Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Nie upolityczniajmy polityki!

08.10.2013

Przy okazji referendum warszawskiego nasiliła się jedna z najbardziej denerwujących manier polskiej debaty publicznej, a mianowicie traktowanie słowa „polityka” jako określenia pejoratywnego. Epitetu, którego rzucenie ma zastępować argument.

„To próba upolitycznienia samorządu”, „to polityczne referendum”, grzmią jego przeciwnicy. No i mają oczywiście rację, bo każde referendum to instytucja czysto polityczna a nie sposób wyobrazić sobie władzy (również lokalnej), która nie zajmowałaby się polityką.

Definicji polityki jest cała paleta: od postulatywno-idealistycznej definicji Arystotelesa polityki jako roztropnej troski o dobro wspólne, po do bólu cyniczne koncepcje Carla Schmitta. Jakiej by nie wybrać każde referendum lokalne jest ze swej natury instytucją polityczną a każda władza samorządowa uprawia politykę. Dlaczego robić z tego wielkie halo? Dlaczego mówić tonem potępienia o naturalnym stanie rzeczy? Ano dlatego, że słowo „polityka” źle się ludziom kojarzy.A więc jak chce się w przeciwnika uderzyć to trzeba go nazwać politykiem, jego motywy politycznymi, a jego działania upolitycznianiem.

Idąc dalej tym tropem niedługo będziemy mieli pewnie wezwania do nie upolityczniania Sejmu, rządu a na końcu – do nie upolityczniania polityki.

Nawiasem mówiąc, jeśli jeden polityk tonem świętego oburzenia nazywa polityką działania innych polityków – to dopiero uprawia zupełnie cyniczną politykę, w najgorszym rozumieniu tego słowa.

Wypada dla zamknięcia tematu zauważyć że na nieco mniejszą skalę podobne zjawisko dotyczy słowa „partia” i tu również jedna partia drugiej partii potrafi zarzucać upartyjnianie. Występuję również wielopoziomowe maskowanie – od warstwy nazewniczej (mamy platformę, sojusz, stronnictwa, ruchy i tym podobne – a partii w nazwie nie uświadczysz) do prawno-organizacyjnej (partie ubrane w formy stowarzyszeń, komitetów wyborczych wyborców itp.).

Abyśmy się dobrze rozumieli. Podzielam negatywną ocenę działań wielu, pewnie zdecydowanej większości, polityków i partii. Ale to jeszcze nie powód by uważać same słowa za semantycznie negatywne, tudzież z dumą oświadczać że się polityką nie zajmuje, jak się właśnie zajmuje. To albo cyniczne, świadome psucie debaty publicznej poprzez żerowanie na najniższych instynktach, wręcz odruchach bezwarunkowych – albo (jak się w to szczerze wierzy) wybuchowa mieszanka naiwności i debilizmu.

Wypada więc zakończyć coming outem – powyższe pisał zajmujący się polityką polityk należący do partii.I –co mi zrobicie – nie uważam tego za powód do wstydu, ani nawet coś co należałoby maskować mylącymi eufemizmami. 

Marcin Horała

Facebook