Jedynie prawda jest ciekawa

Broniąc (nieco) straży miejskiej

09.08.2013

Straż Miejska to jedna z najbardziej nielubianych formacji. W powszechnym odbiorze zajmuje się głównie nękaniem kierowców i „babć z pietruszką” oraz reperowaniem lokalnych budżetów mandatami. Stąd powtarzające się wezwania do likwidacji straży i próby organizacji referendów w tej sprawie, czasami nawet skuteczne.

Kiedy siedem lat temu rozpoczynałem pełnienie funkcji radnego miasta i ja uległem magii prostych rozwiązań i proponowałem rozważenie takiej likwidacji. Z perspektywy czasu i doświadczeń wypada nieco odszczekać (choć może nie do końca).

Gdyby bowiem pytanie o likwidację straży nieco sprecyzować: czy jesteś za likwidacją straży miejskiej na poziomie decyzji samego samorządu i przy założeniu że wszystkie inne elementy systemu pozostają bez zmian (zasady działania policji itp.) to powiedziałbym – to zależy. Pewnie w niektórych gminach tak, ale na przykład w moim mieście i w ogóle w miastach - nie.

Zdarzają się przypadki patologiczne: np. małe gminy wiejskie, przez które przebiega droga o dużym natężeniu ruchu – wówczas straż gminna pełni rolę przydrożnego zbója mającego na celu rabowanie, no powiedzmy pobieranie myta, od podróżnych. Wówczas likwidację tej formacji należy poważnie rozważyć. W większych jednostkach likwidacja straży wydaje się bezsensownym wylewaniem dziecka z kąpielą.
Jeżeli bowiem narzekamy na funkcjonowanie SM, to trzeba mieć świadomość, że jej likwidacja i teoretyczne przejęcie zadań przez policję raczej owe problemy zaostrzy. Na straż miejską lokalna społeczność jakiś tam wpływ ma – komendant podlega prezydentowi, który raz na cztery lata poddaje się weryfikacji wyborczej, więc osobiście mu zależy na dobrej opinii mieszkańców o porządku i bezpieczeństwie na jego terenie. Natomiast linia zwierzchnictwa komendanta powiatowego policji idzie pionowo aż do Warszawy, do ministra spraw wewnętrznych. Opinia lokalnej społeczności będzie więc miała dla niego siłą rzeczy znikome znaczenie.

Poza tym dla policji, zajmującej się przestępstwami kryminalnymi, gospodarczymi i tak dalej, zakres zadań Straży Miejskiej jest kwiatkiem do kożucha, który byłby traktowany z ostatnim priorytetem. Oczywiście każdego wkurza mandat czy blokada gdy nie znalazłszy miejsca „tylko na chwilę” zaparkował na zakazie – ale z drugiej strony równie często wkurzamy się na chodniki i drogi rowerowe zastawione samochodami, w sieci mnożą się galerie „mistrzów parkowania” tudzież wręczanie „karnych k****ów za ch***we parkowanie”. Nie wiem, czy bylibyśmy zadowoleni, gdyby w naszych miastach parkowanie odbywało się na zasadzie „hulaj dusza, piekła nie ma”, bo jedyną służbą tego pilnującą jest policja „która ma ważniejsze sprawy na głowie, jak łapanie morderców i złodziei”.

Podobnie ma się sprawa chociażby z systemami monitoringu. W miejscowościach gdzie samorządy przekazywały je policji często się zdarzało, że kamer nikt nie obserwował, albo jeden operator patrzył jednocześnie w 50 monitorów – bo policji brakuje etatów, bo trzeba było oddać wolne za nadgodziny, bo był okres urlopowy albo nie wyszła rekrutacja. Znacznie lepszym rozwiązaniem dla lokalnej społeczności jest posadzenie przed monitorami operatorów ze straży miejskiej – samorząd ma wówczas bezpośredni wpływ na to jak wykorzystywany jest jego majątek i czy rzeczywiście na bieżąco poprawia bezpieczeństwo w mieście (a nie tylko produkuje nagrania ułatwiające policji prowadzenie dochodzenia post factum, gdy obywatel już został pobity czy ograbiony i nikt mu nie pomógł, bo nikt nie patrzył na monitor).
Oczywiście w razie likwidacji SM można przed monitorami posadzić zamiast strażników cywilnych urzędników wydziału bezpieczeństwa czy zarządzania kryzysowego w strukturach urzędu miasta Podobnie jest w innych obszarach aktywności straży, których policja w ogólnie nie przejmie, bo nie leżą w zakresie jej obowiązków – po likwidacji zamiast strażników uiszczanie opłaty skarbowej mogą sprawdzać referenci wydziału dochodów, dochodzenia w sprawie dzikich wysypisk albo palenia śmieciami w domowym piecu mogą prowadzić inspektorzy wydziału ochrony środowiska, do ochrony urzędu i pilnowania porządku np. podczas obrad sesji rady miasta można zatrudnić woźnych itp. Pytanie tylko po co jeść tą żabę, jaka korzyść dla lokalnej społeczności, że w miejsce zlikwidowanych x etatów strażników miejskich utworzymy co najmniej x nowych etatów urzędniczych. A może nawet więcej bo urzędnicy nie są tak wszechstronni jak strażnicy. Woźny z urzędu nie przeprowadzi likwidacji dzikiego wysypiska, referent wydziału ochrony środowiska nie sprawdzi uiszczenia opłaty targowej itp. Wreszcie jak będzie szedł na targ to nie będzie po drodze stanowił pieszego umundurowanego patrolu którego sam widok podnosi poczucie (a co za tym idzie i poziom) bezpieczeństwa w dzielnicy.

Co więcej, w obecnym systemie prawnym, straż miejska jest nieomal jedynym narzędziem, które władze samorządowe mogą wykorzystać do zwiększenia bezpieczeństwa mieszkańców. Bez SM chcąc zadbać o bezpieczeństwo w mieście, i nawet mając na to środki finansowe, nie bardzo mają jak je wydać. Policja jest instytucją scentralizowaną zupełnie niezależną od samorządu. Możliwości jej dofinansowania są dość teoretyczne. Samorząd mianowicie może wykupić dodatkowe godziny pracy policjantów w nadgodzinach (zazwyczaj z przeznaczeniem na służbę patrolową) oraz zakupy rzeczowe. Nie może ufundować nowych etatów albo podwyżek dla już zatrudnionych policjantów, ani wpłynąć na obsadzenie już istniejących a zazwyczaj w znaczącej części wakujących etatów. Dodatkowo liczba owych nadgodzin do ufundowania jest często mocno ograniczona – ze względu na charakter pracy, kodeksowe wymogi czasu wypoczynku i zwyczaj stałego wakatowania części istniejących etatów zazwyczaj niewielu policjantów ma jakieś wolne nadgodziny do ewentualnego wykorzystania. Zakupy rzeczowe natomiast są loterią ze względu na niesamodzielność finansową komendantów powiatowych. Mówiąc prościej – co z tego, że policji w naszym mieście kupimy dodatkowy radiowóz, nie spowoduje to, że będzie o jeden radiowóz więcej. Po prostu ten, co mieli dostać od komendanta wojewódzkiego, pojedzie do innego miasta. Z punktu widzenia województwa bez sensu jest, żeby w jednym mieście mieli dwa nowe, gdy w tylu innych nie mają żadnego. Oczywiście można tu się próbować dogadywać i zawierać jakieś nieformalne układy ale raz, że wysocy urzędnicy w policji to czynnik mocno zmienny i dogadanie się z jednym nie gwarantuje że następca dotrzyma układu, a dwa, że długofalowo w tym modelu finansowania policji sytuacja, żeby jedna komenda powiatowa była wyraźnie bogatsza od pozostałych (bo ją mocno dofinansował samorząd) jest po prostu nie do utrzymania. Prędzej czy później, stopniowo czy nagle, ale strumień centralnego finansowania zostanie przekierowany tak, żeby te różnice wyrównać.

Bez straży miejskiej możemy więc mieć sytuację, iż mieszkańcy uważają że poziom bezpieczeństwa publicznego w ich okolicy jest dla nich najważniejszym problemem – a wybierania przez nich władza lokalna nie może nic w tej sprawie zrobić, choćby chciała. Teraz może, bo wprawdzie straż miejska nie ma takich uprawnień jak policja, niemniej całkiem spore uprawnienia ma. A wielu sprawców tych prostych, a uciążliwych w codziennym życiu przestępstw i wykroczeń – drobnych kradzieży, pobić czy aktów wandalizmu widok nadchodzącego umundurowanego patrolu odstrasza. Raczej nie analizują z daleka subtelnych różnić w rodzaju umundurowania i związanych z tym uprawnieniami tylko porzucają swoje zamiary i uciekają. Można też organizować patrole mieszane, taki patrol dysponuje więc „policyjnymi” uprawnieniami do interwencji, jednocześnie oszczędzając jeden dzień roboczy policjanta. „Kosztem” dwóch policjantów mamy więc dwa patrole a nie jeden.
Podobnym przykładem może być kadrowa zmora komendantów policji czyli imprezy masowe. Do ew. pałowania straż miejska się nie przyda – ale już do patrolowania terenu imprezy, pilnowania zmiany organizacji ruchu itp. już tak. Jak imprezę obstawia 50 policjantów i 50 strażników miejskich – to, mówiąc obrazowo mamy następnego dnia 50 policjantów więcej na patrolu. Bo gdyby strażników nie było i tych trzeba by przydzielić 50 policjantów więcej – to następnego dnia tym 50 policjantom trzeba będzie dać wolne w zamian za nadgodziny albo chociażby by spełnić wymogi minimalnego dobowego wypoczynku po pracy.

Oczywiście racjonalność postulatu likwidacji SM wzrasta, gdy puszczamy wodze fantazji i bawimy się w projektowanie kompleksowej reformy służb mundurowych i systemu bezpieczeństwa publicznego. Można wtedy sobie wyobrazić lepsze rozwiązania od obecnego np. wyłączenie z policji państwowej prewencji i drogówki i połączenie ich ze strażami miejskimi w policję municypalną. Dla mnie to nawet kuszący intelektualnie jest pomysł, by na wzór anglosaski postawić na czele takiej lokalnej policji szeryfa wybieranego przez lokalną społeczność. To temat na inną, znacznie głębszą dyskusję.
Natomiast pozostając na gruncie racjonalizmu praktycznego: policję mamy jaką mamy, ustawy mamy jakie mamy i teraz decydujmy czy w danym mieście zlikwidować straż miejską – odpowiedziałbym, że raczej nie.

Marcin Horała

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook