Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

O gimnazjach (2)

13.10.2012

Można by zapytać, że skoro były takie szczytne założenia, o czym była mowa w poprzedniej części, dlaczego w odbiorze społecznym gimnazja nie wywołują zbyt dobrych skojarzeń.

Dlaczego tym bardziej w sytuacji, gdy międzynarodowe badania PISA (to skrót nazwy Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów - Programme for International Student Assessment - koordynowanego przez OECD, o czym już pisałem w blogu „Wyniki PISA, czyli wojna umysłów”. W ramach programu bada się umiejętności i wiedzę ważną z perspektywy wyzwań, przed jakimi 15-latkowie staną w swym dorosłym życiu). Wyniki pokazują, że do czołówki (głównie kraje azjatyckie, Finlandia) mamy dosyć daleko, ale w Europie jesteśmy już łącznie około siódmego miejsca i w stosunku do 2000 roku widać wyraźną tendencję wzrostową

To jednak nie przekłada się na odczucia społeczne. Dominuje chyba zarzut, iż gimnazjum to szkoła, gdzie występuje najwięcej sytuacji wychowawczo trudnych, by nie rzec, patologicznych.

Nie chcę w sposób łopatologiczny bronić gimnazjów. Autorom programów ich likwidacji (są takie zapisy w programach PIS, SLD) zalecałbym jednak zachowanie spokoju, rozpoczęcie od szerszej debaty na ten temat, wspólnego zastanowienia się, co należy poprawić, ew. zmienić. Zlikwidować często najprościej. Potrzeba tu ew. pilotaży, symulacji demograficznych, by sytuacja jest dramatyczna.

Być może, i tę winę biorę także na siebie, pod koniec dwudziestego wieku za mało daliśmy czasu na pogłębioną dyskusję na ten temat (a do tego od roku 2000 zaczął się kryzys finansów publicznych, co oznaczało także cięcia w przygotowaniu nowej bazy szkolnej). Być może należało rozpocząć w 1999 roku reformę tylko od klasy pierwszej szkół podstawowych (weszła równolegle w klasie I gimnazjum – po szóstych klasach szkół podstawowych). Tych „być może” jest więcej.

Dla mnie takim momentem, gdy zobaczyłem trochę gorszą twarz gimnazjów była wypowiedź dziecka z bliższej rodziny, które skarżyło się, że gimnazjum tak szybko się kończy. Czyli stało się swoistą „przelotówką”. Dla uczniów, ale i dla nauczycieli. Podobnie licea. Bo to tak naprawdę niecałe trzy lata, gdyż ostatnie miesiące trzecich klas to już przygotowania do egzaminów. Brakuje czasu na bliższe poznanie się, organizację wycieczek, występów, tego, co jest podstawą zakorzenienia się, radości bycia we wspólnocie. A przecież szkoła, to nie tylko wyniki, egzaminy. To musi być czas pięknego przeżywania jednego z najsympatyczniejszych okresów w życiu człowieka.

Co więc zrobić, aby nie wylewać dziecka (gimnazjów) z kąpielą. Wydaje się, że nie jest dobrym pomysł powrotu gimnazjów do szkół podstawowych (decyzją rządów SLD-PSL, bodajże z 2002 roku, można tworzyć bezterminowo zespoły: podstawówki + gimnazja, co ustanowiło swoiste dziewięciolatki). To nie powinien być model docelowy tym bardziej wtedy, gdy do szkół trafią dzieci sześcioletnie, a do wielu szkół także oddziały przedszkolne dla pięciolatków (tak już zaczyna się dziać w wielu gminach wiejskich przy coraz mniejszej ilości dzieci w systemie szkolnym).

Powinno się wspierać albo mniejsze gimnazja do około trzystu, maksymalnie czterystu uczniów, (a nie gimnazja molochy do tysiąca…), albo tworzyć je wspólnie z liceami, ew. szkołami zawodowymi. To był nasz zamiar, który, niestety, nie upowszechnił się z uwagi na prowadzenie gimnazjów, liceów przez różne organy prowadzące (jedynie w tzw. wielkich miastach skupia je jeden prezydent danego miasta). W tzw. powiatach ziemskich starosta prowadzi szkoły ponadgimnazjalne, specjalne, poradnie psychologiczno-pedagogiczne, zaś w gminach przedszkola, podstawówki, gimnazja – burmistrz lub wójt.
Gimnazjum przy liceum to dłuższe oddziaływanie (i poznawanie) nauczycieli. To swoista nobilitacja dla gimnazjalistów, których uczy „pan profesor z matematyki”, nie tylko do egzaminu gimnazjalnego, ale potem też, do matury. Czyli łącznie ma z nimi kontakt przez sześć lat. Podobnie wuefiści, nauczyciele innych przedmiotów. Jest też oddziaływanie starszej młodzieży, która na zbyt wiele, w owym czasie „gimnazjalnej kipieli hormonów” by nie pozwoliła. Nie chodzi o zjawiska przemocy, ale pewnego wzoru postaw, dystansu, tonowania emocji.

Zaś gimnazja przy szkołach zawodowych (a przynajmniej oddziały) byłyby ważne szczególnie dla upowszechnienia idei klas uzawodowionych. To szkoła dla uczniów, którzy często „wypadają” z systemu bądź stwarzają duże problemy wychowawcze (jak mówił ostatnio jeden z nauczycieli, dwóch-trzech takich uczniów w klasie potrafi rozsadzić cały program nauczania). System szkolny musi reagować na takie sytuacje. Za czasów ministra edukacji Romana Giertycha pojawił się projekt powołania województwach ośrodków wsparcia wychowawczego dla tej grupki uczniów. Być może był on zbyt radykalny, wymaga korekt, ale musi się znaleźć furtka dla młodzieży, która bez tych działań wypada z systemu, nie ma żadnego przygotowania zawodowego.
    
Tych możliwych, a nawet niezbędnych oddziaływań na poprawę sytuacji w gimnazjach jest dużo więcej.  

Wojciech Książek

Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook