Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Mit Lecha Wałęsy a szkoły

08.11.2013

Oglądając film „Wałęsa, człowiek z nadziei” w reżyserii Andrzeja Wajdy zastanawiałem się, czy warto, aby zachęcać młodzież do jego oglądania. I, jak wiele spraw związanych z tą postacią, odpowiedź nie jest jednoznaczna.

1.

Film nie jest zły. Dosyć szybki, trochę komiksowy montaż, ciekawy podkład muzyczny, bardzo dobra rola Roberta Więckiewicza. Do tego sceny, które rodzą wspomnienia, by nie rzec, wzruszenia, w moim pokoleniu, czyli ludzi, którzy kończąc szkoły, uczelnie, stali w sierpniu 1980 roku pod Stocznia Gdańską. To wcale niemało, jak na film z tezą i do tego opierający się na biografii żyjącej osoby.

Bo ta teza jest widoczna. Wyczuwa się, że zadaniem filmu jest jednak narzucenie Polakom takiego oswojonego obrazu Lecha Wałęsy. Utrwalenie przekonania, że to na nim opierało się wszystko, reszta była tłem. To ciekawe, że premiera filmu odbyła się nie na festiwalu w Gdyni, nie na Wybrzeżu, nie w Polsce, ale podczas festiwalu w Wenecji. Jakby chciano w ten sposób, a Polacy są czuli na byle pochwały obcokrajowców, narzucić pewien pozytywny odbiór.

Wydaje się, że jest tak, jak z mechanizmem odbioru filmów Stanisława Barei. Niby krytyka „peerelu”, ale taka oswojona, nasza, swojska. Działająca na korzyść tamtego systemu. Podobnie tu, różne działania, żeby wyłączyć przy odbiorze filmu tą słynną gogolowską frazę z „Rewizora”: „Ludzie, z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”. 

Przyjęta trochę komiksowo-czytankowa forma filmu z tezą eliminuje to, co mogłoby być w nim najważniejsze – dramatyczną kolizję postaci, jakieś zwroty akcji. Scenariuszowe grepsy pod adresem widza, wzmacniane ironicznym dystansem Więckiewicza,  eliminują napięcie. Brakuje w tym filmie wyraźnych antagonistów, postać żony głównego bohatera jest papierowa, przewidywalna do bólu. Esbek grany przez Zbigniewa Zamachowskiego to bardziej jakiś urzędniczyna niż osoba, która miała uosabiać system łamiący charaktery. A przecież wiemy, na co ich było stać. Szkoda, bo mógł powstać film wielki, tym bardziej w tak popękanej dzisiejszej rzeczywistości Polski. Gdyby Andrzej Wajda, w nawiązaniu chociażby do Agnieszki z „Człowieka z marmuru”, pokazał problemy z powstawaniem filmu (choćby wycofanie dofinansowania przez firmę Amber Gold), głosami apologetów i krytyków głównego bohatera, czy cyników władzy, wykorzystujących pierwszego lidera „S” dla własnych gier i tworzenia tzw. narracji.

               

2.

Film opiera się na spotkaniu dziennikarki Oriany Fallaci (bardzo ją cenię za otwarte mówienie o zagrożeniach dla Europy) z głównym bohaterem. Pytanie, które wydaje się najważniejsze, dotyczy tego, jak to się stało, że Lech Wałęsa stał się przywódcą 10-milonowej organizacji, poprowadził ruch, który zmienił oblicze Europy. Bo zmienił.

Postać Lecha Wałęsy wymaga samookreślenia opinii przez każdego z nas. Należę do tych, którzy mają dosyć zdystansowaną ocenę działań przywódcy „S”, ale nigdy nie odbiorę mu zasług, nigdy bezwzględnie nie skrytykuję. Stał się jakiś fenomen, być może, ale to wykracza poza język racjonalnego zapisu – cud. Faktu, że za mego życia otwarto polskie granice, wyszły stacjonujące tu wojska radzieckie, nie ma więźniów politycznych, nie mogę nie zauważyć i nie docenić jako wielkich wartości.

                Wszystko było przeciw, a zarazem za Lechem Wałęsą. Prosty robotnik, z biednej rodziny, z gromadką swoich dzieci, do tego przymuszony do współpracy ze służbą bezpieczeństwa po strajkach z grudnia 1970 roku na Wybrzeżu. Jak to się stało, że stał się liderem?

                Sam w wywiadzie odpowiada, że musi być zdeterminowanie wewnętrzne, jakiś wielki gniew. I to „coś” jest najbardziej autentyczną cechą tego filmu. Bo Robert Więckiewicz ukazał ów bunt i gniew. Jak choćby rozpacz w poruszającej scenie, gdy odwiedzają kolegę, który zdradził na otwartym zebraniu partyjnym, ale żył w slumsie. Zrezygnowali z odwetu widząc, w jakich warunkach wegetowała jego rodzina, czym mogła go „kupić” druga strona. Tak wyglądała owa zwyczajna deprawacja systemu… To były czasy, kiedy bezsilny był gniew, niemożność rzucenia w kogoś kamieniem.

                Ów bunt to jedno, drugie to taka plebejska przemyślność. Połączenie ludowego cwaniactwa i sprytu. Ona się pokazała w scenie filmu, gdy Lech Wałęsa odwiedza głodujących studentów, inteligentów – jeszcze przed sierpniem 1980. Tłumaczy im, żeby przestali, że ich wycieńczenie organizmów jest na rękę rządzącym. To charakterystyczna postawa. Racjonalność do bólu, ostrożność zawarta w słowach „Jeżeli się za dużo chce, to się gówno dostaje”. W polskiej kulturze filmowej uosabia taki typ postaci chociażby bohater  filmu „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Z dużą wolą życia, doraźnym, ale skutecznym reagowaniem, z mniejszym mówieniem o wartościach, Polsce, a jednak silnie będącym w jej kręgu. Można mieć inne zdanie, grymasić na taki anyinteligencki typ postaw, ale trzeba mieć na uwadze. I że jest to zjawisko rozszerzające się.

W trakcie przemian wracało pytanie dla Polaków często zasadnicze: „Bić się, czy nie bić”. To kiedyś Tadeusz Mazowiecki (żal odejścia do wieczności tego polityka) powiedział, że w trakcie internowania toczył spór z kolegą: czy trzeba było mądrzej, czy trzeba było silniej. Puenta godziła obie strony, bo na pytanie: „I co panu po tej mądrości?” następowała replika kolegi „spod celi”: „A co panu po tej sile?”

Elementem siły Lecha Wałęsy, jak mówi, jest też to, iż jest człowiekiem zawierzenia. Gdy podczas internowania ksiądz chce mu dać encyklikę JPII „Laborem exercens” (O pracy ludzkiej), ten odpowiada, że nie chce, bo i tak wierzy każdemu słowu polskiego papieża. Można z tego drwić, pokazywać jako dowód na swoiste niedokształcenie, ale to ma także swój głębszy wymiar, jak znaczek Matki Boskiej w klapie. Kpić czasami najłatwiej.

                Jest też jakiś rodzaj daru – przenikliwości. Czasami stać było i autentycznego Lecha Wałęsę na nutę autoironii. W filmie pojawia się to w jego słowach: „Czy ja się pani nie wydaję zarozumiały”? Szkoda, że takich pytań – luster skierowanych na siebie – ograniczanie ciągłego „ja to, ja tamto…”,  w działalności byłego prezydenta RP było jednak za mało.

3.

Cieniem, z którym zmagają się także autor scenariusza i reżyser, jest problem współpracy Lecha Wałęsy ze służbami specjalnymi PRL. Próbują to w filmie relatywizować twierdzeniem, że po grudniu 1970 podpisał jakąś „lojalkę”, czy grepsami w rodzaju „Chcecie mnie zrobić za psa?”. Z różnych tekstów wyłania się trochę inny obraz tamtych zdarzeń. Tekstów niepełnych, bo jak pisze część historyków, w trakcie prezydentury Lecha Wałęsy nastąpiły ubytki w dokumentacji tajnych współpracowników. 

Osobiście staram się pamiętać, żeby nie oceniać zbyt negatywnie tych, których w różny sposób zwerbowano przed 1980 rokiem (niechlubna triada: „worek – korek – rozporek”). Oczywiście nie dotyczy osób, które donosiły na kolegów z pracy i to za pieniądze, owe wirtualne wygrane w totolotka. Bo kto wcześniej mógł przewidzieć, że nastąpi taki przełom. Dla mnie konformistami, ludźmi małego ducha byli ci, którzy podjęli współpracę po 1980 roku, w stanie wojennym. Bądź robili tzw. kariery w partii czy przybudówkach młodzieżowo-studenckich, jak następca Lecha Wałęsy w Belwederze.

Szkoda, że pierwszy przywódca „S” nie wyjaśnił do końca tych faktów, o których wspominał zresztą w książce biograficznej „Droga nadziei”. W polskiej kulturze znamy momenty przemiany, ale i wybaczenia, jak w przypadku Konrada Wallenroda, czy Kmicica w „Potopie”. Można odkupić dobrymi czynami jakieś naganne postępki z przeszłości. Ale trzeba umieć to powiedzieć, pokazać. Prawda czasami nawet bardzo boli, ale i oczyszcza. Polacy potrafią wybaczać, ba, może czasami aż za mocno wbrew zasadzie: „Wiele wybaczam, ale nie zapominam”.

A przez te niejasności, groźby procesów, zablokowany został swobodny obieg idei. Tworzy się mity, legendy, gdzieś tam w głębi podszyte strachem. Że prawda wyjdzie na jaw. Wielka szkoda, że tak się stało. Że część z polskich cokołów ma niezbyt solidne podstawy…

4.

I tak się ten film toczy, w rytm ostrej muzyki rockowej z tamtego czasu, zmierzając do dokumentalnego finału, którym było słynne wystąpienie laureata pokojowej nagrody Nobla na Capitolu. „My, Naród”… Czasami coś w filmie także faktograficznie zgrzyta, jak przecenianie roli Henryki Krzywonos, kosztem trzech równie niezwykłych pań: Ewy Osowskiej, Aliny Pieńkowskiej, Anny Walentynowicz, które skutecznie apelowały do stoczniowców trzeciego dnia strajku, aby nie opuszczali Stoczni Gdańskiej.

Co zrozumie z tego filmu młodzież, jak należałoby ją przygotować do odbioru tego filmu? Filmu, któremu brakuje częstego w filmach biograficznych podwójnego dna. Czy młodzież przyjmie ten typ bohaterstwa, a raczej legendy, mitu? Mam wątpliwości. Nie mam, gdy chciałbym zaakcentować słowa z filmu, iż „wolność jest prawem człowieka”. Bo jest. I na tym się skupmy. Oraz na PRAWDZIE, zgodnie ze znanym powiedzeniem, że: „Tylko prawda jest ciekawa”. Przypominając, że wolność to także rozumne prawo do własnego zdania, nie na kolanach, nie w myśl słynnej uwagi Stańczyka z „Wesela” Stanisława Wyspiańskiego: „ale świętości nie szargać, bo trza, żeby święte były, ale świętości nie szargać: to boli”. Czasami lepiej niech poboli.

Zainteresował Cię artykuł? Zapraszamy na profil Stefczyk.info na Facebooku! 

Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook