Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Weryfikacje nauczycieli w stanie wojennym

03.08.2013

Swoistym rewersem sytuacji, w której donosicielami Służby Bezpieczeństwa PRL w szkołach byli pracownicy szkół, były czasami niezwykłe postawy nauczycieli. Albo w obronie godności własnej, albo przyzwoitości powierzonych ich opiece, wychowaniu uczniów.

W książce „Ubek” o agencie rodem z Gdańska (pisałem o tym w poprzednim odcinku blogu), jej autor, Bogdan Rymanowski, wspomina o milczących przerwach jako formie protestu uczniów w rocznice wprowadzenia stanu wojennego, np. w LO nr III w Gdańsku (popularnej „Topolówce”). Jak noszenie oporników w klapie. Jak losy uczennicy Beaty Szmytkowskiej (z d. Górczyńskiej) aresztowanej na kilka tygodni uczennicy tej szkoły.

Pamiętam, jaki stres na początku stanu wojennego występował dla przykładu w Zespole Szkół Zawodowych i w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Pucku, gdzie byłem wówczas nauczycielem. Po czasie karnawału „Solidarności” panował tam nastrój trochę jak po dużej przegranej. Ludzie byli porozbijani na mniejsze grupki, chodzili samopas, mimo że wcześniej był to niezły i zgrany zespół pedagogiczny.
Dodatkowy stres powodowało oczekiwanie na weryfikacje nauczycieli, które polegały na rozmowach poszczególnych nauczycieli z komisją, w której skład wchodzili:  dyrektor szkoły,   szef   szkolnej   podstawowej  organizacji  partyjnej, sekretarz gminnego PZPR, wizytator kuratorium, zaś później także przedstawiciel ogniska Związku Nauczycielstwa Polskiego. Rozmowy wyglądały różnie, nie omijały pytań natury politycznej. Bywało, że kończyły się wnioskami o zwolnienie z pracy. Czasami "przesłuchiwani" nauczyciele sami z trzaskiem opuszczali salę, czasami odmawiali tego typu weryfikacji ideologicznej, co było równoznaczne ze zwolnieniem z pracy.

Warto mieć świadomość, że nauczyciele byli drugą – oprócz dziennikarzy – grupą zawodową,  która  przeszła  tego  typu selekcję.  Ukazuje to znaczenie, jakie ideolodzy partyjni spod znaku członków biura politycznego PZPR:   Stefana    Olszowskiego czy   Stanisława Grabskiego, przywiązywali do oświaty.

Weryfikacja   była   przeprowadzana   w   sposób  metodyczny.  Już  po  kilku  miesiącach  stanu  wojennego objęła nauczycieli  liceów  ogólnokształcących,  potem, w kolejnych półroczach, szkoły zawodowe,   podstawówki, placówki  szkolnictwa  specjalnego. W tych ostatnich - a miałem okazję doświadczyć tego osobiście  -  owo  sito  ideologiczne było już lżejsze. Z czasem podczas owych weryfikacji zaczęto stosować swoisty przymus-szantaż, zmuszający nauczycieli, jeżeli nie do wstępowania do PZPR, to przynajmniej do ZNP, które międzyczasie w międzyczasie reaktywowano.
W ten sposób gros pracowników oświaty stało się członkami ZNP i w większości pozostają nimi po dziś dzień. Naruszono charaktery wielu ludzi, którzy po obecności w ZNP, przeszli po Sierpniu 1980 do "Solidarności". Nie minęło wiele miesięcy i znowu znaczna część z nich zmuszonych została ekonomicznie, ideologicznie do wstąpienia do neo-ZNP. Ile razy człowiek może zmieniać skórę, czy "barwy związkowe"? Być bohaterem? Stąd wynika dysproporcja w ilości członków ZNP  i  "S",  co  mogła  uczciwie rozwiązać delegalizacja  wszelkich  struktur  związkowych  po  1989  roku. Oznaczałaby ona równość startu OPZZ, "S", innych związków zawodowych, równy dostęp do majątku po CRZZ, FWP, itd. Powinno się... Ile spraw zaniechano także w ostatnich latach...

Dla szkół weryfikacje były silnym ciosem, po którym długo nie mogły się podnieść. Jak mógł czuć się nauczyciel historii, wychowania obywatelskiego, który po krótkim okresie wolności nauczania o Katyniu, powojennych losach Armii Krajowej, znowu musiał stosować taktykę mówienia półprawd. Jak pracownicy zaczęli odbierać swoich dyrektorów, którzy stawali się kameleonami na nowo głosząc idee starej wiary i władzy. Poza wszystkim może głównie, dzieci, młodzież źle odbierają nauczycieli bez charakteru, pełnych pustosłowia, pękniętych wewnętrznie.

Były to trudne lata także dla oświaty. Panował minimalizm wymagań, występowała też swoista ucieczka szkoły przed problematyką wychowawczą na rzecz skupiania się na sferze dydaktycznej (mówi o tym wcześniejszy film „Indeks” Janusza Kijowskiego, ze znakomitą ostatnią sceną, gdzie padają pytania uczniów o granice nauczycielskiego konformizmu). Jak bowiem wychowawca mógł oceniać uczniów biorących udział w "zadymach", bitwach z ZOMO? Niech o tych przyczynach dzisiejszych zjawisk przemocy, narkomanii, zagubienia młodych ludzi pamiętają różni liberalni uzdrowiciele. Pokłosiem tego zamykania się szkół na rzeczywistość zewnętrzną była, już po 1989 roku, pewna trudność w większym otwarciu na inicjatywy rodziców, gmin, społeczności lokalnych.

Konsekwencją tamtych wydarzeń był też stan rozdarcia wielu nauczycieli, którzy pamiętali osoby ich weryfikujące, ba, widzieli, że piastowali nadal stanowiska kierownicze, a nawet awansowali w hierarchii oświatowej. Było w tym mechanizmie coś niemoralnego, bo człowiek ma prawo do pamięci.
Pokłosiem tego stanu stał się też brak realnych celów w tamtym czasie, co wpływało na stan apatii, kryzys wartości. Drogi oficjalnej kariery były dla nas nie do przyjęcia, pozostawało więc trwanie, to, co nazywano później emigracją wewnętrzną. Praktycznie dopiero wizyta Ojca Świętego w Gdańsku w 1987 roku, mocne słowa o tym, że każdy ma swoje Westerplatte, które trzeba bronić, przywracały nadzieję, wiarę życia,  a nade wszystko naturalny system wartości. To też pewien rachunek niespełnień,  błędów,  które  nigdzie  nie  zapisane, obarczają  tych, którzy wprowadzili stan wojenny (oczywiście nie zwalniając  siebie  z  indywidualnej  odpowiedzialności  za swój los).
    
Wielu stanęło przed pytaniem, czy zdecydować się na emigrację (w latach osiemdziesiątych prawie milion Polaków wyjechało, a raczej uciekło - na Zachód). Byli to ludzie najczęściej w kwiecie wieku, dobrze wykształceni, mający odwagę dźwigania rzeczy nowych. Ba, tylko że to "nowe" musieli odkrywać, budować poza Polską. Kto się o nich upomni, kto obliczy,  ile  mogliby  dołożyć  do  normalnego  rozwoju naszego kraju?  Gdzie oni są, co robią, co czują w stosunku do ojczyzny, która stała się dla nich w pewnym momencie złą macochą, źródłem beznadziei? Ilu z nich na obczyźnie przeżywa dramat Skawińskiego ze znanej noweli Henryka Sienkiewicza?
     
Nie sądzę, aby rząd Tadeusza Mazowieckiego, pierwszy powojenny rząd niekomunistyczny, nie zdawał sobie z tego sprawy. Wydaje się, że przeceniono siłę takich struktur jak MON, MSW-SB, które już w tym czasie, oprócz wynoszenia i palenia akt, chowania tych cenniejszych jako swoistych polis ubezpieczeniowych, zajmowały się głównie lokowaniem w strukturach gospodarczych.
    
W moim odczuciu zaniechanie rozliczenia politycznego za przeszłość nie spełnia swojej roli wychowawczej. Już sam fakt, iż jeden  z  najciemniejszych ideologów  i manipulatorów stanu wojennego Jerzy Urban w tygodniku „Nie”, mógł dalej, bezkarnie próbować unurzać wszystkich  w filozofii "panświnizmu", zamazać ostrość kategorii etycznych,  bez uznawania których społeczeństwo traci tożsamość, ukazuje ułomność naszej drogi do wolności.
    
Brak tego bilansu zamknięcia PRL powoduje, że oprócz kart najbardziej tragicznych, nie ma  podsumowania problemów, które obecnie  trzeba  będzie  rozwiązywać  przez  lata, między innymi bezsensownych   migracji  ludzi  do  wielkich  miast,  budowania mieszkalnych  klitek  w blokowiskach, anachronicznego przemysłu, sypiących  się  ulic,  szkół.  Głęboka  ironia jest w tym, że tę sytuację  próbuje  ze  skutkiem wygrywać formacja postperelowska (jak  ważna oprócz lustracji jest sprawa dekomunizacji ilustruje chociażby znakomity "Zawrócony" w reżyserii Kaziemirza Kutza, czy „Układ zamknięty” Ryszarda Bugajskiego).
    
Jak to wszystko zbilansować, zmierzyć, ocenić? To wciąż zadanie do wykonania. Stan wojenny był na tej drodze trudną przeszkodą, ba, chyba przegraną, ale nie klęską. Wielki to naród, który porażki potrafi zamienić w zwycięstwo.

Dużą rolę w tym procesie może odegrać Instytut Pamięci Narodowej. Zwracam uwagę – „narodowej”, nie kastowej czy partyjnej. Powinien podjąć się szczegółowych badań, jak sytuacja przedstawiała się w szkołach, ilu nauczycieli straciło pracę lub było represjonowanych z powodów ideologicznych (jak nieżyjący już Piotr Wasilewski, nauczyciel z Zespołu Szkół Rolniczych w Kłaninie na Kaszubach, jak Ewa Muża z Półwyspu Helskiego). Ilu z kolei uczniów było relegowanych, przenoszonych do innych szkół (sprawa dotyczy także studentów i pracowników wyższych uczelni)? Wiele na ten temat mogliby powiedzieć chociażby bracia Jarosław i Jacek Kurscy ze słynnej „Topolówki”, czy Ojciec Salezjanin Jarosław Wąsowicz, autor szerszej publikacji na ten temat. Warto dochodzić tej prawdy i w wymiarze historycznym, i kulturowym, jak w filmach „Yesterday” Radosława Piwowarskiego, czy „Wszystko, co kocham” Jacka Borcucha, bo gdzieś na końcu tylko ona ma moc oczyszczającą. Wyzwala.

Wojciech Książek

Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS109FotMINI

Czas Stefczyka 109/2014

PDF (10,46 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook