Jedynie prawda jest ciekawa

Guderian, Rommel i human resources

19.07.2012

W ramach wakacyjnych rozrywek czytam sobie o wojskowości Trzeciej Rzeszy

I po raz kolejny towarzyszy  mi refleksja, jak mylne jest popularne mniemanie o sukcesach Wehrmachtu. Prawie każdy słyszał o Blitzkriegu, ale zazwyczaj kojarzy się go z potężnymi dywizjami pancernymi, które górowały liczbą i wyposażeniem nad wojskami polskimi, francuskimi czy sowieckimi w pierwszym okresie wojny.

Gdybyśmy zapytali o czołgi na wyposażeniu tych dywizji pewnie większość odpowiedziałaby: „Pantery” i „Tygrysy”. Ktoś może by jeszcze dodał o wsparciu wojsk pancernych przez sztukasy, ktoś inny może słyszał o niepokonanych czołgach-behemotach „Tygrysach Królewskich”.

Tymczasem bojowy debiut „Tygrysów” i „Panter” na szeroką skalę to bitwa na łuku kurskim w 1943 roku, a więc ostatni moment gdy na froncie wschodnim Wehrmacht miał strategiczną inicjatywę, moment, od którego wojna dla Niemiec była już zdecydowanie przegrana. Sukcesy Blitzkriegu we wcześniejszych latach to były sukcesy odnoszone przez wojska pancerne wyposażone w znacznie słabsze Panzerkampfwagen serii od I do IV (z czego w miarę nowoczesne IV były w zdecydowanej mniejszości). Sami Niemcy uznawali w praktyce, że nie górują jakoś wybitnie technologicznie skoro nie stronili od używania czołgów zdobycznych, np. czeskich. To już bardziej za innowacyjną konstrukcję można by uznać Ju-87 „Stuka”, tyle, że innowacyjność ta wypływała nie z jakichś kosmicznych, przyszłościowych technologii – tylko z nowej koncepcji bombowca nurkowego. Szerzej – tak samo można powiedzieć o całym Blitzkiregu - że to właśnie opracowanie i wdrożenie jego koncepcji było największą innowacją. Największy przełom, leżący u korzeni zwycięstw Trzeciej Rzeszy w pierwszych latach wojny, nie nastąpił na deskach kreślarskich inżynierów i projektantów, tylko w głowach Guderiana, Rommla i kilku im podobnych.

To przełom mentalny, nowa idea, nowa koncepcja pozwoliła Werhmachtowi spuścić lanie mniej więcej równym liczebnie i technologicznie wojskom francusko-angielskim oraz dominującej liczebnie i technologicznie Armii Czerwonej (najnowocześniejszy w 1941 czołg niemiecki, Panzer IV, nie mógł się równać z soweckimi KW-1, KW-2 czy T-34). Nawet słabsza liczebnie i technologicznie armia polska została pokonana znacznie szybciej niż wynikałoby tylko z prostego rachunku sił. Przewaga decydująca o przebiegu wojny to nie była przewaga Panzerów nad TP-7 czy Matildami. To była przewaga mózgów przywołanych tu już niemieckich generałów nad mózgami Gamelina czy Rydza-Śmigłego.

Jaka stąd nauka dla współczesnych? Ano taka, że thinking outside the box naprawdę działa i przynosi efekty. Że kluczem do sukcesu jest innowacyjność, ale innowacyjność rozumiana jako ciągła praca na paradygmatach, ciągłe wykorzystywanie jednego z największych osiągnięć zachodniej cywilizacji – krytycznego rozumu. A nie, jako kupowanie każdego nowego gadżetu elektronicznego i skuteczne pisanie wniosków o unijne dotacje na innowacyjność.

Im wyżej w hierarchii organizacji – nie tylko biznesowej – tym częściej należy sobie stawiać pytania typu „po co?” i „dlaczego?” zanim zapyta się „jak?” albo co gorsza bez pytania o cokolwiek rzuci w wir bieżącej pracy. Tymczasem, choć innowacyjność czy thinking outside the box to mantra współczesnego biznesu, jakże często w wielu organizacjach nadal model awansu jest prosty – kierownikiem zostaje ten pracownik, który najpilniej wypełnia polecenia przełożonego, najściślej przestrzega korporacyjnych regulacji, zawsze robi co mu każą i jak mu każą w z góry określonym terminie. To tak jakby zamiast Guderiana czy Rommla kolumnami pancernymi dowodzić miał jakiś feldfebel, który najlepiej składał ubrania w kostkę i zawsze miał mundur zapięty na regulaminową liczbę guzików.

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook