Jedynie prawda jest ciekawa

Nie hamujmy wynagrodzeń Polaków

03.12.2016

Sprowadźmy Polaków z Anglii, Niemiec i Irlandii a nie stwarzajmy sobie nowej Galicji

Niespodziewanie kolejny rozdział dyskusji na temat błędu „ukrainizacji polskiego rynku pracy” miał miejsce podczas piątkowej konferencji „Rodzina – koszt czy inwestycja dla gminy” (http://www.poznan.uw.gov.pl/wydarzenia-biezace/konferencja-rodzina-koszt-czy-inwestycja-dla-gminy) i to za sprawą wiceministra pracy Bartosza Marczuka. Koncentracja zainteresowania pana ministra na tym punkcie „polityki demograficznej” w której podkreślił konieczność „mądrej polityki imigracyjnej” na skalę masową z Ukrainy jako przeciwdziałanie „trzeciemu ostrzu”, jak określił konsekwencję spadku ilości pracowników, kompletnie mnie zaskoczyła. A to dlatego że od dawna znałem pana ministra – był jednym z pracowników UNFE którym to urzędem kierowałem i w kwestiach negatywnych konsekwencji zapaści demograficznej w przeszłości wypowiadał się często jako dziennikarz wyjątkowo racjonalnie przez lata. Również pani Minister Elżbieta Rafalska bardzo sprawnie przeprowadziła program 500+ o czym wspólnie podczas dyskusji w Radiu Wnet jeszcze w czwartek debatowaliśmy (http://www.radiownet.pl/publikacje/poranek-1-grudnia-2016), a nawet zdecydowanie odcięła się od dziwnych pomysłów ZUS (http://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/rafalska-zakaz-pracy-na-emeryturze-nie,52,0,2211124.html) które krytykowaliśmy w środę podczas audycji w Polskim Radiu (http://www.polskieradio.pl/130/4765/Artykul/1698482,Zmiany-w-systemie-emerytalnym-Czy-powinno-sie-laczyc-emeryture-z-praca). Dlatego miałem podstawy aby uważać że sprowadzanie Ukraińców do Polski jest jedynie kolejnym niefortunnym pomysłem premiera Morawieckiego. A tu się okazało że pan wiceminister Marczuk wprost uważa że należy Ukraińców jak najwięcej sprowadzić zanim… Niemcy i Francja nie wprowadzą ruchu bezwizowego w UE, i że przyspieszenie tych planów „nie jest przypadkowe” i że przecież jedyna gotowa „autostrada jest między Niemcami i Ukrainą”.

 

Odnosząc się do innych argumentów, również ministra Marczuka który podniósł że Ukraińcy uzupełniają Polaków na rynku pracy, a inni wprost twierdzą że podejmują pracę której Polacy nie chcą, należy podkreślić że są one niespójne. Gdyż takie podejście zakłada, że są dwie sfery gospodarki: praca dla Polaków i odrębne prace dla osób z zagranicy, a oba te „rynki” się nie przenikają. Podczas gdy tak nie jest gdyż imigranci pracujący w usługach tak naprawdę wykonują podobną pracę, jak Polacy, którzy tam pracują. Podobnie jest w budownictwie. Poza tym, analogiczne prace wykonywali ci, których wysłaliśmy za granicę. Szczytem hipokryzji lansowanej w GW (http://next.gazeta.pl/next/7,151003,21042314,nie-ma-polakow-nie-ma-ukraincow-w-elektrowni-pracuja-hindusi.html#BoxBizImg) jest konieczność sprowadzenia tanich Hindusów gdyż Polacy „się cenią” („Fachowcy na rynku są, ale cenią się. Mają stawki poniżej których nie zejdą, ponieważ wiedzą, że mogą wyjechać do Norwegii, Wielkiej Brytanii czy Niemiec, gdzie zarobią o wiele więcej.”) Przecież z jakiegoś powodu ci Hindusi nie mogą wyjechać bezpośrednio do krajów Europy Zachodniej co powinni zrobić jeżeli byłaby w tych krajach prowadzona polityka analogiczna do polskiej. Z tego jedynie wyraźnie widać, że równie dobrze prace wykonywane przez imigrantów mogliby wykonywać Polacy, którzy wyjechali za granicę, by pracować na podobnych stanowiskach, gdyby były one lepiej płatne. Najprawdopodobniej występuje tu również analogiczny problem – imigranci wykonują prace w usługach poniżej swoich kwalifikacji, podobnie jak w przypadku Polaków, którzy wyjechali „na Zachód”. Gdyby tych imigrantów nie było, a płace byłyby zdecydowanie wyższe, to Polacy nie mieliby motywacji do wyjazdu, tylko pracowaliby w kraju. 

 

Nie ma również żadnych dowodów empirycznych na to że w niektórych zawodach płace muszą być niskie niezależnie od wynagrodzenia otoczenia. Przykład Japonii, kraju wysoko rozwiniętego, który blokuje imigrację, m.in. ze względu na wysokie koszty akomodacji imigrantów  i generowanych przez to konfliktów (argumentacja ministra Marczuka o niskiej aktualnej przestępczości Ukraińców w Polsce to nawet nie wspominając o bitwach gangów na granicy - http://wpolityce.pl/kryminal/317777-strzelanina-przy-granicy-polsko-ukrainskiej-starcie-przemytnikow-i-strazy-granicznej - ma walor jedynie dziennikarsko-wybiórczy) jest tego ewidentnym przykładem. Żaden z Japończyków nie pracuje niezależnie od wykonywanej pracy za wielokrotnie niższe wynagrodzenie, tylko dlatego że dana praca mogłaby być wykonywana taniej przez potencjalnego imigranta. Poziom bezrobocia jest tam też bardzo niski, ukazując fakt że Japończycy nie czekają tylko na płace najwyżej płatne. Raczej wiąże się to ze staraniami, by efektywniej wykorzystywać pracę ludzką, lepiej ją organizować. A z drugiej strony, unikać prac kosztownych z uwagi na konieczność sfinansowania drogiej płacy pracowniczej.

 

Nietrafny jest również argument że to innowacje i skok technologiczny są kluczem do uniknięcia pułapki średniego dochodu, a nie wzrost płac, więc imigranci są potrzebni. Innowacyjność raczej nie powstaje sama z siebie, ale jest napędzana motywacją do takiego działania. Istotne jest kopiowanie rozwiązań o wyższej wartości dodanej w procesie konwergencji. Gdyż łatwiej jest kogoś gonić, niż samemu pędzić. Według tzw. podejścia dyfuzyjnego, innowacyjność wynika z samego faktu powstawania centrów o wyższym dochodzie, a z drugiego, że każdy przedsiębiorca, nastawiony jest  na zysk, i do tej innowacyjności powinien być zmuszony. Musi zmierzyć się z tym, że płace są na wyższym poziomie, co generuje wyższe koszty. Żeby osiągnąć zysk  i nie wypaść z rynku to musi więcej inwestować, w innowacyjność ukierunkowaną na oszczędność coraz droższych czynników produkcji, jak i lepsze zorganizowanie pracy. Tak kształtuje się działania mające na celu spowodowanie, aby praca ludzka była ukierunkowana w sfery bardziej efektywne, dające wyższą wartość dodaną. Bez tego wypadnie się z rynku – to daje bardzo silną motywację. Jeśli nie działamy w tym kierunku, to nie ma napięcia związanego z koniecznością podejmowania takich wyzwań i poszukiwania efektywniejszych rozwiązań. Zamiast tego staramy się dostarczyć pracę jak najtaniej. W takich przypadku nie ma zapotrzebowania na innowacyjność. Wówczas wszystko „siada”, co empirycznie obecnie widzimy w Polsce. Mimo tzw. planu Morawieckiego, o którym mówi się od roku czyli nakierowania na gospodarkę dyfuzyjną, nie widać żadnego przełożenia na wzrost gospodarczy. On hamuje, a co charakterystyczne, dzieje się, tak w dziedzinach dotyczących innowacyjności, inwestycji i działań podmiotów prywatnych. Fakt, że istnieje marazm i brak wzrostu gospodarczego powoduje, że nakłady inwestycyjne się nie opłacają, bo nie widać perspektywy wzrostu. Jak nie widać wzrostu rynku, dochodów ludzi, to nie widać popytu ani  zysku powiązanego ze wzrostem gospodarczym, który wzmacniałby impuls inwestycyjny.

 

Przemiany demograficzne idą w niekorzystnym kierunku. Działania związane ze wspieraniem dzietności są kluczowe. Na konferencji podawałem przykład Izraela, prowadzącego spójną politykę prorodzinną, widać że przynoszą one wymierne efekty. Dzietność jest tam 2,5 razy większa niż w Polsce, i w przypadku rodzin wyznania mojżeszowego wzrosła do ponad 3 dzieci na rodzinę. W kwestii starzenia się społeczeństwa właśnie nieprzeprowadzenie skoku wynagrodzeń będzie kryzys finansów publicznych pogłębiało. Skok wynagrodzeń, wzrost efektywności i wydajności pracy, przekłada się na to, że będą wyższe dochody podatkowe i składkowe. A więc możliwość przeznaczenia tych środków na potrzeby coraz większej liczby beneficjentów. Jeśli tego nie zrobimy, a oprzemy się na zamrażaniu wynagrodzeń, to tego efektu podatkowego związanego ze zwiększeniem wydajności pracy i wyższych dochodów pracowniczych po prostu nie będzie. To będzie wtórnie skutkowało problemami, które występują i wiążą się z brakiem pokrycia wydatków emerytalnych, a także np. na służbę zdrowia.

 

Inną kwestią jest aktywizacja osób starszych, którzy w innym przypadku będą dążyć do tego, żeby jak najszybciej uzyskać świadczenia emerytalne. Jeśli nastąpi wzrost wynagrodzeń, a z drugiej strony zapotrzebowania na pracę, to będzie to powodowało większe zainteresowanie pracodawców nawet osobami w wieku przedemerytalnym, mimo ich niższej wydajności, aby wykonywali pewne prace produkcyjne czy usługowe. To będzie w efekcie powiększało bazę podatkową, a z drugiej strony pozytywnie wpłynie na zmniejszenie wydatków socjalnych. Przy dużych skokach wynagrodzeń kluczowe jest to, że będzie można oferować im lepsze kontrakty, a z drugiej bezkonfliktowo zmniejszyć presję na  tych mniej efektywnych, którym trudno jest zaproponować niższe wynagrodzenie wraz ze spadkiem efektywności pracy. W Niemczech obniżono wiek emerytalny, ale jednocześnie olbrzymie zapotrzebowanie na zatrudnienie spowodowało, że i osoby starsze znajdują możliwość dalszej pracy, co zmniejsza napięcia w sferze systemu zabezpieczenia społecznego.

 

Są trzy przyczyny prowadzenia szkodliwej polityki imigracyjnej. Pierwsza, to niechęć do publicznego występowania przeciwko rozwiązaniom proimigracyjnym ze względu na ukształtowanie tzw. „opinii publicznej”. Drugim czynnikiem jest aspekt polityczny, stworzenie jakiejś struktury wiążącej Polskę z Ukrainą. Niewątpliwie jest jakiś zamysł polityczny redukowania tej presji i tych problemów, które mają Ukraińcy w swoim kraju, poprzez wentyl bezpieczeństwa – pracę w Polsce. Na to z kolei nakłada się trzeci aspekt, dotyczący pewnych grup pracodawców. Z ich punktu widzenia, jak to wyjaśnił wicepremier Morawiecki naturalnym jest pytanie po co wydatkować dodatkowe nakłady, jeśli te maszyny, które mamy, możemy dłużej wykorzystywać na tym poziomie co obecnie, inaczej konieczne będą nakłady inwestycyjne, podczas gdy powinniśmy te ograniczone zasoby jak najdłużej wykorzystywać.

 

Tak wyższe płace wymuszają działania, bez których firma wypada z rynku. Dla takich przedsiębiorców prostsze jest utrzymanie status quo ws. kosztów pracy, ponieważ w tym momencie mają dotychczasową zyskowność bez dodatkowego ryzyka, jednocześnie nie musząc się nadmiernie wytężać. A chcielibyśmy, żeby oni byli zmuszani do innowacyjności, a nawet wypadali z rynku dając miejsce tym bardziej operatywnym. Ale te grupy nie chcą mieć problemu – po co sobie zwiększać koszty, wykładać środki na inwestycje, jeśli może być po staremu? Dotyczy to zarówno sfery prywatnej, jak i publicznej, np. służby zdrowia. Dominuje filozofia im taniej, tym lepiej. To bardzo krótkoterminowe, ponieważ problemy zdrowotne czy emerytalne siłą inercji będą się pogłębiały. Wzrost wydajności generowałby wyższe dochody podatkowe, które można byłoby lepiej alokować. Pojawia się też argument, że jeśli nie zatrudni się tańszych pracowników, tylko Polaków, to przez wzrost płac trzeba będzie więcej zapłacić za usługi. Nie zauważa się, że wzrost wynagrodzeń będzie dotyczył tak naprawdę wszystkich. Jeśli jakieś usługi podrożeją, to będzie nas na nie stać. Ale nastąpi też działanie racjonalizacyjne, jeśli chodzi o nasze wydatki. Będziemy się starali uzyskać więcej dóbr, które są relatywnie tańsze. Możliwe więc, że będziemy oszczędzali te, które wykorzystują w dużym stopniu ludzką pracę. 

 

 

Dr Cezary Mech

Agencja Ratingu Społecznego 

 

 

Autor bloga

mech

Cezary Mech

Dr Cezary Mech jest absolwentem IESE, byłym zastępcą szefa Kancelarii Sejmu, prezesem UNFE, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, a obecnie prezesem ARS

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook