Jedynie prawda jest ciekawa

Eurosceptyk Zamoyski

20.12.2011

Myliłby się ten, kto by sądził że Unia Europejska to pierwszy w historii projekt europejskiej integracji. A że historia nauczycielką życia, warto przyjrzeć się wcześniejszym projektom...

Jednym z nich było Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego (widać, że od tamtych czasów naród niemiecki zmądrzał na tyle, by nie kłuć w oczy nazwami instytucji, za pomocą których realizuje swoje interesy).

W drugiej połowie XVI wieku, bo tym okresem chciałbym się zająć, lata świetności Cesarstwo miało już od wieków za sobą. Pojawił się jednak projekt dążący do rewitalizacji idei integracyjnej. Była to odpowiedź na poważne wyzwania przed jakimi stała wówczas Europa (chyba poważniejsze niż obecnie, bo upadnięte Euro przykładowo nikogo na pal nie wbije a janczarowie sułtana jak najbardziej mogli). A istotą owego projektu było dodanie do stanu posiadania cesarskiego domu Habsburgów korony polskiej. Chodziło więc o włączenie Polski do głównego nurtu integracji europejskiej.

Okazja trafiła się niebywała w postaci wprowadzenia instytucji wolnej elekcji, otwierającej tron dla habsburskich pretendentów. Gdy po krótkim a niefortunnym okresie panowania Henryka Walezego Rzeczpospolita zabierała się do wyboru nowego władcy, swoje ambicje w tym zakresie zgłosił sam cesarz Maksymilian II Habsburg.

Znalazło się w Rzeczpospolitej sporo magnatów rozumiejących konieczność integracji. Części z nich w dojściu do zrozumienia pomogło habsburskiego złoto (dziś byśmy powiedzieli: granty, stypendia Fundacji Adenauera i medal im. Karola Wielkiego). Prymas Jakub Uchański obwołał cesarza Maksymiliana II Habsburga królem Polski, stronnicy habsburscy odśpiewali w katedrze Te Deum, a magnacka piechota obsadziła  zamek.

Na wieść o tych wydarzeniach zgromadzona na elekcję szlachta zawyła: „Do gardł naszych nie chcemy Niemca!”. Zatrzymajmy się na chwilę nad tym hasłem, bo to bardzo dobry symptom ówczesnego zacofania i kołtunerii. Sformułowanie „do gardł” nie ma oczywiście nic wspólnego z jedzeniem czy anginą. Chodziło, tak samo jak w przypadku „karania na gardle”, o śmierć. Więc „do gardł” znaczy tyle co „do śmierci”. Do śmierci nie chcemy Niemca, wolimy śmierć niż Niemca. Niemca przecież nie w znaczeniu niemieckiego kupca, niemieckiego doktora czy nawet niemieckiego konkurenta do ręki córki - tylko niemieckiego króla. A więc panowie bracia krzyczeli wówczas: „Wolimy śmierć niż niemieckiego króla!”, „Wolimy umrzeć niż żyć pod niemieckim panowaniem!”. Jakże różna to postawa od rozsądku i pragmatyzmu współczesnych Polaków, którzy przeciw niemieckiemu panowaniu zdaje się nic by nie mieli, byle móc po lepszym kursie spłacać kredyt.

Wracając jednak do ówczesnych kaczystów, to urządzili nam Budapeszt nad Wisłą obierając za króla Viktora Orbana… eee, znaczy Stefana Batorego. Stronnictwo rozumiejące konieczności integracyjne próbowało jeszcze coś ugrać, ale sprawę przesądziło kilkadziesiąt tysięcy szabel ówczesnego kibolstwa zgromadzonego na pospolitym ruszeniu pod Jędrzejowem (dla nie obeznanych w historii – pospolite ruszenie to taki Marsz Niepodległości tylko że na koniach i z szablami).

Gdy więc po dziesięciu latach Batory zszedł z tego łez padołu ponownie otwierając kwestię obsady polskiego tronu, Habsburgowie byli już bogatsi w doświadczenia. Tym razem w roli pretendenta wystąpił cesarski syn, arcyksiążę Maksymilian III Habsburg. Udał się on na Wawel ze stosowną asystą cesarskiego wojska.

I tu docenić historycznych konieczności nie umiał hetman Jan Zamoyski. Zamiast grzecznie powitać arcyksięcia Maksymiliana III odpowiednią mową („Bardziej niż habsburskiej siły obawiam się habsburskiej bezczynności”) powitał go ogniem armat. Pod Byczyną chorągwie koronne spuściły takie lanie habsburskiej Bundeswehrze, że Jaśnie Wielmożnemu Arcyksięciu pozostało tylko negocjować w miarę znośne warunki kapitulacji.

Tak to na własne życzenie skazaliśmy się na Europę dwóch prędkości i pozostaliśmy poza XVI-wieczną strefą Euro plus.

Szczęśliwie ostatnio mamy szansę nadrobić te cywilizacyjne zapóźnienia.

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook