Jedynie prawda jest ciekawa

Osiem powodów ostatnich sukcesów Korwina

09.05.2014

Ostatnia zwyżka sondażowa i tournée medialne Kongresu Nowej Prawicy i jej lidera nie może pozostać bez mojego komentarza.

W końcu jestem byłym korwinistą (choć to już dziesięć lat stuknęło jak podpisałem rezygnację z członkostwa w UPR) i aktualnym korwinologiem.

Wypadałoby też dokonać korekty poprzedniej prognozy z przed kilku miesięcy gdzie na moim korwinometrze prognozowałem wynik KNP niezły, ale bez przebicia linii oporu wyników korwinistycznych (czyli tak ok. 3%). Zanosi się na to, że jednak będzie więcej, kto wie, może nawet dużo więcej. Zastanówmy się dlaczego:

1. Odbicie martwego Korwina czyli polityczna wersja znanej na giełdzie zasady, że nawet martwy kot się odbije jeśli go zrzucić z wysoka. Od zasady martwego kota różni się tym, że martwy Korwin może się odbić nieprzewidywalnie, również na wysokość większą niż ta, z której spadał. Lata 2005-2011 to wydawałoby się ostateczny lot martwego Korwina ku klęsce. 2005 – bardzo słabe wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych, 2007 – zniknięcie na listach Ligi Prawicy Rzeczypospolitej, która łącząc Korwina, Giertycha i Marka Jurka uzyskała wynik gorszy, niż każdy z nich zdobywał wcześniej oddzielnie, 2008 – Korwin traci władzę w UPR a następnie dokonuje rozłamów przekreślając wcześniejszą własną „teorię świętej flagi” (UPR – szyld bezcenny, nie można go zaprzepaścić np. wchodząc do szerszej koalicji czy większej partii). Sam lub przez swoich akolitów JKM tworzy kolejne efemeryczne, kanapowe partyjki – rozłamowe UPR, WiP i w końcu KNP. Wydawałoby się, że symptomem ostatecznego upadku było nie uzyskanie przez KNP statusu komitetu ogólnopolskiego w wyborach parlamentarnych w 2011 roku. Ten upadek był jednak początkiem odbicia. Zazwyczaj po każdych wyborach od Korwina odchodziło grono działaczy zniechęconych kolejną klęską – tym razem klęski nie było (bo właściwie nie było startu). Zniknąwszy z widoku na kilka lat Korwin wyhodował kilka roczników, które niemal o nim nie słyszały, nie znały historii jego klęsk i fanaberii – więc usłyszawszy pierwszy raz, na świeżo, mogą się na kilka lat przekonać (korwinizm zawsze najlepiej smakuje na świeżo). W każdym kolejnym roczniku gimnazjalistów, licealistów i studentów są spore grupy potencjalnie podatne na korwinizm i Korwin zawsze je na bieżąco eksploatował rabunkowo i zużywał. Poprzez kilka lat chudych nie zaistniał w ich świadomości, więc i nie wyeksploatował i narosła kumulacja potencjału.

2. Dorosły dzieci Neostrady. Zmienia się schemat konsumpcji mediów. Postępuje tabloidyzacja, a przede wszystkim prawa wyborcze uzyskują kolejne roczniki, dla których to Internet a nie telewizja są głównym źródłem zdobywania wiedzy o świecie. Korwin nigdy nie cieszył się sympatią dziennikarzy mediów głównego nurtu, natomiast jest produktem idealnie skrojonym pod potrzeby świata nowych mediów. Świat w którym rządzi infotainment, klikalność, i filmiki nie dłuższe niż dwie minuty. Obowiązuje zasada – „wyróżnij się lub giń”. A trudno wyróżniać się bardziej od Korwina. Na Fejsie nikt nie podlinkuje jakiegoś nudnego ględzenia Gowina czy Schetyny, a greps Korwina jak najbardziej. To, że nie lubi cię np. Gazeta Wyborcza ma znacznie mniejsze znaczenie gdy twój fanpejdż ma więcej lajków niż nakład całej polskiej drukowanej prasy codziennej razem wzięty.

3. Mózgi spustoszone wojną polsko-polską. To efekt uboczny skuteczności propagandy establismentu III RP, który znaczącej części populacji wpoił nienawiść do Kaczyńskiego i PiSu na poziomie daleko przekraczającym zwykłe poglądy polityczne. Hejtowanie Kaczora stało się dla wielu trwałym elementem kultury, przepustką do świata ludzi normalnych, kulturalnych i na poziomie. Nienawidzę PiSu, więc jestem – oto motto znaczącej grupy Polaków. A z drugiej strony postępuje zużycie Tuska rządzeniem, stał się on również postacią w wielu grupach wręcz znienawidzoną. W warunkach normalnego dyskursu politycznego te głosy  w sposób naturalny zagospodarowałaby największa partia opozycyjna. Ale nie u nas, gdzie nienawiść wobec owej partii opozycyjnej nie jest wyborem politycznym tylko tożsamościowym. U nas pojawił się spory elektorat który już nienawidzi Tuska ale i jednocześnie jeszcze nienawidzi Kaczora. A jak do tego definiuje się jako „prawicowy”, „wolnościowy” czy „liberalny” (część wielkiego elektoratu PO z lat jej sukcesów) to może dać Korwinowi drugą szansę. Korwin jest jaki jest, ale przynajmniej nie jest ani Tuskiem ani Kaczyńskim.

4. Palikot na salonach. Mamy w Polsce od wielu już lat spory, liczący do kilkunasty procent elektorat czystego protestu. Ludzi chcących oddać głos na złość, przeciw wszystkim. Jeżeli pojawi się ktoś, kto przyciągnie ich uwagę, mogą na niego głosować bez względu na jego program, zapatrywania itp. Taką rolę pełnił swego czasu Lepper (budzący zdumienie bardzo przyzwoitymi wynikami partii rolników w miastach) a następnie Palikot (łączący głosy wysublimowanych femino-wegano-homo-trans-komunistów i najprostszych cebulaków z wąsem pijących tanie wino w bramach).  Końcem dla polityków reprezentujących ten elektorat jest zbyt oficjalne wejście na salony, pokazanie że nie są „przeciw wszystkim” tylko są takimi samymi jak inni politykami z limuzyn. Początkiem końca Leppera było wejście do rządu, a początkiem końca Palikota zadanie się z tłustymi kotami, personifikacjami establishmentu III RP w rodzaju Kwaśniewskiego czy Kalisza. Elektorat bezrefleksyjnego protestu znów został osierocony i może tym razem uznać KNP za głos najbardziej „przeciw wszystkim”. W tym elektoracie słynne wyskoki Korwina mu nie zaszkodzą. Ten elektorat jak usłyszy, że większą hańbą jest picie wina z gwinta niż zgwałcenie kelnerki to skwituje (pociągając wino z gwinta): „Zgwałcenie, he, he, ale do śmichu powiedział. A zagłosuje!”.

5. Jak nie teraz to kiedy. To już temat wałkowany więc tylko sygnalizuję. Wybory do PE są stosunkowo najkorzystniejsze dla małych, wyrazistych partii. Najłatwiej zarejestrować listy, nie potrzeba wielu rozpoznawalnych nazwisk na liderów list, a przy mizernej frekwencji mały ale zmobilizowany elektorat może uzyskać zaskakująco dobry względny wynik.

6. Śnięty plankton. Mając powyższe na uwadze można się było spodziewać, że podobnie kalkulując wszystkie małe partie centro-i-prawicowe nawzajem się poblokują. Każda będzie uważała że ma akurat tym razem szansę na sukces, każda zmobilizuje się do dużej aktywności – i tym samym żadna nie wybije się ponad pozostałe. Tymczasem i Gowin i Solidarna Polska i Ruch Narodowy w dotychczasowej kampanii zawodzą oczekiwania i zachowują się jakby ktoś ich odłączył od prądu. Nie ma więc wrażenia ogólnej kakofonii, pozostało puste pole na którym zmobilizowane i aktywne KNP stało się bardzo widoczne.

7. Ukraina. Wydarzenia za wschodnią granicą stały się ważnym elementem kampanii. Przynajmniej na poziomie werbalno-medialnym zapanowała co do ogólnych pryncypiów rzadka zgoda na polskiej scenie politycznej, (co najmniej w centrum i na prawo). Tym samym jakaś (nieliczna, ale jakaś) grupa wyborców została osierocona. Jest to pewnie grupa częściowo po prostu prorosyjska (pewnie najmniejsza); częściowo nie mogąca przezwyciężyć skądinąd zrozumiałego resentymentu antyukraińskiego, innymi słowy: której  Rzeź Wołyńska przesłania cały obraz współczesnego świata (pewnie liczniejsza); wreszcie grupa, która Rosji nie lubi, nawet może nienawidzi, ale przede wszystkim jej się boi i uważa, że za wszelką cenę należy  „nie drażnić Putina” (wydaje mi się że najliczniejsza, niestety). Korwin powtarzając bez żenady wrzutki putinowskiej propagandy miał znowu szansę zaistnieć i wstrzelić się w potrzeby emocjonalne elektoratu.

8. Wszystko byle nie PiS. To oczywiście motto wielu potężnych ośrodków opiniotwórczych. Są tam mądrzy ludzie i z pewnością dostrzegli to o czym pisałem powyżej – wyraźne już zużycie Tuska i PO czy utratę anty-establishmentowej wiarygodności Palikota. Zaczęło grozić, że te grupy elektoratu przepłyną do PiS, dołożą kilkanaście procent do owych tradycyjnych około trzydziestu i dadzą Kaczyńskiemu samodzielną większość. To horror, którego należy uniknąć za wszelką cenę. Dlatego choć Korwin im obrzydliwy, to jednak scenariusz na przykład 32% PiS i 12% KNP zdecydowanie lepszy od scenariusza 44% PiS. Ten drugi to cztery lata spokojnych rządów PiSu, ten pierwszy daje szansę na uwikłanie Kaczyńskiego w rządy z minimalną większością w arcytrudnej koalicji i z wrogim prezydentem za plecami. Powtórka z lat 2005-2007. A jak dobrze pójdzie to może nawet kolejna kadencja Tuska, tym razem z wicepremierem Millerem. Dlatego Korwin może liczyć z czasem na pewne wsparcie, głównie przez odpowiednio nagłośnione zamartwianie się jego sukcesami, oburzanie kolejnymi wypowiedziami i ostrzeganie przed korwinistycznym zagrożeniem. Tak właśnie swego czasu pompowany być Lepper i do pewnego stopnia Palikot.

Podsumowując: pozostając przy mojej zasadniczo negatywnej ocenie Korwina jako polityka muszę przyznać, że tym razem ma realną szansę poważne zaistnieć. On jest jak hazardzista, który z uporem obstawia na rulecie ten sam numer i mimo że zmarnował pół życia i niemal cały majątek, obstawia tak samo dalej. To nie jest racjonalna strategia sukcesu, ale to nie znaczy, że ów numer nie może mu w końcu kiedyś wypaść. Pozostaje tylko pytanie o frekwencję i mobilizację, czy ten nowy, duży elektorat KNP będzie tak zmobilizowany jak ten dawny, mały. Czy elektorat protestu nie uzna jednak, że bardziej zaprotestuje przeciw wszystkim nie idąc na wybory - a dorosłe dzieci Neostrady, że pójście na wybory w realu to jednak zbyt duży wysiłek w stosunku do kliknięcia lajka.


Marcin Horała


Zainteresował Cię artykuł? Znajdź nas na Facebooku!

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook