Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Język polityków, język dzieci i młodzieży (cz. I)

03.09.2014

Niedawno rozmawiałem z ojcem kilkuletniego chłopca, który ze smutkiem konstatował, że jego syn uczy się od rówieśników języka trochę podobnego do tego, który używali politycy w owym restauracyjnym studio nagrań.

Podejmuję temat tak zwanej afery taśmowej, żeby jakoś oswoić w sobie stan bezradności i jednak lęku przed kierunkiem przemian obyczajowych, społecznych, politycznych, które one pośrednio ujawniły.

Bo to nie tylko kolejna odsłona ukazująca mentalność ludzi władzy, manipulacji usłużnych mediów, które żerują na reklamach rządowych. A widać to było choćby w tym, jak pospiesznie przesuwano akcent z tego, „co i jak mówili” na to, „kto ich nagrał”.

Myślę o swoich doświadczeniach rządowych, gdy byłem wiceministrem edukacji w latach 1997 – 2001 i jednak poziom był inny. Nawet jak przykląłem, to raczej nie ad personam, a na jakieś stany bezradności. Swojej, nie innych. Mam wrażenie, że w Smoleńsku, oprócz śmierci wielu wspaniałych ludzi, symbolicznie runął też pewien ethos polskiego inteligenta. Coraz więcej obserwujemy gry, „załatwiactwa”, prywaty, subiektywizmu, wmawiania ludziom, że najważniejsza jest ciepła woda w domowym kranie, czy tego ogłupiającego „oj tam, oj tam, Polacy, nic się nie stało”…. Może jest w tym jakaś mądrość, ale nie do końca moja…

Człowiek jest coraz bardziej przedmiotem. Brakuje takich pozytywnych luster. To się przenosi na młodzież, ba, dzieci. Ponoć już w przedszkolach dostają solidną lekcję przekleństw od rówieśników. Ale czy się dziwić? Jak im stawiać jakieś złe cenzurki, gdy podobnie mówią dorośli, ba, ich szczególni przedstawiciele. A przecież już kilka lat temu dochodziło do szemranych spotkań różnych Rychów, Zbychów na stacjach benzynowych, ba, na cmentarzach. I mówią tak o Polsce, którą mają reprezentować, chociażby słowami obecnego ministra skarbu: „Ta teoria sprowadza się, że na koniec, wiesz, ch… tam z tą Polską wschodnią, nie…”. Ten sam mówi, że jak pytał swego zastępcę o prace nad atomem, nad gazem łupkowym, usłyszał odpowiedź: „Teraz k.. to ja idę do domu. Pier… wszystko”. A sposób myślenia nagranych szefów spółek skarbu państwa to już kompletny magiel. Wydawało się naturalną koleją rzeczy, że powinni podać się do dymisji, albo zostać zwolnieni, a słyszymy jakieś absurdalne argumenty produkowane w ramach tzw. przemysłu przykrywkowego.

Co się dzieje? Próba diagnozy

Ale czy się dziwić? Już dwa lata temu Bronisław Wildstein w „Uważam Rze” (27/2012) pisał: „Problemem nie jest Palikot. Problemem jest stan elit III RP, które tego odrażającego, a jednocześnie boleśnie banalnego, nihilistycznego pajaca ogłaszają swoim mesjaszem. Problemem jest stan naszego państwa, którego premier posługuje się tego typu kreaturą w imię doraźnych interesików, dewastując samą ideę polityki i polską rację stanu. Problemem jest prezydent, który wcześniej korzystał z bogatej gościnności tego indywiduum i pozostaje jego przyjacielem. Problemem jest stan Europy zdominowanej przez kontrkulturowy nihilizm. Atak przez nihilizm na polski paradygmat kultury, polegający na zakwestionowaniu odpowiedzialności, ładu etycznego, niechęć i strachu przed polską tożsamością”.

Z kolei Marek Magierowski też w „Uważam Rze” (14/2012) pisał: „Rządzący żyją z chamstwem w symbiozie. W ich strategii chamstwo jest po prostu jednym z socjotechnicznych narzędzi, pozwalających na utrzymanie przy sobie części elektoratu i przyciągnięcie nowego”. Autor zwracał uwagę, że odczłowieczanie przeciwnika, pokazywanie go jako monstrum, insekt, z którym się nie rozmawia, to stara metoda bolszewicka. Cytował też Władysława Bartoszewskiego, który w 2007 r. powiedział m. in.: „Dlatego postanowiłem nazywać rzeczy po imieniu – jak to ujął jeden z przedwojennych satyryków – przestać uważać bydło za niebydło”.

W tym samym numerze prof. Zdzisław Krasnodębski alarmował, że w Polsce żyje się bez poczucia odpowiedzialności za jej przyszłość, że toczy ją korupcja, którą przyspieszyły środki z EU. Tam też Rafał Ziemkiewicz zwracał uwagę, że kompletnie zaprzeczono idei Sierpnia, czyli poczuciu wspólnoty, rozbito więzi, uczciwość, przyzwoitość stała się frajerstwem, upowszechnia się postawy egoistyczne.

Mniej więcej w tym samym czasie prof. Andrzej Nowak („W Sieci” – 2/2013) pisał: „Syzyfową pracę wykonują w Polsce ci, którzy próbują zawładnąć ją („centrum debaty publicznej” – dopisek mój). Nie da się odbudować w Polsce trwałego centrum publicznej debaty, w którym zabraknie wolności i zabraknie Polski. W tym przekonaniu musimy zacząć nasze prace od nowa”. Cały tekst mądrego historyka-patrioty jest apelem o refleksję nad stanem kultury w życiu publicznym, potrzeby jej osadzenia w wartościach, polskości, z odniesieniem do Dekalogu.

Można powtórzyć za wielkim dramatem „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, że… „myśmy wszystko zapomnieli”. Małość stała się cnotą. Formuła „Kto ma polityka w rodzie, tego bieda nie ubodzie” stała się busolą działań ludzi władzy w rządzie, w wielu samorządach. Państwo, spółki skarbu państwa, w czasie siedmiu lat rządów PO i PSL (odczytywane jako Posady Swoim Ludziom), stały się przysłowiową dojną krową dla wielu pociotków polityków. Obowiązującymi zasadami stały się: „Róbta co chceta”, „Bierzta, co i ile chceta”.

Jak pisał prof. Andrzej Zybertowicz („W Sieci” – 37/2013), w ten sposób niszczy się tkankę społeczną, sens uczciwej pracy, tym bardziej działalności społecznej – publicznej. Owego szlachetnego pro publico bono. Bardziej opłaca się kalkulacja. Tzw. czapkowanie, czyli zachowania klientelistyczne, co dotyczy także urzędników, radnych – czasami także z ugrupowań opozycyjnych. To jest na rękę rządzącym, gdy wówczas wszyscy są ubrudzeni. Z czasem ci ludzie już tego nie wyczuwają. Brudna koszula przylega do skóry… Ten proces unifikacji dotyczy także języka, nowomowy ludzi owych układów. Przestają znaczyć treści zawarte w takich pojęciach jak: służalczość, konformizm, powierzchowność, stronniczość, tchórzliwość, niski poziom patriotyzmu. Aweresem staje się pycha, bezczelność, arogancja. Wszystko staje się płynne, jest elementem gier. Jest trochę tak jak w „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego, gdzie „gad zagryza gada”, jak komentowana jest przez Iwana próba mordu brata Dymitra na ojcu.

„Skoro Boga nie ma, wszystko jest dozwolone”

Tenże Fiodor Dostojewski w „Biesach” stawia jedną z najbardziej drastycznych, ale i najcelniejszych diagnoz choroby, która coraz intensywniej dotyka Europy, pisząc, że „Skoro Boga nie ma, wszystko jest dozwolone”.

Wydaje się, że to jest źródłem narastających problemów, z jakimi mamy do czynienia. Język, tak jak kodeks prawny musi odnosić się do rzeczywistości ludzkiej, musi w jakiejś mierze być „nasz”. Inaczej jest czymś zewnętrznym, narzędziem, a w przypadku prawa, także źródłem możliwej opresji. Język też pokazuje, jaki system wartości uznajemy. Albo nie.

W Polsce coraz bardziej występuje kryzys przywództwa, autorytetów. Brakuje przestrzeni środka, która jest bezwzględnie rugowana przez rządzących. Kiedyś stanowił je Dekalog, pamięć o strefach zero naszej historii, osoba Jana Pawła II. Dzisiaj tego coraz bardziej brak. Martwe stają się słowa: „Solidarność to znaczy jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie”, które wypowiedział Jan Paweł II na gdańskiej Zaspie 12 czerwca 1987 r.

Żyjemy w świecie podważanych wartości, dewizą wielu są słowa Talleyranda: „Moje poglądy zależą od pogody”. Niestety, uwaga ta odnosi się także do szeregu polityków tzw. prawicy, przeskakujących z kanapy na kanapę, przysłowiowych politycznych linoskoczków. Dialog, rozmowę publiczną zastępują monologi i pyskówki. Wygłasza się swoją kwestię i często, nawet nie słuchając drugiej strony, wychodzi. Taka jazda równoległa. Jak mówił niedawno prezes opozycyjnego PiS-u, Jarosław Kaczyński: „Gdy próbujemy powiedzieć coś ważnego do młodzieży, czy przedsiębiorców – główne programy informacyjne tego nie przekazują. Stale towarzyszą mi kamery, ale sprawiają wrażenie, że czekają tylko na jakąś wpadkę”. Bo liczy się hucpa, nie prawda, nie pochylenie się nad jakimiś bardziej systemowymi rozwiązaniami dla młodych ludzi, ich pracy, godnego życia w Polsce, a nie na emigracji, co staje się coraz bardziej polski wstydem. I hańbą.

Te pijarowskie zabiegi, by kierować zainteresowanie ludzi na boczne tory, szczególnie w ramach tzw. działań przykrywkowych, od lat koncentrują się na kopaniu rowu między rządzącymi a opozycją. To się opłaca, to zapewnia tanie igrzyska, uruchamia płytkie emocje społeczne, a, niestety, wybory obecnie wygrywa się nie programami, a właśnie emocjami. Rządząca PO wciąż podsyca nienawiść do konkurencji politycznej. Ma bezwzględnych wykonawców niszczących polski dialog tak we własnych szeregach, ma poza nimi, w tym w mediach.

Jak pisał Robert Mazurek w „Sieci” 21/2013: „Nikt nie odbierze polskiej polityce tego, co jest jej istotą, jej sednem – bezsensownego pitolenia o wszystkim i o niczym, pitolenia nieskalanego cieniem rzeczowości i nieprzerwanego żadnym przejawem otrzeźwienia. Fenomen polskich telewizji informacyjnych polega na tym, że najmniej w nich informacji, bo też trudno znaleźć choć chwilkę, kiedy wszyscy tyle gadają. A raczej, by być ścisłym, wrzeszczą na siebie, opluwają się i drą japy”.

Politykę zastąpiła socjotechnika. I znowu, by przywołać arcypolski dramat Wyspiańskiego, warto pamiętać choćby o słowach, które wypowiada Poeta do Racheli: „Oni i my – my i oni, na wyścigi – kto kogo przegoni!”. To wszystko już było… I co?

To jest świat pustki. A wiadomo, że z niczego nie ma nic. Dotyczy to także języka, słów oderwanych od swych realnych desygnatów. Gdy chociażby w edukacji słyszę te powtarzane słowa o przygotowywanych „projektach”, o innowacyjności, mobilności, beneficjentach, o dostarczaniu przez szkoły usług klientom oświatowym, to mam wrażenie życia w coraz większej pustce znaczeń, wartości. Nie lubię owych sprzedawców entuzjazmu, często za duże publiczne pieniądze. W tej atmosferze szkoła, jak język, zaczyna tracić swą duszę. Nie czuje się oparcia na skale wartości. Jakimś kodeksie praw i obowiązków, ale nie formalnych, a wynikających z życia naszej wspólnoty. Postępuje proces reifikacji, zresztą deifikacji też. Pozór i przedmiotowość. Życie poza językiem ojczystym, nie w nim. Tym języku, którym w tak niezwykły sposób posługuje się poeta i publicysta – Jan Polkowski w tygodniku „W Sieci”. Te słowa mają moc krynicy, źródła… Tylko kto chce jeszcze z niej pić?

Cdn.

Wojciech Książek

Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook