Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Las Teutoburski

26.04.2012

Uwadze naszych polskich wodzów, którzy uważają, że nawet nie mają z kim przegrać. Pycha naprawdę tylko o mały kroczek poprzedza upadek.



9 rok naszej ery to szczyt potęgi Imperium Rzymskiego. Praktycznie cały znany współczesnym świat należy do Rzymian – od Bliskiego Wschodu, przez Afrykę Północną aż po północno-zachodnią Europę. W podbitej kilkanaście lat wcześniej Germanii rządzi sobie spokojnie namiestnik Publiusz Kwinktyliusz Warus.

Przypomnieć należy, iż w ówczesnym czasie rzymski legion był jednostką wojskową przewyższającą uzbrojeniem, wyćwiczeniem, organizacją i taktyką o całe wieki poziom wojskowości barbarzyńców. Nic dziwnego, że Warus – dysponujący aż trzema legionami (ponad 20 tys. żołnierzy) – niespecjalnie przejął się wieściami o rewolcie Germanów. Legiony poszły na tę wojnę jak na wycieczkę, objuczone zbytkownymi zapasami, nie pilnując szyku, żołnierze przemieszani z cywilami.

Oczywiście znamy ciąg dalszy. W Lesie Teutoburskim na kolumnę rozciągniętą między bagnami a zboczem wzgórza spadł znienacka grad strzał, a chwilę po nim szeregi zbiegającej ze zbocza germańskiej piechoty. Rzymianie od razu poszli w rozsypkę – trwająca następne cztery dni bitwa to było w praktyce tylko dobijanie kolejnych izolowanych punktów oporu. Koniec końców trzy legiony zostały wycięte w pień, praktycznie do nogi. To na wieść o tej bitwie cesarz Oktawian August miał zakrzyknąć swoje słynne: Quinctili Vare, legiones redde! (Kwinktyliuszu Warusie, oddaj legiony!) a na pamiątkę największej militarnej klęski w historii imperium już nigdy żaden inny legion nie nosił numerów tych wyrżniętych przez Germanów.

Tak historia powtarza się przez wieki w różnych dekoracjach. Potężna, zupełnie pewna zwycięstwa armia, dla której nadchodząca bitwa wydaje się właściwie formalnością, zaniedbuje należytej staranności i ostrożności i dostaje srogie baty od teoretycznie stojącego kilka lig niżej przeciwnika. I Rzeczpospolita Obojga Narodów miała swoje Piławce, gdzie wielka armia koronna dosłownie przewróciła się o własne nogi (i Chmielnicki nawet za bardzo nie musiał jej popychać). I US Army w pierwszej bitwie nad Bull Run dostała baty od armii konfederackiej, po której się spodziewano iż będzie luźną zbieraniną bez wartości bojowej. I armię Imperium Brytyjskiego, nad którym nie zachodziło słońce, pobili pod Isandlawaną bosi Zulusi uzbrojeni w dzidy.

Dlaczego w ogóle o tym piszę? Ano chciałbym tę historię polecić uwadze naszych polskich – krajowych jak i lokalnych – wodzów, którzy uważają, że nawet nie mają z kim przegrać. Publiusz Kwinktyliusz Warus, regimentarz Zasławski, generał McDowell, pułkownik Durnford i tylu innych (dorzućmy chociażby Kserksesa wyruszającego na czele armii całego ówczesnego świata na podbój maleńkiej Hellady) – oni wszyscy pewnie też uważali, że nie mają nawet z kim przegrać. Pycha naprawdę tylko o mały kroczek poprzedza upadek.

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook