Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

7 mitów polskiego samorządu

14.02.2014

Mieszkańcy bardziej interesują się sprawami samorządu niż ogólnopolską polityką, gdyż te sprawy bardziej ich dotyczą.

Chyba mało który obszar życia publicznego obrósł mitologią tak jak samorząd terytorialny. Dzieje się tak z wielu przyczyn, których pełna analiza zajęłaby książkę. Na potrzeby niniejszego wpisu wybrałem 7 mitów, które wydaję mi się najbardziej popularne.

  1. Mieszkańcy bardziej interesują się sprawami samorządu niż ogólnopolską polityką, gdyż te sprawy bardziej ich dotyczą. Być może i dotyczą, ale na pewno nie wywołuje to zainteresowania. O ile jest jakaś znacząca część populacji interesująca się na bieżąco ogólnokrajową polityką – ludzie oglądający wiadomości, programy publicystyczne itp. – o tyle osób tak interesujących się polityką lokalną praktycznie nie ma. Incydenty aktywizacyjne mają miejsce tylko wtedy gdy jakaś sprawa absolutnie bezpośrednio kogoś dotyczy – rodzice likwidowanej szkoły, sąsiedzi uciążliwej inwestycji itp. – zainteresowanie zaczyna się i kończy na tej konkretnej sprawie i po jej zakończeniu obywatele wracają do obojętności na sprawy ich samorządu jako całości. Za dowód wystarczy frekwencja w wyborach samorządowych która nie jest znacząco wyższa, częściej w ogóle niższa niż w wyborach władz ogólnopolskich. Jak nie wierzycie to spróbujcie teraz w myślach wymienić nazwiska znanych wam posłów i znanych wam radnych waszego miasta/powiatu/województwa. Zobaczycie, których będzie więcej.

  1. Samorząd terytorialny to wielki polski sukces, tam polityka prowadzona jest generalnie lepiej, uczciwiej, bardziej racjonalnie niż na poziomie sejmu czy rządu. Tu już wystarczy zwykła logika by zweryfikować mit. Samorządowcy działają w tej samej kulturze politycznej, w tym samym systemie prawnym, ba – znaczna część posłów, senatorów i innych polityków ogólnopolskich zaczynało od samorządu. Zdarzają się też transfery w drugą stronę. Dlaczego tacy sami, a czasem wręcz dokładnie ci sami ludzie, działając w takim samym otoczeniu, mieliby raz być nieuczciwymi, kłamliwymi nieudacznikami by za moment stawać się uczciwymi i kompetentnymi liderami. Magia? Patologie na poziomie samorządów występują mniej więcej tak samo często jak na poziomie polityki krajowej, tylko po prostu mniej o nich słychać.

  1. Problemem samorządu jest postępujące upartyjnienie. W istocie jest wręcz przeciwnie, przynajmniej na niższych szczeblach samorządu. System władz lokalnych przesądza o absolutnej supremacji władzy wykonawczej i stojącej za nią biurokracji – co z kolej powoduje, iż najbardziej racjonalnym rozwiązaniem jest tworzenie wokół nich lokalnych ugrupowań. Ich jedyną ideologią jest bycie świetną władzą a rzeczywistym spoiwem sprawowanie władzy ze wszystkimi związanymi z tym przyjemnymi konsekwencjami. Szyld ogólnopolskiej partii tylko w tym przeszkadza, wprowadzając dodatkowy czynnik ryzyka, na który nie ma się bezpośredniego wpływu. Lepiej inwestować we własny „apolityczny”, „bezpartyjny” szyld. Nawet jak tu i ówdzie lokalna elita jeszcze tego nie dostrzegła i występuje pod szyldem ogólnopolskiej partii to jest to raczej rodzaj wrogiego przejęcia, w którym szyld jest przez ową elitę wykorzystywany instrumentalnie i porzucany bez żalu przy pierwszych kłopotach.

  1. Wyborcy w wyborach samorządowych nie głosują na szyldy tylko na ludzi. Ależ nic podobnego (poza najmniejszymi gminami). Głosują na szyldy, tylko szyldy ogólnopolskich partii są słabo działające, albo czasami wręcz toksyczne. Szyldem „niosącym” kiepskich nawet kandydatów są szyldy lokalnych komitetów wójtów, burmistrzów i prezydentów. Siła ich marki jest budowana głównie przez wydatki na promocję jednostki samorządu a siła organizacyjna oparta na powiązaniach lokalnego establishmentu.

  1. Przedstawiciele samorządów powinni mieć bezpośredni wpływ na władze centralne. Przejawami tego myślenia był komitet Obywatele do Senatu, postulaty utworzenia izby samorządowej z Senatu albo chociażby zniesienia zakazu łączenia mandatu parlamentarzysty w funkcją wójta, burmistrza czy prezydenta. Niestety historia udziału we władzach wyższego szczebla osób bezpośrednio związanych z jakąś mniejszą jednostką pokazuje, iż cała działalność jest dla takiej osoby zasadniczo hobby, dodatkiem do podstawowego obowiązku – wyszarpnięcia jak najwięcej kasy dla swojej jednostki. Taki np. Senat składający się z prezydentów i burmistrzów to byłby pokaz szarpania czerwonego sukna. Trudno wyobrazić sobie prezydenta, który odmówiłby poparcia skądinąd głupiej ustawy, gdyby w pakiecie z nią miał otrzymać np. budowę obwodnicy swojego miasta czy zlokalizowanie na jego terenie innej dużej państwowej inwestycji. Bliższa ciału koszula.

  1. Samorządom zawdzięczamy rozwój Polski w ostatnich latach. Do pewnego stopnia tak, ale tylko dopóki mamy stały strumień środków unijnych. Wykorzystanie jak największej kwoty środków unijnych stało się niestety fetyszem wielu polskich samorządów generujących w ten sposób pomniki wzrostu zamiast wzrostu, mnożących megalomańskie budowy, inwestycje i instytucje. Dominuje podejście postawione na głowie – nie analizy rzeczywistych potrzeb a następnie ewentualnego szukania zewnętrznych źródeł finansowania ich zaspokojenia, tylko analizy jak najłatwiej pozyskać unijne środki, bez względu na to czy na inwestycje naprawdę najpilniejsze i najbardziej potrzebne. Mnożą się nie tylko te sławetne aquaparki, ale również stadiony, centra konferencyjne, muzea, centra innowacji, hale wielofunkcyjne i inne tego rodzaju instytucje, które działają na zasadzie trwałego deficytu. Po osiągnięciu punktu przegięcia rosnących kosztów i malejących transferów unijnych zaczną masowo upadać.

  1. Środowisko samorządowców uważa… niemal na pewno mitem będzie każda tak zaczynająca się wypowiedź. Dlaczego? Bo zazwyczaj dotyczyć będzie nie opinii środowiska samorządowców tylko jego konkretnego i mającego określony (niekoniecznie tożsamy z całością) interes – władzy wykonawczej i stojącej za nią samorządowej biurokracji. Czy np. na konferencję czy konsultacje ustawy do Warszawy pojadą masowo radni gmin, zajmujący się sprawami gminy przez godzinę czy dwie dziennie między pracą zawodową a obowiązkami wobec rodziny? Czy zrobią to radni jednostek pomocniczych funkcjonujący tak samo, ale nawet nie mający zwrotu kosztów w postaci diet? A może autentyczni lokalni aktywiści pozarządowi w rodzaju grupy rodziców prowadzącej społecznie klub sportowy swoich dzieci, czy ksiądz proboszcz prowadzący grupę charytatywną w swojej parafii. Oczywiście, że nie. Czas i możliwość udziału w konferencjach, konsultacjach, aktywność w organizacjach branżowych itp. mają tylko osoby robiące to w ramach obowiązków służbowych, którzy nie będą na tą aktywność musieli wykorzystywać urlopu wypoczynkowego, tylko jeszcze z pracy dostaną rozliczenie delegacji i zwrot za bilet. To oni, zawodowi pracownicy samorządowej biurokracji, mają decydujący wpływ na formułowanie dyskursu funkcjonującego potem jako opinie „samorządowców” czy wręcz „Polski lokalnej”.

Autor bloga

horała

Marcin Horała

Prawnik, politolog, radny miasta Gdyni

Najczęściej czytane na blogu

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook