Jedynie prawda jest ciekawa

Fetysz bezpartyjnej niezależności

05.04.2013

Często w debacie publicznej pojawia się biadolenie, że ten czy ów jest zależny od partii, że jakaś tam sfera życia jest „upartyjniona”. To leitmotiv wielu dyskusji o samorządzie.

od partii, że jakaś tam sfera życia jest „upartyjniona”. To leitmotiv wielu dyskusji o samorządzie. Ten sam wątek powraca w dyskusji nad wprowadzeniem jednomandatowych okręgów wyborczych (w formie zabawnego qui pro quo, bo walka z zależnością posłów od władz partii ma być głównym argumentem za JOW, tymczasem, przynajmniej w wersji brytyjskiej, wprowadzenie JOW jeszcze by tą zależność pogłębiło).

W wypadku stosunków biznesowych, zawodowych, wymiaru sprawiedliwości itp. ich „upartyjnienie” faktycznie nie jest najlepszym pomysłem. Nie chcielibyśmy by przynależność do takiej a nie innej partii decydowała o zdobyciu lub nie zlecenia czy pracy. Natomiast postulat apartyjności, czy chociażby niezależności od kierownictwa partii, w odniesieniu do czysto politycznych funkcji publicznych pełnionych z wyboru – to szkodliwa aberracja. W dodatku oparta o skrajnie symplistyczny, naiwny obraz rzeczywistości.

W obrazie tym istnieje tylko jeden punkt odniesienia uzależniający polityka – partia. W najbardziej wulgarnej socjotechnice, stosownej często na poziomie samorządowym, istnieją tylko dwa stany: 1. uzależnienia, poddaństwa i służeniu interesom partii – to ci, który są członkami partii politycznych; 2. niezależności, obiektywizmu i służeniu interesom społeczeństwa – to ci, którzy do partii nie należą. Czasem ulega to lekkiemu wycieniowaniu i zamiast stanu czarno-białego (w partii – czarny, nie w partii – biały) miały gamę szarości między białym biegunem całkowitej bezpartyjnej niezależności a czarnym biegunem całkowitej podległości partyjnej centrali.

A jak to się ma do prawdy? Ano mniej więcej tak jak stwierdzenie „każde rude jest fałszywe” albo „każdy Polak to pijak i złodziej”. Niekiedy uproszczenia pomagają zrozumieć rzeczywistość, ale powyżej pewnego poziomu uproszczenia znika tyle istotnych okoliczności, że uproszczenie staje się po prostu fałszem. Tak jest w przypadku widzenia systemu zależności polityka w formie dwóch punktów czy nawet jednolitej, liniowej gamy szarości. Bo w istocie swoim poziomem skomplikowania taki system zależności przypomina raczej gęstą, trójwymiarową, sieć.

Bowiem każdy polityk funkcjonuje w systemie niezliczonych zależności. Politycy mogą być zależni od sponsorów, od układów towarzyskich czy zawodowych, od mediów, od służb specjalnych, od opinii najbliższych, od osób posiadających o nich kompromitujące informacje, od pracodawców zatrudniających bliskie im osoby i od dziesiątek innych czynników i systemów kontroli. To już od taktycznej sprawności i siły woli poszczególnych konkretnych polityków zależy na ile ważnym spośród owych ośrodków będzie wola ich wyborców (a jeszcze lepiej – nie bieżąca wola, tylko dobrze rozumiany długofalowy interes). I na ile poruszając się w owej splątanej sieci zależności wyszarpią sobie swobodę ruchów.

Czy dużo zmieni dodanie lub odjęcie dodatkowej nitki w owej sieci, biegnącej do partyjnej centrali? Zazwyczaj nie. Ba – i tu już porównanie z siecią zawodzi – dodatkowy ośrodek pozwala czasem na zwiększenie niezależności. Bo aby w praktyce działalności politycznej dokonać pożądanego manewru trzeba czasem wykorzystać sprzeczności pomiędzy ośrodkami władzy, ich wzajemne animozje, przeciwne wektory działania itp. Przykładowo – kandydat mający szyld partii może się odwołać do domyślnego elektoratu partii. Nie musi więc być aż tak bardzo osobiście rozpoznawalny jak kandydat „niezależny”, potrzebuje więc mniej pieniędzy na zbudowanie owej osobistej rozpoznawalności. A zatem dzięki zależności od partii może sobie pozwolić na większą niezależność od sponsorów. To oczywiście również uproszczenie graniczące z fałszem, chodzi o pokazanie mechanizmu. Dla sprawnego polityka przynależność partyjna jest kolejną kartą dobraną do ręki, która poszerza możliwości gry a więc zwiększa, a nie zmniejsza, dostępną paletę działań.

Szczególnie jaskrawie widać to w samorządach rządzonych przez „niezależne”, „bezpartyjne” lokalne partie prezydenckie. Zazwyczaj „niezależni” radni takich lokalnych partii są zdecydowanie bardziej ubezwłasnowolnieni, niż „zależni” radni należący do ogólnopolskich partii. W partii ogólnopolskiej bowiem „Bóg wysoko a prezes daleko”, lokalny baron z kolej ma też wiele innych spraw na głowie i co najmniej równie jak on potężnych, a skonfliktowanych z nim, innych partyjnych baronów – którzy zawsze chętnie wesprą buntowników w obozie konkurenta. Radni mogą więc poharcować nieomal według uznania. Natomiast w „bezpartyjnej”, „niezależnej” partii lokalnej suweren (wójt, burmistrz, prezydent) jest jeden, bezkonkurencyjny, siedzi blisko i na bieżąco trzyma rękę na pulsie. A może raczej na gardle podwładnych sobie „niezależnych”, „bezpartyjnych” radnych.


Marcin Horała

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

Wiadomości z kraju

więcej

Wiadomości ze świata

więcej
CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook