Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Urzędnicy a pytanie: CZYJA jest polska szkoła?

01.12.2012

Jacek Karnowski “W Sieci“ (nr 1/2012) komentuje sprawę dosyć zaskakującą, jaką jest niedawna dyspozycja Urzędu Miasta Warszawy do prowadzonych przez miasto szkół, aby klasy wybrały się na film „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego, a potem przeprowadziły lekcje na ten temat.

Szukałem więcej informacji, ale znalazłem w internecie („w sieci”) jedynie komentarz do tej sytuacji autorstwa Krzysztofa Skalskiego i radnego PiS Macieja Wąsika (autora zapytania) oraz propozycje dwóch konspektów lekcji (jak rozumiem, do wykorzystania przez nauczycieli w warszawskich szkołach).

Spróbuję odnieść się do tej sytuacji bez tak ważnego tekstu podstawowego (Czy to nakaz, zalecenie ze strony magistratu? Kto je firmował? Czy jest tam informacja o przekazaniu środków na bilety, itd.).
    
Można powiedzieć tak: metodycznie sprawa jest bez zarzutu. Edukacja kulturalna, a w dobie epoki obrazkowej, właśnie filmowa to rzecz ważna i w miarę atrakcyjna dla uczniów. To że przekazuje się do tego materiały pomocnicze dla nauczycieli – także. Pytanie zasadnicze jest innego rodzaju, czy nie mamy tu do czynienia z jakimś przechyłem ideologicznym a także nadgorliwością urzędniczą? Czy magistrat podobne działania realizował także w odniesieniu do innych wydarzeń kulturalno-historycznych? Od razu nasuwa się pytanie, czy podobne zalecenie (nakaz?) zastosował przy sprawie niezwykłego filmu „Róża” Wojciecha Smarzewskiego? Filmu szokująco nowatorskiego w ukazaniu, i to w bardzo ciekawej formie, istoty nowej władzy po wojnie, korzeni indoktrynacji sowieckiej.
Istota problemu polega na tym, czy zachowuje się w szkołach choćby minimum pluralizmu, owego zderzenia racji, czyli istoty demokracji. Trochę podobnym problemem jest narastające wykorzystywanie szkół w kampaniach wyborczych.
    
Ponad rok temu w specjalnym oświadczeniu „S” oświatowa sprzeciwiała się zmianom rozpoczęcia roku szkolnego na Pomorzu (nie 1 września, mimo że to tu, i w tym dniu, w 1939 roku rozpoczęła się II wojna światowa), rodzącym spekulacje o podporządkowaniu planom kandydatów na posłów i senatorów. Krytykowaliśmy wyciąganie uczniów, aby poza szkołą, w trakcie lekcji, wyrażali swój sprzeciw wobec niektórych polityków legalnie działających partii opozycyjnych. Za naganne odbieraliśmy zapraszanie na spotkania z uczniami (i to w czasie lekcji) kandydatów tylko jednej partii politycznej (rządzącej).
Tu warto przywołać art. 56 ustawy o systemie oświaty, który wyraźnie zakazuje prowadzenia w szkołach działalności partii i ugrupowań politycznych. Owej indoktrynacji również, co ma swoje zakorzenienie także w Konstytucji RP.
    
To, czego należałoby oczekiwać od szkół (ale także od władz oświatowych – samorządowych, ministerialno-kuratoryjnych), to systemu działań, ich zaplanowania przynajmniej na dany rok szkolny. Bo przecież taki program wychowania obywatelskiego można realizować – szczególnie w szkołach ponadgimnazjalnych, wpisując go w rocznym planie zajęć, czy w ramach  programu wychowawczego szkoły (który opiniuje Rada Szkoły - Rodziców). Koniecznie trzeba uwzględnić zasady demokracji i pluralizmu. Oznacza to, że należy na początku danego roku szkolnego taką ofertę spotkań-debat z uczniami rozesłać do przedstawicieli różnych stronnictw. Które skorzystają, to jest już ich decyzja. Podobnie z ofertą wyjść do kina, itd.
    
Szkoła ma być lekcją rozumienia funkcjonowania różnych poglądów, racji w demokratycznym państwie. Bo czego innego chcemy uczyć, a jeszcze bardziej, jaką OSOBOWOŚĆ młodych ludzi chcemy współformować wraz ze środowiskiem rodzinnym danego ucznia? Uczniowie (i ich rodzice) nie mogą być zakładnikami politycznych preferencji danego dyrektora, nauczyciela przedmiotu „Wiedzy i społeczeństwo”, czy organu prowadzącego już choćby dlatego, że płacąc podatki, sami mają różne poglądy. I trzeba to uszanować. Nie może być tak, że działa się w myśl zasady, jaka władza, taka religia. Nie może być tak, że biurokratycznie próbuje się wymuszać na dyrektorach, nauczycielach takie a nie inne postępowanie. Dyrektor już dzisiaj stał się zakładnikiem, wręcz pionkiem w rękach organu prowadzącego (przez ciągłe zmiany ustawowe w składach komisji - konkursy sprowadzono do atrap).  
    
Szkoła musi być wolna od działań różnych lobbystów, ludzi od mieszania w polskich głowach, czy czasami ordynarnego skoku na tzw. kasę (widziałem to wystarczająco już w okresie swego ministrowania).
    
Trzeba tworzyć pewne ramy systemowe. Starać się zachować dystans, obiektywizm, szczególnie w odniesieniu do tak wrażliwych istot, jakimi są dzieci, wybijająca się na niepodległość duchową młodzież.
Tak było przed rokiem w Gdyni, gdzie przy okazji filmu „Czarny Czwartek” Antoniego Krauzego – przed i po premierze – przeprowadzono cały szereg działań informacyjnych (w grudniu 1970 roku na Wybrzeżu zostały zamordowane co najmniej 44 osoby, 1170 zostało rannych). To jest jak najbardziej uprawnione, ale gdy jest przeprowadzone z klasą, jest wynikiem systemu oddziaływań, gdy nie bulwersuje ludzi (Miasto Gdynia współfinansowało film).

I trzeba, na co zwraca uwagę red. Jacek Karnowski, apelować o jak największą aktywność właśnie rodziców w szkole. Pozwala na to prawo – w tym zapisy w cytowanej wyżej ustawie o systemie oświaty. Nie można swojej roli ograniczyć tylko do coraz większych wpłat na tzw. komitet rodzicielski. Sami nauczyciele, dyrektorzy nie dadzą rady się przeciwstawić, tym bardziej przy takim zagrożeniu bezrobociem (na jeden etat w oświacie – roczny ruch kadrowy w oświacie to niecałe 2% - przygotowanych jest obecnie ok. 150 absolwentów uczelni pedagogicznych).
Widać obecnie, że oprócz pytania: JAKA ma być szkoła, być może jeszcze bardziej zasadne staje się dzisiaj pytanie: CZYJA jest szkoła? Odpowiedź zależy także od nas.

Wojciech Książek  

Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook