Jedynie prawda jest ciekawa

Partycypacja a sprawa polska

29.11.2013

Mechanizmy partycypacyjne w samorządach, w tym przede wszystkim budżet obywatelski, zdobywają ostatnio ogromną popularność.

Już kilkadziesiąt miast i gmin w Polsce wprowadziło budżet obywatelski (w tygodniu w którym piszę te słowa dołączyła do nich moja rodzinna Gdynia, aczkolwiek w formie skrajnie okrojonego budżeciku obywatelskiego). Może warto na chwilę się zatrzymać i zastanowić: a może mamy do czynienia z modą, z instynktem stadnym nie wartym naśladowania?

Że to moda to pewne, co więcej moda w znacznej mierze lansowana przez wpływowe w mediach środowiska lewicowe. To, że coś jest modne nie znaczy jednak automatycznie, że jest złe - a i środowiskom lewicowym od czasu do czasu zdarzyć się może przypadkiem popieranie słusznych rozwiązań. Jak jest w tym wypadku?

Średnio do mnie przemawia idea uskrajnionego, bezpośredniego, demokratyzmu, która najczęściej dominuje w dyskursie wokół partycypacji. Wynika ona tak naprawdę z marksistowskiej kategorii alienacji – że oto nawet wybrana w wyborach powszechny władza automatycznie staje się „onymi”, traci kontakt z bazą i tylko i wyłącznie masy ludowe, bez żadnych instytucji pośredniczących, niosą ze sobą samo dobro i jedynie słuszne decyzje.

Idea lokalnej demokracji przedstawicielskiej, wybierania władzy na jakiś okres, dawania na ten okres dość wolnego mandatu i następnie rozliczania z wyników jest co najmniej równie sensowna. A więc?

Moje niemal entuzjastyczne poparcie dla możliwie dużych budżetów obywatelskich nie wynika z ogólnego ideolo, tylko z analizy polskiej specyfiki. Bo w Polsce jako alternatywy dla partycypacji społecznej nie mamy tak naprawdę demokracji przedstawicielskiej.

W wyniku szeregu różnych czynników: od struktury własnościowej mediów lokalnych po dokonane swego czasu sytuacyjne i nieprzygotowane wprowadzenie bezpośrednich wyborów władzy wykonawczej, realny system polityczny wielu polskich samorządów to nie żadna tam demokracja przedstawicielska tylko raczej monarchia dziedziczna, ustrój oligarchiczny tudzież dyktatura biurokracji. To nie jest tak, że budżet ustalają wybrani w demokratycznych wyborach radni, następnie rozliczani przez świadomych wyborców z podjętych działań. Nie – budżet ustala starszy referent z naczelnikiem wydziału, radni trzymani za gardło przez prezydenta nie śmią zmienić w nim ani przecinka, a lokalni wyborcy nie mają zielonego pojęcia jak to się odbywa bo i nie ma komu im tego wytłumaczyć.

A w takiej sytuacje realnej wyrwanie lokalnej oligarchiczno-biurokratycznej sitwie choć kawałka władzy jest na wagę złota. Wpuszcza nieco świeżego powietrza do systemu, który bez tego przypominałby Meksyk pod pięćdziesięcioletnimi rządami Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej. To dlatego popieram budżet obywatelski.
I jeszcze dlatego, że w istocie nie daje władzy szerokim masom ludowym. Przy z pewnością niskich frekwencjach daje nieproporcjonalnie dużą (np. w stosunku do wyborów powszechnych) władzę świadomym, podmiotowym, zorganizowanym obywatelom. Jednostkom będącym w mniejszości, stanowiącym 10 czy 15% lokalnej społeczności - ale te najbardziej wartościowe 10%. Ludziom nieobojętnym na to co się dzieje dookoła i skłonnym podejmować jakiś wysiłek dla dobra wspólnego. Takie postawy warto premiować zwiększonym i bezpośrednim wpływem na władzę.

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook