Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

O niekibicowaniu Niemcom

04.08.2014

Rzecz do niedawna oczywista. Niemcom nikt nie kibicował. Pamiętam z lat dziecięcych, jaką żałobę na podwórku wywołało zwycięstwo reprezentacji Niemiec na finałach mistrzostw świata we Włoszech w 1990 roku. Tymczasem od jakiegoś czasu ze zdumieniem stwierdzam, że coraz więcej Polaków kibicuje drużynie Niemiec na międzynarodowych imprezach.


Przy okazji ostatniego mundialu wybuchła wokół tego spora dyskusja w necie. Świadomie wstrzymałem się wówczas z zajęciem stanowiska. Bo bardziej stosowną datą do tej dyskusji nie są wielkie sportowe imprezy, tylko okolice 1 sierpnia albo 1 września.

No więc dlaczego nie kibicuję Niemcom? Za odpowiedź wystarczyłby właściwie stary dowcip: Znajomy mówi do znajomego: słuchaj, nie życzymy sobie z żoną żebyście nas więcej odwiedzali. Wiesz, taka głupia sprawa, po waszej ostatniej wizycie zginęła wartościowa srebrna cukiernica. - No chyba nie myślisz, że ją ukradłem – oburza się tamten. - Nie, skądże, nawet potem się znalazła. Ale jakiś taki niesmak pozostał.

Właśnie – jakiś taki niesmak, na poziomie organicznego czucia a nie świadomej decyzji. Znamy przecież przypadki, że ktoś kiedyś tam struł się nieświeżą rybą i od tej pory żadnej ryby nie weźmie do ust? Albo że po wizycie w rzeźni został wegetarianinem? Przecież to jest nieracjonalne! To, że kiedyś tam jakaś ryba była nieświeża, nie wpływa w żaden sposób na prawdopodobieństwo, że ryba kupowana w innym mieście po pięciu latach też będzie nieświeża. Przecież wiadomo mniej więcej, skąd się bierze mięso. Trudno oczekiwać, że ktoś zobaczywszy świniobicie dopiero się dowiedział, że szynka pochodzi ze świniobicia właśnie, a nie rośnie na drzewie. Niemniej co wrażliwsze żołądki pozostają nieczułe na takie racjonalne perswazje.

Może więc w tym miejscu parę cytatów, ot akurat z jednego z niedawnych wydań Gazety Wyborczej:

„My osłanialiśmy przód, a esesmani wypędzali z okolicznych domów cywilów i obstawiali nimi czołg, kazali siadać na pancerzu. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Pędzili Polkę w długim płaszczu; tuliła małą dziewczynkę. Ludzie ściśnięci na czołgu pomagali jej wejść. Ktoś wziął dziewczynkę. Kiedy oddawał ją matce, czołg ruszył. Mała wysunęła się matce z rąk. Spadła pod gąsienice. Kobieta krzyczała. Jeden z esesmanów skrzywił się i strzelił jej w głowę. Pojechali dalej. Tych, co próbowali uciekać, esesmani zabijali.”

„Wysadziliśmy drzwi, chyba do szkoły. Dzieci stały w holu i na schodach. Dużo dzieci. Rączki w górze. Patrzyliśmy na nie kilka chwil, zanim wpadł Dirlewanger. Kazał zabić. Rozstrzelali je, a potem po nich chodzili i rozbijali główki kolbami. Krew ciekła po tych schodach. Tam w pobliżu jest teraz tablica, że zginęło 350 dzieci. Myślę, że było ich więcej, z 500.”

„Jeden wziął kobietę. Była ładna, młoda. Nie krzyczała. Gwałcił ją, przyciskając mocno jej głowę do stołu. W drugiej ręce miał bagnet. Najpierw rozciął jej bluzkę. Potem jedno cięcie, od brzucha po szyję. Krew chlusnęła. Czy wiecie, jak szybko zastyga krew w sierpniu...?”

No i co to ma wspólnego ze współczesną piłką nożną? Ano właśnie na poziomie racjonalnym przyznaję, że nic. Jakiś tam współczesny Hans czy inny Otto przecież nie miał z tym nic wspólnego. Ani jego ojciec. Może coś tam dziadek (choć ci dziadkowie to mieli tendencję co do jednego służyć w orkiestrach dętych i kuchniach polowych więc też raczej nie). A co dopiero mówić o jakimś Mehmecie czy Miroslavie, bo i tacy współcześni Niemcy nie są rzadkością.

Ale pewien niesmak pozostał, i w swej naiwności do niedawna zakładałem że pozostanie jeszcze na długo u każdego, kto czuje się Polakiem. To były jednak bądź co bądź sprawy daleko poważniejsze niż nieświeża ryba czy tam inna zaginiona cukiernica. I w końcu nie działo się to tak dawno – raptem 70 lat temu. Żyje do tej pory jeszcze niejedna kobieta – może babcia twoja lub twojego kolegi - którą przedstawiciel rasy panów był łaskaw „tylko” zgwałcić, a nie jeszcze wypatroszyć. Może to braciszek twojego, żyjącego do tej pory dziadka, zginął z główką roztrzaskaną kolbą karabinu. Zaobserwuj, drogi czytelniku, jak niektórzy starsi ludzie – współcześni nam, żyjący obok nas – reagują na przypadkowy dźwięk samolotu czy właśnie niemieckiego języka.

Nie mam nic do dzisiejszych Niemców (dopóki oczywiście nie próbują – jak ostatnio coraz częściej – fałszować win przodków). Nawet do ówczesnych Niemców jako Niemców nie aż tak dużo mam – wszak nie wszyscy osobiście gwałcili i mordowali, a masowe entuzjastyczne poparcie dla reżimu, który to niemal otwartym tekstem zapowiadał – to jednak wina daleko mniejszego rzędu. Ale ten niesmak, to wzdrygnięcie, gdy się słyszy „Deutschland, Deutschland über alles” – tego pozbyć się nie jestem w stanie.

Nie darzę współczesnych Niemców wrogością. Mogę z przyjemnością spędzić tam wakacje, mógłbym się zaprzyjaźnić z jakimś konkretnym Niemcem (choć pewnie zajęłoby mi to ciut dłużej niż w wypadku Hiszpana czy Węgra), mógłbym robić z Niemcami interesy czy pracować w niemieckiej firmie (choć pewnie musiałaby mi zaoferować ciut lepsze warunki niż firma hiszpańska czy węgierska). Mam stosunek z grubsza rzecz biorąc neutralny. Ale żeby był to stosunek domyślnie pozytywny? Żeby sympatyzować, żeby kibicować drużynie z czarnym orłem na piersi? O co to, to nie. No chyba, że grają z Rosjanami.

Marcin Horała

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook