po wysłuchaniu argumentów i zarzutów, że jestem przeciwny tradycji albo, że jaki to smutny ze mnie człowiek że „nie lubię świąt” w kilku słowach krzewię wiedzę na temat tego kiedy jest okres bożonarodzeniowy (podpowiadam – rozpoczyna się w Wigilię Narodzenia Pańskiego i trwa do Niedzieli Chrztu Pańskiego czyli pierwszej niedzieli po 6 stycznia). To jest okres by zgodnie z tradycją śpiewać kolędy, żeby stały choinki i nawet – jak ktoś już bardzo musi – w tym okresie stosowne byłyby jakieś spotkania w gronach oficjalnych z barszczykiem i opłatkiem. Natomiast na pewno z tradycją nic wspólnego nie ma zabawa w udawanie Bożego Narodzenia w adwencie. No chyba że to taka nowa, świecka tradycja.

Nie ma nic złego w tym żeby ludzie razem pracujący spotkali się raz na rok w luźniejszej atmosferze i coś razem zjedli lub pośpiewali – ale czy naprawdę trzeba do tego celu używać symboliki należącej do zupełnie innego porządku? Świetnie jak sobie wybaczamy i dobrze życzymy – ale jest to zupełnie bez sensu, jeżeli ma być sztucznym konwenansem wykonywanym pod obyczajowym przymusem.

To już z dwojga złego wolę takie korporacyjno-anglosaskie Christmas Party, które przynajmniej nie udają że są wigilią.

Na zakończenie trzeba dodać, że powyższe uwagi nie odnoszą się do para-wigilii organizowanych dla osób, którym prawdziwej wigilii zabraknie – samotnych, bezdomnych, pensjonariuszy domów opieki społecznej, więźniów itp. W ich wypadku erzatz wigilii możliwie zbliżony do oryginału ma głęboki sens, bo oryginału mieć nie będą.

W pozostałych przypadkach apeluję: skończmy z tym szaleństwem oficjalnych pseudo-opłatków i pseudo-wigilii. A przynajmniej my, którzy ich nie lubimy – skończmy z uleganiem społecznemu przymusowi uczestniczenia w nich. Parafrazując znane wezwanie – musimy się policzyć. Najprawdopodobniej się okaże, że jesteśmy (na razie milczącą) większością.

 

 

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook