Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Plemiona czasów medialnej kakofonii

06.12.2013

Złapałem się ostatnio na tym, że rozmawiając z niektórymi znajomymi o bieżących wydarzeniach społeczno-politycznych mówię zupełnie innym językiem.

Oni nie mają pojęcia o zdarzeniach, które dla mnie wydają się być wiedzą powszechną i vice versa. Nawet niektórych słów używamy w innym znaczeniu, a już na pewno z innym wektorem emocjonalnym.

To jest daleko głębsze pęknięcie, niż zwykła różnica opinii. Różne opinie się ma na jeden wspólny temat i wymienia się je we wspólnym języku, odwołując się do tożsamo rozumianych pojęć. Tymczasem my wydajemy się żyć w dwóch różnych światach.

Taki rozdźwięk z pewnością nie jest niczym nowym. W zamierzchłych czasach to pewnie mieszkańcy sąsiednich wsi różnili się nieco aparatem pojęciowym, istotnym nawet wieściom zabierało miesiące zanim trafiły pod strzechy w najbardziej peryferyjnych rejonach królestwa. Ze względu na proste braki w środkach komunikacji nie było możliwości powstania i uzgodnienia jakiegoś w miarę jednolitego stanu wiedzy powszechnej i powszechnego aparatu pojęciowego.

Wraz z rozwojem mediów drukowanych ta bariera terytorialna zanikała, ale zaczęła się tworzyć inna, ideowo-tożsamościowa. Masowe ruchy polityczne końca dziewiętnastego i początku dwudziestego, zakorzenione w podziałach klasowych, miały tendencję do organizowania całokształtu życia społecznego danej grupy. Socjalistyczny robotnik mógł głosować na partię socjalistyczną, należeć do socjalistycznego związku zawodowego, hobby uprawiać w stowarzyszeniu wędkarzy afiliowanym przy tym związku i czyta

socjalistyczną prasę w socjalistycznej czytelni. Podobnie ziemianin w kółku ziemiańskim czy tam inny chadek w towarzystwach około-kościelnych. Oczywiście to upolitycznienie mas nadal było dość wyspowe i pozostawało wokół niego morze „tutejszych” nie zapisanych do żadnego plemiona ideowego i czerpiącego wiedzę o świecie z tradycji, zwyczaju, plotki itp. Poszczególne cząsteczki memowe pewnie przenikały do tego świata ze światów zorganizowanych plemion ideologicznych i jakoś tam chaotycznie krążyły i ze sobą konkurowały.

Wydaje się, że tym co przełamało te plemienne podziały i jednocześnie naprawdę umasowiło bieżącą informację i jak i szerszą kulturę popularną, było radio a zwłaszcza telewizja. Zaczęli je w drugiej połowie XX wieku słuchać/oglądać wszyscy. Chcąc docierać do wszystkich w warunkach rynkowych (nie mówimy tu o nienormalnościach totalitaryzmów) nie mogły być jakieś skrajnie zideologizowane w żadną stronę, ich bias pozostawał łagodny (im bardziej masowe, tym bardziej łagodny).

Co stało się potem? Z jednej strony media masowe zaczęły być coraz mniej łagodne w swoim przechyle ideologicznym skręcając coraz bardziej w stronę lewicowo-liberalną. Z drugiej strony pojawiły się lepsze możliwości techniczne obejścia ich monopolu. Pierwszymi oznakami nadchodzącej zmiany były amerykańskie sukcesy najpierw talk radio, a potem telewizji Fox News. Okazało się, że gdy kanałów w radio/telewizorze nie jest już kilkanaście tylko ponad sto, kanały dla każdego są już dla nikogo. Tak jak z telewizji ogólnej wyodrębniły się np. kanały filmowe, by potem dalej się specjalizować na kanały z filmami romantycznymi, z komediami, z sensacjami itp. Tak samo najpierw z wieczornych dzienników wyodrębniły się kanały newsów, by następnie dalej się różnicować np. na kanały z newsami lewicowymi i z newsami prawicowymi. Zamiast teoretycznie walczyć o cały tort, ale w praktyce mając do tego stu konkurentów zostać na końcu z okruszkiem – lepiej wybrać sobie jakiś mniejszościowy, ale znaczący kawałek, który będzie cały nasz bo go zmonopolizujemy idealnie modelując przekaz pod jego gusta.

A do kompletnego rozjechania się medialnych światów doszło gdy medium newsowym zaczął stawać się internet. Po co mam oglądać wieczorny dziennik czy nawet telewizję newsową, skoro wszystkie wiadomości mam w czasie rzeczywistym na komórce nawet jak akurat jadę autobusem albo siedzę w toalecie? No tak, ale w internecie to dopiero trzeba się wyróżniać z miliarda głosów. Zamiast jednego-dwóch głosów mówiących do wszystkich mamy dziesiątki tysięcy głosów, a każdy mówi do tysięcznych części zbioru odbiorców. Często mówi coś zupełnie innego i o czymś zupełnie innym, niż inne których dany odbiorca pozna.

Jak się nie jest zawodowym medioznawcą czy analitykiem rynku PR to nie ma się czasu ani zdrowia żeby spróbować choćby wysłuchać wszystkich stron. Wybieramy sobie tych kilku nadawców, którzy nam odpowiadają i słuchamy ich. Jak mam poglądy prawicowe to lajkuję prawicowe fanpejdże na Facebooku i followuję prawicowych polityków i komentatorów na Twitterze, czytam blogi prawicowych publicystów i czasem z rzadka wchodzę na prawicowe portale (choć właściwie to coraz rzadziej, skoro wszystkie ciekawe teksty stamtąd już na pewno mi ktoś podlinkował na TT/FB). Jak trafię na kogoś kto z kolej followuje lewicowych i czyta lewicowe blogi – nic dziwnego, że okazuje się, że mówimy różnymi językami i nawet mamy diametralnie różny stan wiedzy co do faktów.

Instynktownie pewnie uznamy taki stan rzeczy za niekorzystny. Oto na naszych oczach dekonstruuje się wspólny kod kulturowy narodu i powoli zaczynamy się rozpadać na zradykalizowane plemiona ideologiczne. Już nie tylko każde ma swoich partykularnych polityków i publicystów. Mamy już też partykularnych bohaterów narodowych, reżyserów i poetów.

Ale z drugiej strony to jest przecież powrót to przeszłości. To fragmentacja cyrkulacji wiedzy, opinii i kultury była normą w historii ludzkości a ich zglajszachtowanie przez trzy na krzyż kanały telewizji – krótkim eksperymentem. Coś co dla człowieka przez wieki było naturalne nie może być chyba tak jednoznacznie szkodliwe. Ot chociażby fakt, że coraz trudniej jest przestawiać medialne wajchy bo wajchowych musiałoby być nie pięciu, tylko tysiące - a tylu nie da się skutecznie kontrolować. Oczywiście to nie tak, że manipulacja nie wchodzi w grę, co to to nie. Ale stała się trudniejsza i bardziej skomplikowana, to już nie jest jeden mikrofon do którego wystarczy się dorwać. To cały system impulsów i rezonansów, których największy nawet wirtuoz do końca nie dostroi.

Marcin Horała


Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook