Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Jeden elementarz – nie tylko czy, ale jaki? (cz. II)

10.08.2014

Jak pisałem w poprzednim odcinku blogu, tocząca się debata na temat bezpłatnego elementarza dla klas pierwszych szkół podstawowych, ukazuje szerszy kontekst tego problemu.

A dom-rodzina, a Polska?

Trzeba mieć świadomość, że przygotowanie jednego podręcznika jest zadaniem trudnym. Takie mamy spluralizowane czasy, najróżniejsze zdania, które reprezentują także rodzice dzieci – a więc i podatnicy finansujący to przedsięwzięcie. Przykładem takich dylematów jest chociażby spór – o co upomniała się m. in. „Solidarność” oświatowa – wokół braku w elementarzu jakiegokolwiek odniesienia do jakże polskich Świąt Bożego Narodzenia. Jeszcze o „Gwiazdce” wspomniano, o odniesieniu religijnym – już nie. To przypomina sytuację jak z dziadkiem mrozem z okresu PRL. W opinii prof. Śliwerskiego rozmyto istotę rodziny, brak jest odwołania do bardziej uniwersalnych treści, co nazywa wręcz: patologią. Ten wątek nie powinien być zapomniany przy zdecydowanych zmianach w elementarzu, bo może być źródłem manipulowania umysłami, wrażliwością młodych ludzi. Mamy bowiem do czynienia z młodym, chłonnym umysłem i wrażliwością, a czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci.

Rugowanie w nim treści związanych z kulturą i dziedzictwem narodowym, delikatnym, ale jednak akcentem na patriotyzm, jak w słynnym wierszu Władysława Bełzy zaczynającym się od słów: „Kto ty jesteś – Polak mały”…, jest nie do przyjęcia. Oczywiście pamiętając, że trzeba szukać innego, bardziej współczesnego języka przekazu. Szkołę trzeba budować na wartościach – jak na skale. Musi mieć pewien program, kod kulturowy. W miarę otwarty, ale z zaznaczeniem owego „minimum polskości”. Takim kształceniem i wychowaniem tworzy się w młodym człowieku system odpornościowy, który potem pomaga mu godnie żyć. Dlatego tym bardziej dotyczy to mądrej, stawiającej pewne wymagania, zawartości podręczników szkolnych.

Przez szkoły wesprzeć rzeczywiście potrzebujących

Wydaje się, że można było zacząć od szerszej debaty publicznej na ten temat, za podstawę biorąc elementarz państwa Falskich, na którym wychowało się sporo pokoleń Polaków. Ze skutkiem nie najgorszym. Ale też uwzględniając szereg ciekawych dokonań polskich wydawców w ostatnim dwudziestopięcioleciu. Które są, z których korzystają szkoły, nauczyciele. Postawić pytania, co w nim zmienić, wykreślić, o co uzupełnić. Przy okazji taka debata przybliżyłaby polskiemu społeczeństwu problemy szkół, które obecnie znajdują się gdzieś na uboczu. Szkoda, bo dla przykładu afera taśmowa i związani z nią ludzie przeminą, szkoła – nie.

Warto zapoznawać się z rozwiązaniami które obowiązują w innych krajach. Pomijając fakt, iż darmowe elementarze są m. in. w Rosji i na Białorusi, to w Czechach nie można podręcznika zmieniać przez 5 lat. W niemieckiej Bawarii książki są za darmo, ale gdy zniszczy je uczeń – płacą rodzice (jest specjalna metryczka, kto miał w danym roku – tak po kilka lat).

Z powodzeniem można było przyjąć wariant inny, mniej spektakularny. Wesprzeć szkoły, a nie uszczęśliwiać na siłę. Czyli po prostu przekazać do dyspozycji szkół, nauczycieli-wychowawców większą pulę pieniędzy na zakup podręczników dla dzieci z rodzin bardziej tego potrzebujących (można było podnieść próg dochodowości nawet do 1200-1500 zł na członka rodziny. A niekoniecznie rozdawać wszystkim, gdy co najmniej 750 tys. osób w Polsce zarabia ponad 7 tys. zł miesięcznie). Nauczyciel-wychowawca wie najlepiej, jaka jest materialna, duchowa kondycja rodziny ucznia. A pamiętajmy, że koszt wyprawki szkolnej to oprócz elementarza także zeszyty, bloki szkolne, torba, strój i obuwie na WF.

Czyli, jak kiedyś mówił Edward Stachura, dać czasowi czas, nie działać w pośpiechu, porządnie przygotować i podręcznik, i mechanizmy prawne jego przekazu uczniom, którzy rzeczywiście tego potrzebują. 

Sześciolatki – czy stracone pokolenie?

Nie będąc zwolennikiem obowiązkowego posyłania sześciolatków do szkół (a szerokiego upowszechniania dobrowolności, z doinwestowaniem poradnictwa psychologiczno-pedagogicznego, aby szybciej, szerzej wydawały stosowne orzeczenia), zastanawiam się, czy szczególnie te dwa roczniki pierwszoklasistów nie będą takimi królikami doświadczalnymi owych eksperymentów. I obawiam się, na co wskazuje ów elementarz, że w dużej mierze tak może być.

Patrząc chociażby z perspektywy nauczycieli, jak mogą się czuć, przygotowywać, gdy pod koniec roku szkolnego nie znali ostatecznej treści całości. Gdy do szkół (a właściwie na stan bibliotek szkolnych), a więc także do ich rąk, elementarze trafią tuż przed nowym rokiem szkolnym. Oczywiście znana jest opinia, że polski nauczyciel nie w takich sytuacjach sobie poradzi, ale czy to potrzebne?

Tak naprawdę za sprawą elementarza toczy się bój tak o solidne podstawy rozwoju młodych Polaków, ale także – pośrednio – o przyszłość Rzeczpospolitej, jej odbicie w świadomości młodych ludzi, którzy obecnie zaczynają edukację szkolną. Bo jutro zaczyna się dziś. Tym samym i nasza wspólna odpowiedzialność jest większa. A czasy jednego, słusznego podręcznika, jak jednego słusznego przywódcy, miały przeminąć. Ale czy na pewno? Szkoda tych ciągle spóźnionych pytań i konstatacji, gdy nowy rok szkolny tuż, tuż…

Wojciech Książek

Wojciech Książek - Teksty na blog (odc. 90 – VIII 2014): SKOK Stefczyka: www.stefczyk.info/blogi

Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook