Jedynie prawda jest ciekawa

Destrukcyjny romantyzm realistów

01.08.2014

Rytualna dyskusja o Powstaniu Warszawskim, przyznam szczerze, od pewnego czasu już mnie nudzi.

Mam wrażenie, że co roku te same osoby mówią na ten sam temat te same argumenty. Nie przyłączałbym się do niej, gdyby nie to, że zaobserwowałem w tej dyskusji pewien zabawny (o ile w ogóle można w tym kontekście użyć takiego słowa) paradoks.

Pominę w tych rozważaniach krytyków Powstania z obozu lewicowo-liberalnego. Dla nich to po prostu kolejny front walki z polskością, patriotyzmem, tradycją narodową i wszystkim z czym kojarzą się te pojęcia. Wywołuje to oczywiście mój głęboki sprzeciw, ale jest na poziomie logicznym spójne i konsekwentne.

Odnieść chciałbym się natomiast do narracji krytyków powstania z pozycji patriotycznych, prawicowych „realistów”. Ludzi którzy ze szczerej, zakładam, troski o Polskę czują potrzebę pisania artykułów o tym że Powstanie było bezsensowne, zbędne, szaleńcze a może i nawet zbrodnicze (w sensie, że zbrodnią była decyzja o jego wybuchu). Bo krytyka PW z takich pozycji siłą rzeczy musi się zakałapućkać w szereg paradoksów i wewnętrznych sprzeczności.

Przyjrzyjmy się bowiem realistycznej krytyce Powstania metodą, którą ona sama każde przyglądać się Powstaniu. Rozważmy absolutnie na chłodno rachunek zysków i strat. Co wzniecając powstanie przeciw Powstaniu możemy tu i teraz stracić lub zyskać?

No bo przecież nie toczymy debaty o tym, czy wsadzić kogoś w wehikuł czasu i wysłać 70 lat wstecz by odwołał godzinę W. Nie, PW jest faktem historycznym którego nie zmienimy. Zakładając na chwilę teoretycznie, że decyzja o jego wybuchu była ogromnym błędem powodującym koszty niewspółmierne do zysków – te koszty zostały już poniesione. Nie wskrzesimy zamordowanych i nie od-zburzymy Warszawy. Koszty ponieśliśmy, niewspółmierne do zysków powiedzą realiści, ale ponieśliśmy. To co teraz mamy to te - nawet przyjmując że niewspółmierne, ale jednak zawsze jakieś – zyski.

Mamy teraz kapitał kulturowy, mamy mit powstania który może być – jest – żywym i atrakcyjnym dla coraz nowych pokoleń magnesem przyciągającym do afirmatywnego przeżywania polskości. W imię czego, jakiej realnej korzyści, chcecie drodzy realiści ten kapitał zmarnować, chcecie ten zasób przekreślić? Jakoś tak się stało, że to właśnie Powstanie Warszawskie a nie np. Cud nad Wisłą zawładnęło wyobraźnią patriotycznych młodych Polaków. Takie są fakty. Kto jak kto, ale ktoś mieniący się realistą, powinien fakty przyjmować do wiadomości.

Rojenie, że oto ja i moi koledzy z redakcji, tu w tych szaliczkach przy tej kawce i papierosku tymi oto rękami piszącymi artykuły stworzymy nowych ludzi plemię, Polaków patriotycznych ale realistycznych, stawających w obronie Ojczyzny gdy trzeba, a jednocześnie dokonujących na bieżąco analiz geopolitycznych z których wyniknie, kiedy już nie trzeba i szkoda marnować substancji – o to dopiero jest romantyzm pełną gębą, wręcz sny na jawie.

Realna sytuacja (a tylko taka powinna realistów interesować) jest taka, że żywego polskiego

patriotyzmu innego, niż ten oparty na paradygmacie romantyczno-insurekcyjnym, po prostu nie mamy. Nawet spadkobiercy endecji swoją narrację budują wokół Żołnierzy Wyklętych, czyli na micie romantyczno-insurekcyjnym par excellence. Oczywiście nie znaczy to, że należy podchodzić do tego paradygmatu w sposób bierny i bezkrytyczny. I w tym paradygmacie są różne nurty i akcenty i jedne należy wspierać a inne może nieco wyciszać (przykładowo innym romantyzmem jest romantyzm powstańca skaczącego z bagnetem Niemcowi do gardła, a innym romantyzmem jest romantyzm biernego zawodzenia „ach jak wielka nasza rana, ach jak długo cierpienie nasze trwa”). Ale nie sposób budować „nowego, lepszego patriotyzmu” inaczej, niż w postawie świadomie

afirmatywnej wobec tego jedynego realnego patriotyzmu, jaki mamy. Nie można zaczynać walki o silną, żywą, polskość od dekonstrukcji najbardziej atrakcyjnego i witalnego mitu owej polskości.

Wychodzi więc na to, że chłodna, realistyczna kalkulacja prowadzona z pozycji patriotycznych każe się przymknąć z realistyczna krytyką Powstania. Nawet jeżeli byłaby ona słuszna na poziomie teoretyczno-akademickim to chłodny rachunek zysków i strat wskazuje, że przynosi więcej szkód niż pożytków. Realną alternatywą dla polskiego patriotyzmu romantycznego nie jest patriotyzm realistyczny tylko wyzucie z polskości i w ogóle z jakiekolwiek silnej tożsamości. Przerobienie Polaków na klony Metternicha to mrzonka – natomiast podejmując w tym kierunku próby można przy okazji bardzo pomóc w przerabianiu ich na lemingi. Krytykując polski patriotyzm za zbytni romantyzm zostać pożytecznym idiotą tych, którzy go zwalczają bo zwalczają każdy polski patriotyzm, romantyczny czy nie.

A więc po co krytykować Powstanie? Może w imię prawdy, a może nawet Prawdy przez duże P? Zaiste oryginalny to realizm, który każde odrzucić rachunek zysków i strat w imię Prawdy i w związku z tym krytykować odrzucenie rachunku zysków i strat w imię Wolności, Honoru, Godności. (o ile w odniesieniu do wartościujących ocen zdarzeń historycznych można w ogóle mówić o jakiejś obiektywnej, jedynie prawdziwej, interpretacji – najpierw by trzeba mieć jakąś zapasową drugą Polskę w której byśmy nie przeprowadzili powstania i porównali efekty po 70 latach).

Ale przede wszystkim realizm realistycznych krytyków powstania jest w istocie czystej wody romantyzmem z innego powodu. Otóż powstanie przeciw Powstaniu Warszawskiemu jest po prostu najbardziej z góry skazanym na klęskę z polskich powstań. Redaktor idący ze swoim laptopem przeciw mitowi Powstania ma szanse na sukces o kilka rzędów wielkości mniejsze niż chłopak idący z butelką benzyny przeciw czołgowi.

Za sto-dwieście-trzysta lat po redaktorze pamięć zaginie a mit Powstania będzie wieczny, będzie trwał, będzie rósł dopóki ktoś jeszcze będzie mówił po polsku. Bo Powstanie Warszawskie było tym rzadkim w historii zdarzeniem, które przekroczyło historię, politykę, strategię, rozsadziło ich ramy. Czy ktoś na poważnie dyskutuje, czy aby decyzja o bezsensownym strategiczne poświęceniu życia trzystu najlepszych żołnierzy nie była zbrodniczym błędem króla Leonidasa? Powstanie Warszawskie, przynajmniej dla Polaka, to jest ten rząd wielkości co Termopile. Rząd wielkości, przy którym kawiarniane kalkulacje i zabawy w historię alternatywną nudzą i zdają się obmierzłe.

Sam lubię publicystykę, w tym historyczną, lubię prowadzić dywagacje, które ludzie bardziej praktycznie nastawieni do świata nazywają dzieleniem włosa na czworo, lubię sobie podyskutować. Ale tym razem chcę zakończyć wezwaniem: ciszej przy tej wielkości. Przy Powstaniu naprawdę lepiej nie tylko w godzinę W, ale w ogóle, po prostu stanąć w milczeniu ze ściśniętym sercem i być dumnym, że jest się Polakiem.  

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook