Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Mad Max będzie nosił moherowy beret?

15.11.2013

Jednym z moich prywatnych ulubionych wątków popkultury jest społeczeństwo postapokaliptyczne. Świat po jakiejś wielkiej katastrofie np. ekologicznej, w której nieliczni ocaleni ludzie próbują jakoś przeżyć stale narażeni na zagładę.

Dużo powstało dzieł kultury, zwłaszcza popularnej, opartych na takich motywach. Wspomnijmy chociażby przywołanego w tytule Mad Maxa, widowiskowe klapy artystyczno-finansowe filmów Kevina Costnera „Water world” i „Mailman”. Cały nurt troszkę ambitniejszego kina zombie od oryginalnego cyklu Georga Romero po jeden z najpopularniejszych seriali amerykańskich ostatnich lat „Walking dead” (nawiasem mówiąc będący ekranizacją równie dobrego komiksu). Z książek to chociażby – również nieźle zekranizowana - „Droga” Cormaca McCarthy’ego.

I tu nasunęła mi się obserwacja – słowem-kluczem do postapokaliptycznych światów jest wspólnotowość. W szczególnie niekorzystnych warunkach ludzie łączą się w mniejsze lub większe grupy, a zazwyczaj jakoś tam lepiej sobie radzą grupy spajane czymś więcej, niż tylko chłodną kalkulacja interesu. Podstawową wspólnotą spajającą ludzi w ten sposób jest oczywiście rodzina. Ale są również inne – jakieś odcięte od świata jednostki wojska czy gwardii narodowej oparte na etosie militarnym, gangi motocyklistów czy nawet neonazistów.

Czy zatem do sukcesu potrzebna jest wspólnota i to wspólnota mająca jakąś tożsamość, a nie tylko będąca luźnym zbiorem jednostek kooperujących, bo tak im wynika z kalkulacji ich jednostkowych interesów? Autorom snującym opowieści o owych postapokaliptycznych światach należy tu oddać zmysł socjologicznej obserwacji. To dość oczywiste, że kooperacja oparta na dobrej woli i wzajemnym zaufaniu jest bardziej funkcjonalna od tej opartej na ciągłym negocjowaniu, uzgadnianiu wzajemnych interesów i potem dochodzeniu roszczeń z niedotrzymania kontraktu. Jak jestem mężczyzną w sile wieku zamkniętym wraz z innymi w domu, do którego wdzierają się zombie, to jak będę kalkulował że zamiast ryzykować za innych, słabszych, kobiety, dzieci itp. wygodniej mi będzie po prostu uciec – to właśnie zginę. Jak nie teraz to za chwilę, gdy będę już sam i nie będzie komu mnie pilnować kiedy będę spał, wyleczyć jak zachoruję czy po prostu przyrządzić posiłek. Do tego potrzebne jest jednak elementarne wzajemne zaufanie, że jak teraz ja ich obronię a nie ucieknę, to i oni potem mnie nie zostawią. W świecie postapokaliptycznym nie ma władzy, która mogłaby egzekwować wzajemne dotrzymywanie kontraktów więc strategia działania oparta na konsensualnym uzgadnianiu interesów prowadzi do szybkiego wyginięcia takich „rozsądnych” egoistów.

Wygrywają (względnie) ci, którzy altruistycznie „dokładają” do wspólnotowej puli swoje wysiłki, umiejętności, zasoby, nie musząc negocjować wzajemności i godząc się z tym, że być może długo będą dokładać do puli więcej niż brać (będą więc traktowani „niesprawiedliwie”). Mają jednak pewność, że gdy w sytuacji podbramkowej będą musieli z puli skorzystać, to będą mogli to zrobić również szybko, bez negocjacji i konieczności świadczenia wzajemnego. Być może trafią się nawet takie jednostki, które ciągle będą tylko dokładać i w sumie nic w zmian nie dostaną – ale per saldo suma korzyści jednostek działających w ten sposób będzie większa, niż suma korzyści jednostek działających na zasadzie stałego kontraktowego bilansowania wzajemności.

Zostawmy już na boku te zombie i inne tsunami. Tak samo jest w naszym świecie, tyle że tego tak bardzo nie widać, bo karą za nieoptymalne zachowanie społeczne nie jest szybka śmierć tylko niższy poziom rozwoju, nieoptymalne wykorzystanie zasobów itp. I w naszym świecie sukcesy odnoszą grupy o żywej i silnej tożsamości. Weźmy chociażby włoską mafię, która swego czasu podbiła półświatek Stanów Zjednoczonych. Czyż nie miało z tym wiele wspólnego to, że była (jest) to organizacja spajana więzami etnicznymi i rodzinnymi, której członkowie czuli się wyraźnie inni od reszty społeczeństwa i zarazem silnie związani między sobą. Taki członek mafii np. nie obciążał zeznaniami organizacji nie tylko dlatego, że ryzykowałby śmiercią w wyniku zemsty, ale również dlatego że zasada omerty była wdrukowana w jego kod kulturowy.

Celowo tu podaje przykłady mafii czy gangów motocyklowych, żeby nie tworzyć mylnego wrażenie że chodzi o zwykłe moralizatorstwo. Oczywiście jeżeli wspólnota tożsamościowa nawet dążąca do złego jest skuteczna, to wspólnota dążąca do dobrego będzie tym skuteczniejsza. Im większa, mająca więcej zasobów – tym jeszcze bardziej skuteczna. Ale swoją wielkością nie może przekraczać progu, na którym gubi się czynnik tożsamościowy i stajemy się dla siebie ludźmi obcymi, nie mającymi ze sobą wspólnego nic poza interesami.

A jaka jest największa znana ludzkości wspólnota, którą mogą połączyć więzy żywej wspólnej tożsamości? Oczywiście naród. Dlatego szczególnie powinniśmy uważać na tych wszystkich wstydzących się za Polskę i wstydzących się Polski. Na próbujących nam wmówić, że polskość to nienormalność, brud, smród, obciach i palenie Żydów w stodołach. Oni nie tylko walczą z patriotyzmem. Oni też walczą z naszymi szansami na rozwój gospodarczy, z naszą innowacyjnością, z naszą szansą na optymalne wykorzystanie zasobów. Są groźni jak zombie albo tsunami.

Marcin Horała

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook