Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Od demografii nie ma ucieczki

06.06.2013

W sporach wokół koniecznych zmian w systemie emerytalnym, ubezpieczeń społecznych itp. wydaje mi się, że czasem umyka sprawa najważniejsza, czasem nie dostrzegamy słonia w menażerii.

Weźmy zwolenników podejścia, nazwijmy je solidarnościowo-etatystycznego. Twierdzą oni na przykład, że należy np. oskładkować pracę na umowach cywilnoprawnych – bo jak osoby tak pracujące nie odłożą sobie składek, to potem będą miały głodowe emerytury. Pomińmy na chwilę okoliczność, że pracodawca muszący zapłacić składkę, może ją sobie zrekompensować np. obniżeniem bieżącej pensji, zwolnieniem pracownika czy zatrudnieniem go zupełnie na czarno. Nawet nie z jakiejś szczególnej chęci zysku, tylko dlatego że podwyższenie kosztów własnych oznaczałoby dla niego wypadnięcie z rynku. No więc, załóżmy, wszyscy na „umowach śmieciowych” zachowują pracę i opłacają solennie składki budując sobie uprawnienia do godziwych emerytur…

Ale, zaraz zaraz, kluczowe jest tu słowo „uprawnienia”. Uprawnienia, a nie realne pieniądze, bo bieżący bilans ZUS jest już teraz ujemny i te dodatkowe składki nie zostaną zachowane na przyszłość tylko pójdą na bieżące wypłaty (będzie można nieco zmniejszyć dotację z budżetu państwa do ZUS). Skoro tak, to czy owe „uprawnienia” po przejściu na emeryturę zostaną zrealizowane jest delikatnie mówiąc niewiadomą. Co z tego, że według obecnych uregulowań danej osobie „będzie się należała” wyższa emerytura, jeśli za 30 lat tych środków fizycznie nie będzie w kasie państwa? Po prostu zmieni się uregulowania, nawet naruszając prawa nabyte, bo z próżnego i Salomon nie naleje. Realna wysokość emerytury obecnego 30-latka mniej zależy od wysokości zaksięgowanych dziś składek – a bardziej od tego czy za 30-40 lat państwo będzie miało wystarczającą bazę podatkową, po prostu ludzi pracujących, zarabiających i płacących podatki w wysokości takiej, by było z czego realizować wypłaty.

No dobrze, to pójdźmy drogą zupełnie odwrotną. Postawmy na rozwiązanie wolnorynkowe. Zostawiamy składki w kieszeniach ludzi i niech oni sami sobie oszczędzają na emerytury. Na chwilę pomińmy dość istotny problem skąd wtedy znaleźć setki miliardów na wypłaty bieżących emerytur. Przyjmijmy też fikcję racjonalnego obywatela, który będzie solennie odkładał na swoją emeryturę (a nie np. środki na bieżąco skonsumuje, a jak zbliży się do wieku emerytalnego to wraz z milionami podobnych wyjdzie na ulicę i wyniesie do władzy partię, która obieca opodatkowanie tych zapobiegliwych i zasiłki dla tych, co na emeryturę nie odłożyli).

Mamy więc kraj ludzi, którzy nie płacąc składek mieli do dyspozycji znacznie więcej środków, inwestowali je, a teraz mają na starość. Zaraz, zaraz, a w co inwestowali?

W akcje? A ile będą warte akcje w zwijającej się gospodarce, której z roku na rok ubywa pracowników i konsumentów. W obligacje skarbu państwa? A to znów na jedno wychodzi – wszystko zależy od realnej wypłacalności państwa, bardzo wątpliwej w sytuacji zanikającej bazy podatkowej. W nieruchomości? A ile będą warte nieruchomości w kraju jedynaków, gdzie każdy dziedziczy mieszkanie po rodzicach, dwa mieszkania po dziadkach i mieszkanie po bezdzietnej cioci – więc ani mu w głowie jakieś kupować, natomiast chętnie by kilka sprzedał. Lokaty bankowe? A ile banków wytrzyma w takim otoczeniu gospodarczym? Jak będą oprocentowane oszczędności w zwijającej się gospodarce, gdzie nikt nie bierze kredytów na rozwój biznesu bo i po co skoro z roku na rok jest coraz mniej potencjalnych klientów? Utrzymają go dzieci? No dobrze, a ile w takiej gospodarce jego dzieci będą w stanie zarobić? A co z coraz liczniejszymi przypadkami małżeństw jedynaków, które miałyby na swoim utrzymaniu np. czworo rodziców, troje żyjących jeszcze dziadków i ową bezdzietną ciotkę? Kto – w zwijającej się gospodarce – zarobi tyle by sam, góra na spółkę z jednym bratem lub siostrą utrzymać kilkoro staruszków?

Od demografii nie ma ucieczki. Jeżeli nie mamy prostej zastępowalności pokoleń, jeżeli jesteśmy narodem zwijającym się, wymierającym, to musi to w dłuższej perspektywie rozwalić KAŻDY system emerytalny od tych najbardziej etatystycznych po te zupełnie wolnorynkowe.

Dlatego szybkie przekierowanie (teraz, już, póki jeszcze może się rozmnażać ostatni wyż demograficzny) środków na politykę pro-rodzinną powinno być priorytetem dla każdego bez względu na wyznawaną doktrynę ekonomiczną. Nawet kosztem bieżących świadczeń społecznych dla innych grup (solidaryści muszą zacisnąć zęby), nawet kosztem używania również narzędzi takich jak zasiłki, urlopy na koszt państwa, przywileje socjalne dla młodych rodziców (korwiniści muszą zacisnąć zęby). Jesteśmy w stanie wyższej konieczności, już widać górę lodową i jest ostatni moment by statek zdążył zareagować na przełożenie steru.

Marcin Horała

Facebook