Jedynie prawda jest ciekawa

Mity i komunały wokół szkolnictwa zawodowego

08.11.2015

W ostatnich latach modne stało się narzekanie na regres, jaki nastąpił w polskim szkolnictwie zawodowym, szczególnie w latach dziewięćdziesiątych i na przełomie XX/XXI wieku. Jak powtarzają te slogany także przedstawiciele samorządów, czy ugrupowań politycznych oraz związkowych, to warto zwrócić uwagę na rzeczywisty stan i konteksty tej sytuacji.

W ocenie szkolnictwa, tak jak w przypadku służby zdrowia, bo na tych dziedzinach wszyscy się znają, przynajmniej tak uważają, przeważają często oceny nie merytoryczne a sentymentalne. Stąd tak dobrze wspomina się podstawówkę, a więc po co te gimnazja, stąd z rozczuleniem widzi się obraz zakładu szewskiego z czasu swego dzieciństwa, czy znajomego kolegę stoczniowca, górnika, hutnika kończącego szkołę przyzakładową.
A dzisiaj?

Nie ma tych szkół, więc narzekamy, bijemy na larum. Nie łączymy tego z tak podstawową sprawą, jak rynek pracy. A to on, tak naprawdę najpełniej weryfikuje sens takiego a nie innego modelu szkolnictwa.

Tak, nastąpił regres wąskoprofilowych szkół zawodowych, które powstawały najczęściej przy dużych zakładach pracy od czasów stalinowskich – 1952 r. Problem w tym, że wielu z tych zakładów już nie ma, albo ich profil produkcji wymaga zupełnie innych kwalifikacji – najczęściej zdecydowanie wyższych, w oparciu o znajomość technologii informatycznych. Ale też nikt nie zabrania tworzenia klas, profili na potrzeby konkretnego zakładu pracy, branży (co ma ten plus, że można w nich organizować zajęcia warsztatowo-praktyczne). Tylko żeby powstawały i żeby były w nich oferty pracy. Takie ustalenia, monitoring zawodów pożądanych w przyszłości na lokalnym rynku pracy powinny prowadzić chociażby powiatowe rady zatrudnieniowe usytuowane przy urzędach pracy.  Tego typu rozwiązania byłyby ważne także dla obniżenia kosztów kształcenia w danym zawodzie (obecnie należałoby powiedzieć, zgodnie z nowymi regulacjami, w zdobywaniu danej kwalifikacji zawodowej), a utrzymanie szkół zawodowych jest dużo bardziej kosztowne od szkół ogólnokształcących. Finanse, a właściwie ich niedobór, są też barierą w utrzymaniu wielu szkół, także zawodowych.

Tak, nastąpił odpływ młodych ludzi ze szkół oferujących kształcenie zawodowe. Ale to dzięki ich, i ich rodziców, intuicji udało się ominąć falę bezrobocia młodych, która na przełomie wieków dotykała ok. 30% ludzi młodych, absolwentów szkół i uczelni. Po prostu nie było pracy w Polsce. To stąd, po otwarciu granic Unii Europejskiej w 2004 roku, z Polski wyemigrowało jak dotąd ok. 2,5 mln osób, głównie młodych. 

 I to dzięki tym wyborom, tej kalkulacji, udało się przetrzymać trudny czas, który w ostatnich latach spotęgowała jeszcze ustawa emerytalna (67), która wydłużyła o dwa lata zatrudnienie, tym samym blokując naturalne odejścia i tworzenia wakatów. Z kolei w ostatnich latach problem bezrobocia ogranicza kurcząca się demografia, która sięga ok. 40%. Wyzwania były nieporównanie większe na początku XXI wieku, kiedy na rynek pracy trafiały roczniki wyżu demograficznego (urodzeni ok. 1983 roku), a do szkół rocznie trafiało ok. 800 tys. dzieci, gdy obecnie – niewiele ponad 400 tys.

To właśnie szukanie szkół (potem uczelni), które uczą w miarę szerokoprofilowo, z akcentem na nauczanie języków obcych, podstaw informatyki, przedsiębiorczości, koncentrują się na dobrym kształceniu tzw. umiejętności miękkich, uchronił ludzi przed klęską bezrobocia. Przygotował bowiem do radzenia sobie w różnych sytuacjach życiowych, podejmowania samokształcenia, nauki-zdobywania konkretnych kwalifikacji już po czasie edukacji szkolnej – w różnych formach edukacji ustawicznej. Iluż bowiem polskich hydraulików znajdzie zatrudnienie w Paryżu, co swego czasu tak wykreowano w mediach?

A swoistą hipokryzją głosicieli tych uwag o „zaoraniu szkolnictwa zawodowego” jest fakt, iż swoje dzieci nie wysyłają najczęściej do owych zawodówek (a one były w systemie zawsze, także w projekcie reformy wdrażanej od 1999 roku), tylko w większości do liceów lub techników, na studia, często na kierunki tak trudne dla znalezienia pracy w swoim zawodzie, jak pedagogika, dziennikarstwo, socjologia (na jeden zwalniający się etat nauczycielski przypada ok. 150 absolwentów wyższych uczelni). Jak zawsze więc należy zalecać mniej uproszczonych, sentymentalnych refleksji, więcej zaś wrażliwego, ale też twardego spojrzenia na ofertę rynku pracy, na rzeczywisty los ludzi. A jak nie można pomóc, oczywiście bez stosowania wszędobylskiej metody: „Nie jest ważne, co się umie, ważne, kogo się zna”, to przynajmniej nie powtarzać komunałów.


Ps. Warto wiedzieć, że w ubiegłym roku szkolnym 2014/2015 młodzi ludzie wybrali: 44% - LO, 37% - technika, 19% - szkoły zawodowe. A dla przykładu w Gdyni: 59% - LO, 31% - technika, 9% - szkoły zawodowe. Do omówienia tych danych powrócę. 



Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook