Jedynie prawda jest ciekawa

Pokój dzięki sile, czyli szykujmy się do wojny

03.09.2014

Wojna towarzyszy człowiekowi przez całą jego historię. Patrząc na nią z perspektywy widzimy, że dłuższe okresy pokoju to właściwie anomalia, odchylenie od normy. Niestety daliśmy sobie wmówić, że tym razem anomalia potrwa wiecznie. Być może wkrótce przyjdzie zakosztować gorzkich owoców tej iluzji.

A przecież ludzkość przez wieki zbadała fenomen wojny wielokrotnie (i doświadczalnie). Mądrość pokoleń nią doświadczonych znajdziemy nawet na poziomie złotych myśli i aforyzmów. Chcesz pokoju, szykuj się do wojny – wiemy od czasów rzymskich, a dotarło to już nawet do naszego arcyboleśnie prostego prezydenta. Pokój dzięki sile miał powiedzieć cesarz Hadrian, a lubił po nim powtarzać Ronald Reagan. Darując już sobie autorów idźmy dalej: wojna nie wybucha kiedy gotowi są do niej wszyscy, lecz gdy gotowi są do niej niektórzy. Ceną wolności jest wieczne czuwanie. Kraj, który nie chce utrzymywać swojej armii, będzie musiał utrzymywać cudzą. I tak dalej i tym podobne.

Tymczasem przez całą III RP zachowywaliśmy się jakby to nas zasadniczo nie dotyczyło, jakby było tylko jakimś nieaktualnym – chciałoby się powiedzieć dialektycznie przezwyciężonym – etapem historii. Szczytem naszej myśli obronnej było dążenie do wstąpienia do NATO, które miałoby zapewnić nam wiekuiste bezpieczeństwo. Najwyraźniej drogą magii, bo przecież na przykład nie poprzez stacjonujące na naszym terenie wojska.

Nie obudził nas z błogiego snu przykład Gruzji. Nie obudziły nas odbywane za naszą granicą manewry wielotysięcznych wojsk ćwiczących inwazję na terytorium Polski połączoną z atakiem nuklearnym na naszą stolicę.

Teraz, gdy rosyjskie wojska pancerne „zabłądziły” na wschodnią Ukrainę, gdy mamy konwencjonalną wojnę tu, w Europie, tuż za naszym progiem, budzimy się tego szaleńczego snu. Bo – teraz widać jak na dłoni – uznać, że możemy być jednocześnie krajem rozbrojonym i bezpiecznym – to jakiś obłęd. Przykładowo nie uważa tak wcale ufortyfikowana alpejskimi szczytami i ciesząca się pokojem od stuleci Szwajcaria. A uważaliśmy tak my, mieszkańcy sezonowego w ostatnich wiekach kraju, leżącego w środku geostrategicznego przeciągu. Kraju niżu środkowoeuropejskiego, który rozpędzona kolumna pancerna przejdzie w tydzień od granicy do granicy. Kraju, którego potężny sąsiad ma wpisane w oficjalną ideologię podważanie ładu światowego i którego wojska regularnie ćwiczą wojnę agresywną.

A cóż my na to, co zrobiliśmy przez 25 lat niepodległości? Kupiliśmy przyzwoite samoloty szturmowe i niezłe używane czołgi, nieco sprzętu artyleryjskiego i transporterów piechoty – trzeba przyznać, dobre i to. Dalej już jest mniej różowo. Praktycznie zlikwidowaliśmy marynarkę wojenną. Nie mamy nowoczesnego systemu obrony przeciwlotniczej i praktycznie żadnego spójnego systemu obrony przeciwrakietowej. Zwinęliśmy armię do stanu, w którym ma po prostu za mało ludzi żeby w miarę porządnie obsadzić rubież obronną na choćby jednej granicy. Wygasiliśmy a potem zlikwidowaliśmy pobór, nie wprowadzając w zamian powszechnego przeszkolenia wojskowego mężczyzn. Nie mamy w ogóle systemu obrony terytorialnej zakotwiczonej w lokalnych umocnieniach, nasyconej ręczną bronią ppanc i plot. Nauka przysposobienia obronnego (obecnie to się nazywa edukacja dla bezpieczeństwa) w większości szkół to farsa. Podtrzymaliśmy regulacje dostępu do broni, których duch wywodzi się z troski, żeby wolny obywatel przypadkiem nie miał czym strzelić zza węgła do milicjanta czy innego utrwalacza władzy ludowej. Jeszcze kilka lat temu dobre źródło kryzysowych oszczędności widzieliśmy w ograniczaniu i tak niewysokich wydatków na obronność.

Jesteśmy państwem z armią zdecydowanie poniżej potrzeb, a nawet zdecydowanie poniżej skądinąd niewielkich możliwości. Jesteśmy rozmemłanym, rozbrojonym społeczeństwem, w którym przytłaczająca większość roczników w wieku poborowym nie wie z której strony strzela karabin (w tym i niżej podpisany, kategoria A, przeniesiony do rezerwy bez przeszkolenia). Zachowujemy się jakbyśmy mieli geopolityczne położenie Kanady albo Australii – podczas gdy w istocie zaczyna ono przypominać bardziej Izrael.

Teraz trend się odwraca. Mieliśmy pierwszą od lat porządną defiladę w Święto Wojska Polskiego z bardzo trzeźwym, realistycznym przemówieniem prezydenta (oby się przełożyło na politykę państwa). Nikt już nie mówi o obcinaniu wydatków na obronność. Pojawiają się inicjatywy w rodzaju odbudowy Armii Krajowej czy planów formowania oddziałów ochotniczych w Białymstoku i Szczecinie. Być może następne wybory będzie się wygrywać nie pod hasłem „ja dam więcej zasiłków” tylko „ja kupię więcej czołgów”. Oby historycy piszący za sto lat książki o naszych czasach nie dodawali w tym miejscu: „za późno”.

Oczywiście nigdy nie będziemy mieć armii zdolnej do pokonania Rosji w sensie, nie wiem, zdobycia Moskwy. Ale musimy mieć armię, a raczej cały system obronności, który uczyni agresję na nasz kraj możliwie najbardziej kłopotliwą, czasochłonną i trudną w wykonaniu. Musimy podbić rachunek kosztów dla agresora, aby zwiększyć szansę że uzna, że nie opłaca się go zapłacić. Teraz już widzą i mówią to wszyscy, nawet ci z opcji prorosyjskiej. W o ileż lepszej sytuacji znajdowałaby się dziś Ukraina, gdyby jej siły zbrojne były w stanie w kilka dni zlikwidować „Noworosję” zanim na dobre zaistniała…

Ważne żeby teraz, kiedy sprawa jest tak oczywista, w trybie awaryjnym podnosić obronność kraju. Nawet na skróty, celując w maksymalnie efektywny stosunek poniesionych wydatków do efektu dla siły militarnej (a więc przykładowo kupując gotowe, sprawdzone systemy a nie prototypy, nie stroniąc od sprzętu używanego, wspierając i zbrojąc jednostki ochotniczej obrony terytorialnej itp.)

Ale warto też by zrobić jeszcze jedno – przegląd debaty publicznej i polityki państwa ostatnich 25 lat. Wynotować sobie publicystów i polityków, którzy przekonywali nas, że wojsko to przeżytek, że szkoda wyrzucać pieniądze na zbrojenia. Rojących, że nie warto rozwijać konwencjonalnej armii z czołgami i armatami, że wystarczą nam nieliczne para-policyjne jednostki antyterrorystyczne do misji pokojowych. Walczących o zniesienie poboru bez wprowadzenia w zamian powszechnego przeszkolenia. Obcinających budżety wojska lub to postulujących. Sprzeciwiających się lokalizacji w Polsce elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Bredzących jaka to Rosja nam przyjazna i jak koniecznie powinniśmy się szczerze pojednać i wyzbyć paranoicznej podejrzliwości. W większości widać teraz, że byli to szkodliwi idioci, których należałoby trwale wyeliminować z polskiej polityki. Ale nie tylko idioci, część z nich z pewnością wiedziała co czyni i za ile. By zakończyć, tak jak się rozpoczęło, cytatem – tym razem z Piłsudskiego. „Podczas kryzysów – powtarzam – strzeżcie się agentur.”

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook