Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Toruń, nauczyciele i pytania o barykady

03.03.2013

Dużo uwag do obecnych rozwiązań w oświacie zgłaszali ludzie „Solidarności” oświatowej, podczas spotkania w Toruniu. I trzeba obiektywnie dodać, że nie dotyczyły one tylko ich konkretnej sytuacji bytowej.

Główny problem pojawiający się w ich wypowiedziach, to obawy o jakość edukacji, o to wszystko, co zawiera się w pytaniu: „Quo vadis polska szkoło”? O to, jaki chcemy aby był absolwent polskich szkół. Jak sobie poradzi w dorosłym życiu, czy będzie miał perspektywy pracy?

Wracają pytania o miejsce gimnazjum w systemie edukacyjnym. Czy ta operacja powrotu do trójstopniowego, polskiego systemu edukacyjnego (zmienionego w okresie stalinowskim), była udana. Zgodzono się z tezą, iż ważne, aby odchodzić od gimnazjów molochów, aby raczej łączyć je w zespoły, albo ze szkołami podstawowymi, jak często jest, szczególnie na terenach wiejskich, albo z liceami lub szkołami zawodowymi. To drugie rozwiązanie byłoby istotne także dla tworzenia tak ważnych klas uzawodowionych już na poziomie wieku gimnazjalnego. Bo jednak, o czym pisałem już na tym blogu (trzy odcinki w październiku 2012 r.) zarzutem, który trudno nie przyjąć, jest zbyt krótki okres pobytu w gimnazjum. To taka trzyletnia „przelotówka” (zresztą podobnie jak liceum, tyle że tam jest już starsza młodzież), nie pozwala na głębsze zakorzenienie się, poznanie rówieśników, dorosłych.

Projektując te zmiany byliśmy przekonani, że główne rozwiązanie pójdzie w kierunku zespołów gimnazjum – liceum. Tam będzie się zdawało najpierw tzw. małą maturę (miała duże znaczenie w systemie edukacyjnym projektowanym przez Ministra Wyznań i Oświecenia Publicznego – Janusza Jędrzejewicza), potem już egzaminy końcowe po LO. Niestety, pewnym problemem stało się prowadzenie gimnazjów przez gminy, zaś szkół poandgimnazjalnych przez powiaty. Trudno często o stosowne porozumienia, przepływ środków na to zadanie. Szkoda, że nasi następcy nie popracowali z większym efektem nad systemem, który byłby opłacalny dla takich rozwiązań – i dla wójtów i dla starostów.

Zwracano uwagę, co warto rozważyć, czy nie należałoby dokonać większych zmian w samej zasadzie obowiązku szkolnego i obowiązku nauki, o czym jest mowa w konstytucji (w art. 70 czytamy: „Każdy ma prawo do nauki. Nauka do 18 roku życia jest obowiązkowa. Sposób wykonywania obowiązku szkolnego określa ustawa”). Tym aktem prawnym jest ustawa o systemie oświaty, która w artykułach od 15 do 20 wyraźnie definiuje te dwa pojęcia, nakłada powinności na rodziców i szkoły, aby ten obowiązek był egzekwowany. I tu zaczyna się problem.

Młodzi ludzie, w trudnej fazie rozwojowej – przechodząc z wieku dziecięcego do młodzieńczego – zdają sobie sprawę, ze swej swoistej bezkarności. Szkoda, że odrzucono propozycje rozwiązań, które przygotował resort edukacji w latach 2005 – 2007 (tak to w Polsce jest, że co nowa władza, to propozycje poprzedników lądują do kosza. Dramatycznie brakuje czasami ciągłości. W edukacji, zresztą o czym ja mówię, bo przecież także w zdrowiu, gospodarce, obronności, kulturze powinno obowiązywać porozumienie ponadpartyjne, ponadkadencyjne…). Bo nie ma co ukrywać, że jest problem z dyscypliną szkolną. Szkoła, bez pewnej patyny konserwatyzmu, często staje się takim liberalnym chichotem. Żartem. Co młodzi ludzie doskonale wyczuwają.

Ten niekorzystny kierunek działań dotyczy także roli samorządów terytorialnych jako organów prowadzących szkoły. Zwracano uwagę, że nie wszystkie radzą sobie najlepiej, tym bardziej w sytuacji braku dostatecznych środków na te zadania. Że odtwarza się podział na edukacyjną Polskę „A” i „B”. Ale także, że czasami za wiele jest przysłowiowego „rancza” w procesie podejmowania edycji, czy traktowania przez urzędników dyrektorów, nauczycieli. Cały czas zaś powtarzam, że gdy narusza się podmiotowość relacji pracowniczych, to wpływa to w następstwie na sytuacje w tej relacji najważniejsze: spotkanie ucznia i nauczyciela, w procesie jego kształcenia, wychowania, ale czasami też zwyczajnej opieki. Nauczyciele, dyrektorzy mają swoją godność, ale i emocje, wrażliwość. I oczy, uszy – inteligencję, która czasami pewnie każe im się wstydzić za tych, których kiedyś uczyli.

Sygnalizowano zbyt dużą ucieczkę państwa od wpływu na kształt edukacji. To jest tym bardziej przygnębiające, gdyż po obniżeniu roli kuratoriów, podobne działanie podjęto w stosunku do związków zawodowych (do kogo ma się wiec zwrócić nauczyciel, dyrektor?). Już nie wspomnę bliżej o szaleństwie wyznaczenia tak długiego wieku pracy dla nauczycieli i zlekceważeniu dwóch milionów podpisów o choćby referendum w tej sprawie. Podobne jest też odejście od uzgadniania corocznie regulaminów wynagrodzeń, prawa do opiniowania projektów organizacji szkoły (gdzie są godziny, czasami oddawane różnym pociotkom lokalnych decydentów), coraz większej degradacji zasady konkursów na dyrektorów, gdzie głos tzw. strony społecznej staje się fasadą (a są jeszcze dalsze plany ich ograniczenia).

To chyba dlatego pojawiały się też głosy bardziej radykalne. Że nie można pozwalać na dalszy demontaż polskiej szkoły, że czas na… barykady. Warto mieć na uwadze tego typu wnioski. Kierowanie państwem przez tzw. zarządzanie konfliktem i ludzkimi lękami, może doprowadzić do niego w rzeczywistości.

Wojciech Książek

Ps.
Przekazałem i poprosiłem organizatora zebrania – Jerzego Wiśniewskiego o zapalenie znicza na grobie Ryszarda Grzywińskiego, wspaniałego nauczyciela z Torunia, który kiedyś oprowadzał mnie po tym pięknym mieście (obok Krakowa, Lublina, Gdańska – i może Chełmna Pomorskiego, gdzie kiedyś byłem w wojsku – jednego z najpiękniejszych w Polsce). Zmarł nagle kilka lat temu i to podczas pikiety-manifestacji w Warszawie.

Szkoła to ludzie. Warto pamiętać nie tylko o tych, którzy są w niej obecni, ale także o zapraszaniu emerytów, kombatantów, o zmarłych już pedagogach. To jest ów konserwatyzm, tradycja (ale trochę obok „Misia” J. Barei), która jest nieodzowna dla dobrego funkcjonowania szkoły.

Warto tu przytoczyć fragment wywiadu z prezesem klubu „Legia” Bogusławem Leśniodorskim  („Gazeta Wyborcza” – 22 lutego 2013 r.): „Mieszkałem trochę w USA, trochę w Barcelonie i wiem, że każdy klub buduje się na wartościach. Tutaj był ich kompletny zanik. Legendarny Lucjan Brychczy był zaledwie jednym z pomocników trenera” (to czasami podobnie jak w szkole). I dalej: „W miejscu na poziomie muszą być ludzie na poziomie”. Czy: „Brakowało „team spirit” (ducha drużyny)”. Szkoła to też rodzaj klubu, drużyny. Oby jak najczęściej na poziomie FC Barcelona (chciałem napisać „ekstraklasy”, ale co pokazują nasze kluby na arenie międzynarodowej, widzimy).

Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook