Jedynie prawda jest ciekawa

Sześciolatki w szkole – tak, ale dobrowolnie

22.06.2013

Wydaje się, że w obecnej debacie na temat obowiązkowego posyłania dzieci sześcioletnich do szkół kluczowymi są trzy problemy: upowszechnienie dobrowolności (a nie administracyjny nakaz) wysyłania dzieci sześcioletnich do szkół, lepsze przygotowanie-doposażenie szkół do przyjęcia tak małych uczniów, wreszcie otwarcie na dialog z rodzicami, co powinno być solą społeczeństwa obywatelskiego.

Problem wprowadzenia obowiązku szkolnego od szóstego roku życia rozpala emocje od dobrych kilku lat. Pojawił się w ubiegłej kadencji parlamentarnej, kiedy to Ministerstwo Edukacji Narodowej podjęło formalno-organizacyjne działania na rzecz obniżenia o rok obowiązku szkolnego. Początkowo miało to być od 2012 roku. Gdy jednak opór społeczny stawał się coraz większy, Rząd RP przesunął tę datę o dwa lata. Potem zmienił decyzję jeszcze raz – dzieląc obowiązek na dwa lata (za rok dotyczyć to będzie dzieci sześcioletnich -  urodzonych w pierwszej połowie roku, w następnym już pozostałych).

Osobiście podzielam stanowisko wyrażane przez Stowarzyszenie „Ratuj Maluchy”, czy „Solidarność” oświatową, będąc PRZECIW OBLIGATORYJNEMU obniżaniu wieku szkolnego z siedmiu do sześciu lat. W to miejsce należy szeroko upowszechniać możliwość wcześniejszego rozpoczęcia edukacji oraz jak najszerszego dostępu do profesjonalnych badań w celu określenia gotowości szkolnej (wymaga to bądź zatrudnienia pedagogów, psychologów w szkołach, co nie jest częste, ewentualnie odpowiedniego wsparcia poradni psychologiczno-pedagogicznych, wydających stosowne opinie). Przesunięcie tego zadania na barki nauczyciela-wychowawcy jest uproszczeniem i zwyczajnym pozbywaniem się problemu. Ostatecznie należy jednak nadal pozostawić decyzje rodzicom. I to żadna nowość - moja siostra poszła do szkoły jako sześciolatek nie wypominając wieku, ale ponad pięćdziesiąt lat temu. Sam też miałem taki wybór, ale wolałem rok później, bo… fajniejsi byli koledzy w tym roczniku. Czyli było i można. Ale to jest wybór pozytywny dziecka i rodziców, nie zaś ew. opóźnienie o rok – bo będzie taka możliwość, ale to już jako rodzaj negatywnego piętnowania owego dziecka. Przykładem kraju, gdzie dzieci rozpoczynają edukacją w wieku 7 lat i gdzie są bardzo dobre wyniki nauczania, jest nieodległa Finlandia (podobny klimat oraz podobna tradycja opieki rodzinnej – także przez babcie, dziadków – nad małymi dziećmi). Propozycja podziału wdrażania obowiązku szkolnego na dwa lata nie jest rozwiązaniem systemowym, a jedynie próbuje minimalizować negatywne skutki tych decyzji.

Co ciekawe rząd podjął także decyzję, aby w projekcie zmian ustawowych wpisać liczbę 25 uczniów w klasie jako maksymalną. Chyba jest ona przy tak małych dzieciach za dużą, a po drugie szkoda, że ten górny próg ma obowiązywać tylko w klasach I – III i to podajże tylko dla owych dwóch „podwójnych” roczników.

Problem liczebności uczniów w klasach dotyka bowiem wieloletniego postulatu, aby wprowadzić tzw. standardy liczebności uczniów w klasach (standardy zatrudnieniowe). Bez echa, szczególnie od czasu, gdy rząd SLD-PSL wykreślił obowiązek określenia tych progów z art. 30 ustawy Karta Nauczyciela. I chociaż jest większy niż demograficzny, to bywają szkoły, gdzie liczba uczniów jest duża (słyszałem, że we Władysławowie jest klasa w szkole ponadgimnazjalnej, gdzie jest ich… 37).

Czyli z jednej strony należałoby upowszechniać dobrowolność nauki szkolnej dla dzieci sześcioletnich, z drugiej strony w lepszym stopniu przygotować szkoły na przyjęcie maluchów. O brakach w tym zakresie mówi chociażby raport NIK. Wnioski wyglądają źle.

To zadanie od początku nie było należycie finansowane, co potwierdza opinia Związku Gmin Wiejskich – mniej niż 1/3 pozytywnie ocenia przygotowanie tego zadania. Fikcją mogą okazać się przewidywane przychody samorządów z tytułu otrzymywanej z tego tytułu subwencji, z uwagi na inne koszty: adaptacja budynków, zapewnienie opieki – czyli rozwoju świetlic szkolnych, dodatkowe zajęcia specjalistyczne, np. gimnastyka korekcyjną, rytmika, itd.

Obecność młodszych dzieci wymaga poważnego potraktowania zadań wykonywanych przez nauczycieli nauczania zintegrowanego, zwłaszcza gdy pierwszoklasistami staną się o rok młodsze dzieci. One tym bardziej potrzebują jednego nauczyciela-wychowawcy, stanowiącego gwarancję bezpieczeństwa w rzeczywistości szkolnej. Wyłączenie niektórych zajęć z nauczania zintegrowanego już powoduje dodatkowy chaos w świecie małego ucznia i stanie się czynnikiem stresogennym. Trzeba mieć na uwadze sytuację tej prawie stutysięcznej grupy nauczycielskiej, która wykonuje ogromną pracę na pierwszym, tak ważnym, etapie edukacji szkolnej.   

Z kolei sprawa zapewnienia bezpiecznego dowozu jest jednym z kluczowych wyzwań, tym bardziej wobec dzieci sześcioletnich. Oddalenie szkoły od środowiska rodzicielskiego jest zbyt szybkie (będą miejsca, gdzie tak małe dzieci będzie się dowoziło ponad 10 km i to w jedną stronę). I co, mają te dzieci stać i wypatrywać zimą autobusu, bo chcą do mamy, do swej bezpiecznej przystani…     

Kiedy bodajże w 2008 roku rząd ogłaszał ten projekt, minister – nie Katarzyna Hall a Michał Boni, z dumą podkreślał, że to pozwoli młodszemu o rok rocznikowi szybciej trafić na rynek pracy, wspierać budżet i wydatki np. na emerytury starszych osób. Raził już sam fakt, iż używanie takiego języka degraduje polski system edukacyjny jedynie do roli służebnej wobec gospodarki. Szkoła ma służyć przecież wszechstronnemu rozwojowi ucznia, nie tylko rynkowi pracy. Ale i gdzie ta praca dla absolwentów, chciałoby się spytać Pana Ministra, po kolejnych paru latach rządów koalicji PO-PSL? Bezrobocie w tej grupie zawodowej przekracza 30%, przedsiębiorstwa padają, praca jest najczęściej na tzw. kasie w sklepach wielkopowierzchniowych, dla których Polska stała się rajem podatkowym. Alternatywą jest często bilet na Zachód w jedną stronę, błąkanie się po Europie, świecie. Tacy współcześni bezprizorni, z dyplomami studiów, czy szkół średnich. Albo noszenie teczki jakiemuś politykowi – najlepiej z koalicji, żeby „wychodzić sobie” np. etat w administracji państwowej, która pączkuje.

Wydaje się, że w polskiej edukacji nie dzieje się nic na tyle groźnego, aby w pośpiechu wdrażać niedostatecznie przygotowane zmiany. Szkoły potrzebują mądrych, rozważnych korekt, a nie zamieszania i nieuzasadnionego, nerwowego pośpiechu. Przykład krajów skandynawskich wskazuje, że można uzyskiwać wysokie efekty edukacyjne, kładąc nacisk na upowszechnienie wychowania przedszkolnego. Warto odwoływać się do różnych dobrych wzorców opartych na systemowej polityce prorodzinnej, nastawionej na pomoc młodym rodzicom m. in. w zapewnieniu dostępu do żłobków i przedszkoli.

Warto dbać, aby szkoła nie była miejscem chaosu, zagubienia, smutku małych dzieci i ich rodziców. Warto też rozmawiać i być traktowanym podmiotowo. Bywa z tym różnie, raczej na zasadzie zabawy w tzw. głuchy telefon. Komentarzem tej sytuacji mogą być słowa: „MEN jak nawet słucha, to nie słyszy”. Chyba, że zbliżają się wybory i spadają słupki poparcia, jak w 2011 roku. W społeczeństwie obywatelskim uczeń, rodzic, nauczyciel – związki zawodowe, stowarzyszenia, stronnictwa polityczne, muszą być traktowani PODMIOTOWO! Należy się szacunek ludziom takim jak państwo Elbanowscy, którzy stali się „twarzą” ruchu, który zebrał około miliona podpisów o referendum w tej sprawie (warto wiedzieć, że w Szwajcarii po wojnie odbyło się 577 referendów, w Polsce 6, w tym 4 po 1989 r.). Nikomu z tego tytułu korona z głowy nie spadnie.

W całej tej sytuacji niestety, nie wyczuwa się, że dziecko jest najważniejsze, jego zdrowie, samopoczucie, kościec psycho-fizyczny, który buduje się od wczesnego dzieciństwa (w myśl powiedzenia: „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”). Że szczególnie ten jeden, a po podziale – dwa roczniki mogą być takimi królikami doświadczalnymi – aż do matury.

Trzeba też zdawać sobie sprawę, że rodzice już dzisiaj wysyłają dzieci do szkoły, bo… jest taniej (a ma to tym większe znaczenie na terenach bezrobocia, niestety, także w rodzinach wielodzietnych, które powinny być przedmiotem szczególnej ochrony i wsparcia). Za przedszkole są dopłaty, za szkołę – teoretycznie się nie płaci. Ale czy o to chodzi w myśleniu o wszechstronnym rozwoju młodego człowieka do podejmowania różnych wyzwań już w dorosłym życiu. Mam wątpliwości.


Wojciech Książek

Ps. Warto wiedzieć, że w ramach różnych inicjatyw, np. w Gdyni zatrudnia się już pomoce nauczyciela w najmłodszych oddziałach w szkołach podstawowych (w tzw. zerówkach i w klasach pierwszych). Jest to ważne dla zapewnienia właściwych warunków bezpieczeństwa  szczególnie dzieciom pięcioletnim, sześcioletnim, które  z uwagi na dużą niesamodzielność, w tym czasami niepełnosprawność niezakwalifikowaną do integracji, nie wykonują wielu czynności samoobsługowych. Niezbędna staje się więc pomoc osoby dorosłej, choćby przy ubieraniu przed wyjściem na dwór. Nie można uznawać sytuacji za prawidłową, gdy nauczyciel w trosce o bezpieczeństwo wychowanków zmuszony będzie do zabierania całej grupy do toalety, bo jedno dziecko zasygnalizowało taką potrzebę fizjologiczną. Może to i małe, śmieszne problemy, ale one są realnymi w rzeczywistości szkoły czy przedszkola. Taka jest zmienna rzeczywistość ludzi.

Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook