Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Ordynacja dla Polski – JOWy z głową

11.05.2015

W tym artykule chciałbym zaproponować pomysł na ordynację wyborczą, która zaspokoiłaby niedawno objawiony społeczno-medialny apetyt na JOWy, ale bez narażania systemu politycznego na najdotkliwsze wady tej ordynacji.

Swoistym nieszczęściem w szczęściu ostatnich wyborów jest, że odruch buntu i sprzeciwu wobec systemu został połączony z postulatem JOWów. Postulatem raczej szkodliwym, a z pewnością nie uzdrawiającym systemu politycznego.

 

O wadach JOWów mógłbym pisać długo, ale że artykuł ma być konstruktywny, więc postaram się w skrócie o dwóch najpoważniejszych. Wynikają one przede wszystkim z tego, że jest to ordynacja bardzo przewidywalna oraz premiująca wyłącznie zwycięstwo.

 

W wielu okręgach rywalizację będzie kończyła nominacja kandydata partii wiodącej. Więź kandydata z okręgiem jest czysto iluzoryczna – wystarczy prześledzić jak rzucani są po okręgach kandydaci w Wielkiej Brytanii. Jak partia chce kogoś ukarać to zsyła do JOWu, gdzie na pewno przegra. Jak nagrodzić, albo upchnąć kogoś, kto ma wejść, a jest niepopularny – dostanie JOW, gdzie partia ma ogromną przewagę. To co jest przez zwolenników JOW przedstawiane jako jej największa zaleta – dobór kandydatów bliskich ludziom, rzeczywiste poparcie społeczne ważniejsze, niż gry koterii w partyjnej centrali – funkcjonuje tylko w tych nielicznych okręgach, gdzie poparcie dla dwóch największych partii jest wyrównane. To o te okręgi toczy się walka, a wyborcy w pozostałych są lekceważeni.

 

Tym samym również następuje pozbawienie reprezentacji w organie bądź co bądź przedstawicielskim nieraz znaczących grup elektoratu. Wydaje się głęboko krzywdzące żeby np. różnica pomiędzy poparciem 35% a 20% była różnicą pomiędzy partią mającą samodzielną większość a partią mającą trzech posłów. W JOWach jest to jak najbardziej możliwe.

 

Nie znaczy to oczywiście, że obecna ordynacja jest idealna, wręcz przeciwnie. Choć zwolennicy JOW przesadzają widząc w niej główne albo i jedyne źródło zła w systemie politycznym – to nie można jej odmówić licznych wad. Chociażby nadprodukcja kandydatów „wypełniających” listy, którzy wprowadzają niepotrzebne zamieszanie, szans nie mają a ich rolą jest tylko nagonienie głosów dla tych rzeczywiście walczących o mandat. Albo stawianie kandydatów w sytuacji, kiedy w okresie od rejestracji do wyborów właściwie logicznie największym wrogiem są koledzy z tej samej listy (statystyczna szansa na „zrobienie” dodatkowego mandatu dla listy jest znacznie mniejsza niż na wyprzedzenie kolegi z listy).

 

Do rzeczy – skoro twierdzę, że i obecna ordynacja niedobra, i JOWy złe, to co byłoby lepsze?

 

Otóż chciałbym zaproponować ordynację, którą roboczo nazwałbym „JOWy z głową” a czysto politologicznie jest to ordynacja większościowo-kompensacyjna, wzorowana na niemieckiej (choć z istotnymi modyfikacjami). Na czym miałaby polegać?

 

Jej pierwszy etap to byłyby czyste JOWy. Dzielimy kraj np. na 400 okręgów jednomandatowych (czemu nie 460 o tym za chwilę) i w tych okręgach wybierane jest 400 posłów na zasadzie First Past the Post. Ale na tym nie koniec.

 

W drugim etapie dzielimy kraj na duże okręgi (np. województwa), w których teoretycznie (czemu teoretycznie o tym też za moment) ma być rozdzielone 460 mandatów.

 

W tym momencie może sobie podaruję język politologiczno-prawniczy i przejdę do demonstracji na przykładzie.

 

A więc mamy przykładowe województwo, gdzie w 20 JOWach zwyciężyli kandydaci: 14-PO, 3-PiS, 2-Bezpartyjni Kukizowcy, 1-KW Jasia Kowalskiego. I to województwo stanowi duży okręg, w którym mamy obsadzić 23 mandaty.

 

W pierwszym kroku wrzucamy do jednego worka wszystkie głosy jakie padły we wszystkich JOWach w województwie razem wziętych. Wychodzi nam na przykład, że kandydaci wystawieni przez:

PO zdobyli łącznie 34%,

PiS 30%,

Bezpartyjni Kukizowcy 18%,

PSL 7%,

SLD 5%,

KORWiN 4%,

KW Jasia Kowalskiego 2% (bo startował tylko w jednym okręgu gdzie zdobył 60%, co stanowi 2% całości głosów oddanych w województwie).

 

W drugim kroku jakąś metodą proporocjonalną (dość obojętne jaką, niech będzie d’Hondt), określamy ile mandatów powinny zdobyć poszczególne komitety gdyby mandaty były rozdzielane proporcjonalnie. Na tym przykładzie wychodzi nam, że poszczególne komitety powinny zdobyć:

PO – 9 mandatów

PiS – 7

Bezpartyjni Kukizowcy – 4

PSL – 1

SLD – 1

Korwin – 1

KW Jasia – 0

 

Teraz porównujemy ów teoretyczny proporcjonalny rozdział mandatów z liczbą mandatów zdobytych w JOWach i wychodzi nam, że:

PO ma za dużo o 5 mandatów

PiS ma za mało o 4 mandaty

Kukizowcy za mało o 2

PSL, SLD i Korwin – każde za mało o 1

i KW Jasia za dużo o 1

 

Szanując wybór w JOWach te mandaty, których jest „za dużo” zostawiamy. Stanowią one tzw. mandaty nadliczbowe (ich obecność powoduje, że ostateczna liczebność sejmu nie będzie stała i będzie się lekko zmieniać z kadencji na kadencję, tak jak w Niemczech).

 

Natomiast dodamy mandatów tym komitetom, które w JOWach uzyskały ich „za mało”. Jak rozstrzygnąć kto ma je obsadzić? W Niemczech kandydaci są przydzielani z dodatkowych list rejestrowanych przez partie. Tu jest największa różnica między ordynacją, którą proponuję, a ordynacją niemiecką. Otóż moja propozycja jest taka żeby tych dodatkowych kandydatów brać spośród kandydatów startujących w JOWach.

 

A więc w naszym przykładzie skoro musimy PiSowi dodać 4 mandaty to tworzymy listę wszystkich kandydatów zarejestrowanych przez PiS w JOWach na terenie województwa, skreślamy z niej tych co mandaty w JOWach zdobyli – i z pozostałych (a więc przegranych w JOWach) wybieramy czterech z najlepszymi indywidualnymi wynikami. Tak samo skoro np. PSL ma mieć jeden mandat a przegrał wszystkie JOWy – mandat dostanie ten PSLowiec z terenu województwa, który miał indywidualnie najlepszy wynik.

 

I tym sposobem mamy zakończony rozdział mandatów.

 

Wiem, że dla niektórych powyższy wywód brzmiał nieco skomplikowanie, ale efekty tej ordynacji są proste:

 

  1. Prosty jest wybór z punktu widzenia wyborcy. Ma jedną listę nazwisk w swoim JOW, jedną kartkę, stawia jeden krzyżyk przy nazwisku kandydata, który mu najbardziej odpowiada i tyle.
  2. W przeciwieństwie do obecnej ordynacji nie ma książeczek z dziesiątkami kandydatów i nie ma wojny między kandydatami z tej samej listy.
  3. W przeciwieństwie do czystych JOWów nadal opłaca się walczyć o zwycięstwo i starać o wyborców nawet, gdy dany okręg jest z góry przegrany – zawsze może się udać zdobycie mandatu w rundzie kompensacyjnej.
  4. Z tego samego powodu partiom naprawdę opłaca się wszędzie wystawiać jak najlepszych kandydatów, zakorzenionych lokalnie i walczących o wynik. Nawet w JOWach z góry wygranych albo z góry przegranych nie jest obojętne jak bardzo przegranych i jak bardzo wygranych. Nie można żadnego JOW odpuścić, wszędzie trzeba walczyć.
  5. Nie jest możliwa sytuacja, żeby opcja dysponująca dużym poparciem społecznym była całkowicie pozbawiona reprezentacji w parlamencie lub miała ją śladową.
  6. Zwycięzca dostaje premię za zwycięstwo (mandaty nadliczbowe), co ułatwia wyłonienie większości rządowej – ten ostatni element można parametryzować poprzez różnicę w liczbie JOWów a mandatach przeliczanych w fazie kompensacji proporcjonalnej (im większa różnica tym mniejsza premia zwycięzcy, a rozdział bardziej proporcjonalny).
  7. Można sprzedać tę ordynację w atrakcyjny (i zgodny z prawdą) sposób: wszyscy posłowie będą wyłonieni w JOWach. Jedyna różnica, że w przeciwieństwie do czystych JOW mandaty zdobędą nie tylko zwycięzcy, ale również kandydaci przegrani, ale uzyskujący wyraźnie więcej niż średnia dla ich partii w regionie. Zwróćcie Państwo uwagę jak dodatkowo eliminuje to kandydatów biernie „wożących się” na szyldzie.

 

Skoro JOWy są teraz przebojem miesiąca, a w demokracji vox populi – vox Dei, zastanówmy się czy nie można by ludziom dać tego, czego chcą – ale rozsądnie. Takie JOWy z głową.

 

 

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook