Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Lokalni baronowie robią się bezczelni

21.06.2013

Jedną z poważniejszych (kto wie, czy nie najpoważniejszą) z chorób toczących polski samorząd jest supremacja władzy wykonawczej nad uchwałodawczą.

Sprawni politycznie wójtowie/burmistrzowie/prezydenci są w stanie sprowadzić radę gminy/miasta do roli maszynki do głosowania, przyklepującej decyzje zapadające w urzędzie. Na tym większą uwagę zasługują propozycje Unii Metropolii Polskich, dotyczące zmian w systemie politycznym samorządów terytorialnych.

Cóż więc takiego proponują prezydenci największych miast? Ano umożliwienie łączenia funkcji prezydenta z mandatem senatora, automatyczne jej połączenie z funkcją przewodniczącego rady miasta, likwidacja rad dzielnic i wprowadzenie wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych.

Łączenie funkcji prezydenta z mandatem senatora dla mnie broni się słabo. No bo dlaczego akurat prezydenta, a radnego to już na przykład nie? Czy funkcja prezydenta miasta jest mniej absorbująca od funkcji radnego? No i jaki pożytek z takiego prezydenta-senatora dla kraju? Przecież wiadomo że w parlamencie będzie on przede wszystkim lobbystą swojego miasta. Będzie po prostu sprzedawał swój głos w różnych sprawach w zamian z kolejne inwestycje centralne na swoim podwórku. Polityka polegająca na konkursie, która społeczność lokalna wydrze sobie więcej z czerwonego sukna Rzeczpospolitej nie jest moim wymarzonym modelem polityki…

O ile jednak łączenie funkcji prezydenta miasta z mandatem senatora podlega jeszcze jakiejś dyskusji, to pomysł na łącznie jej (i to automatyczne) z funkcją przewodniczącego rady miasta to jawny absurd. Nie znajduję żadnego racjonalnego argumentu dla poparcia tak oczywistego naruszenia zasady podziału władzy, dalszego wzmocnienia i tak obecnie ogromnej przewagi władzy wykonawczej nad uchwałodawczą w samorządzie i ostatecznego wykastrowania ostatniej instytucji mającej choćby potencjalną szansę na sprawowanie społecznej kontroli nad samorządową biurokracją.

Likwidacja rad dzielnic to z kolej piękny przykład na hipokryzję samorządowych oligarchii. Bo oto cały dyskurs stosowany wobec władz centralnych – że im więcej decyzji i pieniędzy bliżej obywatela tym lepiej – zostaje przekreślony. Im więcej władzy i pieniędzy dla nas – tym lepiej, to jest prawdziwe motto prezydentów. Bo jeżeli „bliżej obywatela” miałby znaczyć, że to prezydenci mają oddawać środki i kompetencje do rad dzielniv czy do samych obywateli – a to wtedy nie, wtedy to populizm, „pole do popisu dla niespełnionych polityków” itp. Tymczasem w dużych polskich miastach niektóre dzielnice mają po kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców i są większe od niejednego miasta powiatowego. Dlaczego trzydzieści tysięcy mieszkańców w takim czy innym miasteczku to wystarczająco dużo by samodzielnie gospodarować budżetem idącym co najmniej w dziesiątki milionów złotych – a takie samo trzydzieści tysięcy mieszkańców w dzielnicy dużego miasta to banda populistów, której nie można oddać decyzji nawet w kwestii budżetu poniżej miliona złotych – ta kwestia pozostaje poza sferą poznania rozumowego.

Ostatni postulat, najmniej oczywista, to jednomandatowe okręgi wyborcze. Teoretycznie powinny one służyć wprowadzeniu do rady miasta niezależnych przedstawicieli lokalnych społeczności. Kluczowe jest tu słowo teoretycznie. Bowiem już obecnie w dużych miastach nie wygrywają wcale ogólnopolskie partie polityczne, tylko… lokalne partie władzy prezydentów (tyle, że jeszcze nie wszędzie prezydenci byli na tyle sprytni by je powołać). W kilkusettysięcznym mieście okręg wyborczy będzie liczył tysiące mieszkańców i możliwość osobistego kontaktu i wyrobienia własnej opinii na temat kandydatów przez znaczącą część z owych tysięcy wyborców jest czysto iluzoryczna. Jak pokazuje analiza wyników kolejnych wyborów w dużych miastach wyborcy kierują się przede wszystkim szyldami. Tylko, że najlepszym szyldem na wybory samorządowe nie jest szyld ogólnopolskiej partii, tylko szyld lokalnego komitetu prezydenckiego, najlepiej z nazwiskiem prezydenta w nazwie. Tam gdzie takie lokalne prezydenckie partie władzy istnieją, spokojnie wygrywają wybory. A z istoty JOW wynika, że zwycięzca bierze wszystko. Obecnie prezydent ma w radzie miasta choćby kilkuosobową opozycję – w systemie JOWów prawdopodobne jest wycięcie jej w pień. Czy to naprawdę będzie zmiana na lepsze, jeżeli w radzie miasta nie będzie ani jednego radnego, którego byt polityczny nie zależy bezpośrednio od kaprysu prezydenta? Do kogo wówczas ma się zwrócić z prośbą o pomoc mieszkaniec, który czuje się pokrzywdzony przez urząd kierowany przez tegoż prezydenta? Jak taka rada skontroluje decyzje prezydenta? Czy znajdzie się jakiś polityczny samobójca do zadania niewygodnego pytania czy złożenia interpelacji? Pytania retoryczne.

Propozycje Unii Metropolii Polskich sprowadzają się do tego, żeby prezydent będący obecnie lokalnym królem stał się królem absolutnym. By sam, osobiście, w sposób niekontrolowany przez nikogo, podejmował dokładnie wszystkie decyzje dotyczące miasta. Taki prezydent-słońce, który spokojnie mógłby powiedzieć: „miasto to ja”. Właściwie to nie sposób sobie wyobrazić jakie jeszcze kompetencje mogliby sobie prezydenci próbować zawłaszczyć? Pozostaje się cieszyć, że nie mają (na razie) chętki na prawo dziedziczenia urzędu, karania opozycji na gardle, czy prawa pierwszej nocy wobec co urodziwszych mieszkanek (lub mieszkańców, bądźmy nowocześni).

Widać jak na dłoni, jak szkodliwą patologią polskiego systemu władz samorządowych jest obecna supremacja władzy wykonawczej. Władza psuje, władza absolutna psuje absolutnie i widać właśnie objawy tego zepsucia. Mówiąc kolokwialnie – komuś wyraźnie odbija. Pociechę można znaleźć tylko w obserwacji prawidłowości, jak niedaleko pycha kroczy przed upadkiem.

Marcin Horała

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook