Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Jaka pozycja nauczyciela w polskiej szkole? (liczebność uczniów)

22.08.2012

Problem płac, zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego nauczycielom, wiąże się nierozdzielnie z warunkami pracy.

Patrząc przez pryzmat wskaźników, które nie zawsze oddają problemy konkretnych miejsc, w tym zakresie występuje wyraźna poprawa. Jednym z nich – obrazującym warunki kształcenia jest liczba uczniów przypadających na jednego nauczyciela. Liczba około 17 sytuuje Polskę na poziomie średnich standardów europejskich. Dla porównania na przełomie wieków na jednego nauczyciela przypadało w Austrii - 18 uczniów, we Francji - 19, w Niemczech - 18, na Węgrzech - 14, we Włoszech – 13.

Wskaźnik ten często jednak zbyt uśrednia zróżnicowanie sieci szkolnej, który to problem w sposób szczególny występuje w Polsce. Gdy bowiem dokona się rozdziału tych danych między wieś a miasto, to okaże się, że na wsi średnio „przypada” o 4-5 uczniów mniej na nauczyciela. Podobnie ma się rzecz w odniesieniu do kryterium ilości uczniów przypadających na jedno pomieszczenie do nauczania (co jest istotne z uwagi na problem dwu- a bywało i trójzmianowości). Z tego wynikają problemy związane z ustaleniem zasad należytego finansowania tych tak różnych szkół. Niezbędnego tym bardziej w warunkach niżu demograficznego i swoistego wyludniania niektórych obszarów, na przykład na terenach popegeerowskich.

Najważniejszym kryterium, ale i warunkiem poprawy jakości pracy nauczycieli, jest liczebność poszczególnych oddziałów klasowych. Różne działania, między innymi związane z nauczaniem integracyjnym, powinny zmierzać do stopniowego obniżania tej ilości. Fakt, iż pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku liczba uczniów w liceach ogólnokształcących przekraczała 30. powinna się definitywnie skończyć wraz z opuszczeniem szkół ponadpodstawowych przez ostatnie roczniki tzw. wyżu demograficznego (przypadał na pierwszą połowę lat osiemdziesiątych XX wieku). Jest to niezbędne nie tylko z uwagi na efektywność kształcenia, ale i narastające problemy wychowawcze. Trudno nawet marzyć o indywidualizacji kontaktu uczeń – wychowawca przy tak dużej ilości uczniów i ich złożonych problemów.

Należy ubolewać, że prawne zobowiązanie MEN do opracowania stosownego rozporządzenia (art. 30 ust. 9), zostało wykreślone z ustawy Karta Nauczyciela w czasie rządów koalicji SLD-PSL w 2003 roku. Jeszcze nie weszły w życie rozwiązania wykonawcze, a już poległo. I tak mamy klasy o bardzo dużej rozpiętości liczby uczniów. Jak wówczas mało miarodajne są różne rankingi? Fatalny jest ten podział na Polskę A i B. Jeżeli bowiem chcemy uniknąć powtórek chcemy różnych napiętych sytuacji wychowawczych, to nie może być zgody na ponad trzydziestoosobowe klasy. A tak się dzieje szczególnie w szkołach ponadgimnazjalnych. Powiaty, które je prowadzą, są często w dramatycznej sytuacji finansowej tak z uwagi na niską subwencję, jak i praktyczny brak dochodów własnych. Ostatnio jeden z dyrektorów pytał: jak to jest, że na naradach w kuratorium słyszę głównie: jakość, jakość, a w moim organie prowadzącym główny motyw to: taniość, taniość.
    
Brak maksymalnych progów liczebności uczniów w oddziałach eliminuje możliwość rzetelnego porównania jakości pracy szkół, gdy będą występowały tak różne warunki pracy. Co równie złe – utrzymuje dysproporcje między ofertą szkół w dużych miastach a szkołami prowadzonymi przez samorządy słabsze finansowo.
Przy tak złożonych problemach wychowawczych, przy tak zróżnicowanej zamożności samorządów - państwo nie może uchylać się od określenia owych progów, od stworzenia w miarę podobnej oferty szkół publicznych na terenie całej Polski. Powinno to być tym bardziej ważne dla ugrupowań wypisujących na sztandarach hasła równości społecznej, powszechnego dostępu do edukacji. Tu też można założyć okresy przejściowe w dochodzeniu do liczby 26 uczniów maksymalnie w klasie ponadgimnazjalnej (oczywiście uwzględniając obowiązujące regulacje przy oddziałach integracyjnych i dla uczniów z różnego rodzaju dysfunkcjami).    

Trudno było wdrożyć rozporządzenie o standardach, gdy w szkołach ponadpodstawowych był wierzchołek wyżu demograficznego (szczyt urodzeń nastąpił w 1983 roku). Obecnie, gdy w szkołach spadek liczby uczniów dochodzi do 40%!, koszty tego rodzaju decyzji byłyby dużo mniejsze. Konieczne byłoby wprowadzenie dodatkowego parametru do algorytmu naliczania subwencji.
    
Uczciwej też byłoby, aby przedstawiciele władz nie straszyli zwolnieniami nauczycieli, które mogą wynikać z takich regulacji. Przecież można przyjąć wariant, który mówiłby o górnych progach, reszta byłaby decyzją samorządów. Organy prowadzące dostawałyby co najmniej te same środki w przeliczeniu na ucznia, z uwzględnieniem wskaźnika wiejskiego, związanego z dowozem, czy kondycją finansową

Wydaje się, że w tej sprawie wyraźniej powinien zabrzmieć głos związków samorządowych. Upoważnia je do tego chociażby art. 5 ustawy o systemie oświaty, mówiący o tym, że państwo gwarantuje organom prowadzącym środki na właściwe prowadzenie szkół i placówek oświatowych. Bo tylko z pozoru jest im łatwiej, gdy zamiast standardów obowiązuje przysłowiowe „róbta co chceta”. Głos w tej sprawie powinni też zabrać rodzice i uczniowie. Wymaga to także solidarnej presji na rządzących przez środowisko dyrektorów, nauczycieli-wychowawców, wszystkie reprezentacje związków zawodowych działających w oświacie. Warunki pracy – przynajmniej w miarę – muszą być podobne we wszystkich szkołach publicznych w Polsce.  

Wojciech Książek


Autor bloga

ksiazek

Wojciech Książek

Przewodniczący „Solidarności” oświatowej Regionu Gdańskiego, Wiceminister Edukacji Narodowej w latach 1997-2001

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook