Jedynie prawda jest ciekawa

Dwubilionowy(sic!) skok na kasę emerytów

12.03.2012

Donald Tusk zaproponował, aby osoby starsze, które utracą pracę, a zgromadziły kapitał na minimalną emeryturę, mogły skorzystać z „częściowej emerytury” zanim osiągną wiek 67 lat.

Bezrobotny biorący takie świadczenia nie mógłby jednak podejmować pracy, a przyznane świadczenie byłoby w wysokości minimalnej emerytury, niezależnie od tego w jakiej skali kapitał już zgromadził. Przedstawiając takie propozycje Premier na siłę dąży do pozbawienia nas świadczeń emerytalnych i to za cenę utraty własnej reputacji, przyznając, że kompletnie nie orientuje się w funkcjonowaniu systemu emerytalnego. Bo jak inaczej zrozumieć propozycję dla osób, które już zaoszczędziły na emeryturę wyższą od minimalnej, że nie mogą jej uzyskać w wysokości im przysługującej. I dlaczego nie mogą dodatkowo pracować, jeśli mogą – emeryturę już sobie przecież uczciwie wypracowali. W tym działaniu wyraźnie widać usilne ohydne dążenie do skorzystania na ich śmierci, w celu przejęcia ich spadku - kapitałów emerytalnych.

W tym kontekście propozycję podniesienia wieku emerytalnego należy traktować jako kolejny etap psucia finansów publicznych, które rozpoczęło się od przerzucenia składki z OFE do ZUS pod przewrotnym hasłem, że  oszczędzanie w OFE jest nieefektywne. Drugi krok polegał na podniesieniu składki rentowej pod pretekstem deficytu w funduszu rentowym. Trzeci - to propozycja waloryzacji kwotowej świadczeń, a więc  zerwanie z zasadą, że emerytura posiada gwarancje zachowania wartości.  Wreszcie czwarty  krok - to aktualnie planowane podniesienie wieku emerytalnego.  Wszystko to  odbywa się pod hasłem  zmniejszania deficytu finansów publicznych.  Powyższe działania należy postrzegać także w szerszej  perspektywie. W Polsce w ramach reformy emerytalnej nastąpiło odciążenie państwowego systemu emerytalnego poprzez kapitalizację przyszłych świadczeń w OFE, co  pozwalało  podtrzymać system emerytalny bez drastycznego podwyższania podatków. Niestety, ale UE poprzez swoje mało merytoryczne interpretacje statystyczne storpedowała nasze wysiłki odmawiając uznania  OFE za element finansów publicznych.  Z drugiej  strony widzimy, jak ta sama Unia godzi się, aby  w Grecji celem naprawy finansów publicznych emerytury powyżej określonego poziomu, podlegały  redukcji nie respektując zasady praw nabytych. To daje niepokojący sygnał, że można zmniejszać świadczenia, nawet jeśli ktoś na nie uczciwie zapracował.

W efekcie w miejsce polityki prorodzinnej wspólnym mianownikiem staje się  dążenie do obniżenia świadczeń emerytalnych. Najpierw tych najwyższych, a z czasem wszystkich. Ostatnim krokiem co musi budzić zdziwienie okaże się to, co proponuje dziś opozycja  czyli tzw. system kanadyjski - świadczenie obywatelskie równe dla wszystkich. W powyższym systemie nie ma  gwarancji wysokości świadczenia, nie zależy ono od poziomu oszczędności, ani liczby przepracowanych lat.  Gwarantowana będzie jedynie sama wypłata świadczeń bez prawa do  ich wysokości. Państwo da nam tyle, na ile będzie  je stać.  W praktyce  emerytury zejdą do poziomu świadczenia minimalnego i nasili się tendencja do przesuwania  wypłaty na coraz później. Okaże się że będą to świadczenia minimalne,  przy czym politycy  będą nam stale tłumaczyć, że musimy zbilansować dochody z wydatkami w ramach kolejnych pakietów fiskalnych.  Cały proces oznaczać będzie wywłaszczenie obywateli z praw do świadczeń emerytalnych.

Zgodnie z logiką reformy każdy miał pobierać świadczenie w wysokości zgromadzonych składek, a renta jest dodatkowym ubezpieczeniem przysługującym tym którzy utracą zdolność do wykonywanie pracy. Ze względu na fakt wcześniejszego wystąpienia zanim zgromadzi się wystarczające środki na koncie występuje dodatkowa składka rentowa. Jeśli pracownik przechodzi, to  jego własne środki na koncie emerytalnym czekają na wypłatę emerytury.  Jeżeli  moment przejścia na emeryturę  zostanie przesunięty w czasie, to  rencista może umrzeć nie dożywając do emerytury. Będzie cały czas pobierał rentę, a jego środki emerytalne będą czekały z przeznaczeniem na jego świadczenie emerytalne, ewentualnie rentę dla kogoś z jego rodziny.  Otóż takich odłożonych i niewykorzystywanych  środków emerytalnych osób które nabyły prawa do renty w roku 2010 było w ZUS aż 9,3 mld. zł. Ponadto było też  8,4 mld. zł. środków, które już nie czekały na wypłatę emerytury, ponieważ   uprawnieni umarli nie doczekawszy świadczenia i powyższe środki zgodnie z solidarnościowym mechanizmem właściwym ubezpieczeniom powinny zasilić fundusz rentowy. Niestety, ale podczas debaty nad podniesieniem składki rentowej nie zaliczono tych środków do funduszu rentowego, a nawet w ogóle o nich nie wspomniano. I  nagle się okazało, że o tych wielomiliardowych kwotach wszyscy zapomnieli! Dyskutowano jedynie o 17-to miliardowym deficycie funduszu rentowego, jako różnicy między wysokością wydatków na renty, a przychodów ze składki bez uwzględnienia zgromadzonych środków na rachunkach. Podczas gdy ta  znikająca kwota,  łącznie 17,7 mld zł., jest i tak zaniżona z uwagi na to, że część osób posiada rachunki prowadzone tylko od początku reformy emerytalnej, ponieważ  nie dopełniła formalności  związanych z  wyliczeniem kapitału początkowego, albo  nie była  jeszcze objęta  tym obowiązkiem. O ile nieuwzględnienie środków rencistów może mieć pewne uzasadnienie o tyle „zapomnienie” o kwocie 8,4 mld przez wszystkich ma daleko idące konsekwencje finansowe. Gdyż zmienia motywacje odprowadzających składki do ZUS-u, jako nieekwiwalentne uzyskiwanym świadczeniom.

Zastosowano wybieg polegający na tym, że fundusze, które powinny być przeznaczone na renty,  znikły na kontach. Inteligentnie przedstawiono, że deficyt funduszu rentowego wynika z różnicy  między kwotą składek, a tym co  jest wypłacane w formie rent. W efekcie wielomiliardowe kwoty zniknęły z rachunkowości. Wymyślono mechanizm  umarzania środków odłożonych  w ZUS.  Dla zobrazowania mechanizmu załóżmy przesunięcie wieku emerytalnego do 100 lat, do którego  nikt nie dożyje, a wtedy ponad 2 bln. zł.(sic!) długów emerytalnych ZUS-u  zwyczajnie nie wymaga spłacenia. 

Jeśli jednocześnie w funduszu rentowym będzie wykazywane tylko te środki które pochodzą ze składek, to wraz ze starzeniem się pracowników funduszy będzie stale brakowało i kontynuacja podwyżek składki rentowej okaże się konieczna, coraz bardziej podwyższać koszty pracy.  W ten sposób rząd dostaje do rąk nowy podatek i zarazem możliwość umarzania zobowiązań emerytalnych.  Finansowe perpetuum mobile którego nikt wcześniej nie zauważył. Sprawna akcja PR pozwoliła rządowi w przeforsowaniu podwyżki  składki rentowej,  przejęcie środków emerytalnych, a z drugiej strony  - spowodował wyższe opodatkowanie pracy, powodując że praca stała  się dobrem rzadkim.

 Ponadto podniesienie wieku emerytalnego będzie wypychało ludzi na renty stanowiąc kolejny problem. Gdyż jeśli będzie wzrastała liczba rencistów to będą podnoszone składki, wzrosną koszty pracy, liczba miejsc pracy będzie malała.  Pojawią się zatem naciski na ograniczenie wypłaty rent. Może dojść do tego, że przy przyznawaniu renty trzeba będzie przynieść zaświadczenie od lekarza, że  się umrze  najdalej w ciągu pół roku, tak jak to się dzieje w USA przy przyjęciach do hospicjów. I może analogicznie u nas być podobnie, że nadawane będą renty okresowe limitowane okresem świadczenia. Opisany mechanizm oznaczać będzie w praktyce, że będziemy odkładać środki w ZUS bez możliwości skorzystania z nich, a na koniec będą one przejmowane przez państwo.

Po podniesieniu składki rentowej wprowadzono waloryzację kwotową naszych emerytur. Dotychczas zasadą było utrzymanie  ich wartości, a kwotowe dodatki mogły tylko je podwyższać.  Tymczasem waloryzacja kwotowa  emerytur  to zerwanie z zasadą, że świadczenia  mają co najmniej zachować swoją wartość. Przy braku waloryzacji inflacyjnej nasze oszczędności i emerytury mogą automatycznie podlegać redukcji. Niektórym osobom o niskich świadczeniach wydaje  się to obecnie atrakcyjne, ale do czasu. Przyjdą następne kryzysy finansowe, czy kryzys finansów publicznych związany ze starzeniem się społeczeństwa, i wtedy okaże się, że  waloryzacja kwotowa odbywa się na poziomie minimalnym. Jeśli na to nałożymy redukcję  wyższych świadczeń w ramach pakietów „pomocowych” dla krajów   dotkniętych kryzysem finansów publicznych (a my będziemy takim krajem z powodu starzenia się społeczeństwa)  to widzimy, że nasze świadczenia łatwo mogą okazać znacznie niższe od oczekiwanych.   Początkowo osoby o niższych świadczeniach będą zadowolone, bo to nie im będą obcinać emerytury w ramach cięć oszczędnościowych. Ale jeśli można  obciąć wyższe emerytury, to  można i niższe, to tylko kwestia czasu. Na koniec padnie hasło: dajmy wszystkim  po równo!   Tylko co to spowoduje? W miarę, jak będzie przybywać emerytów, a dzieci nadal nie będą się rodzić, to świadczenie będzie  z roku na rok coraz mniejsze i w końcu przekształci się z w zapomogę, a nawet połowę zapomogi. Z drugiej strony – zrównanie świadczeń spowoduje, że nikomu nie będzie się opłacało wnosić wysokich składek na ZUS.  Dochody będą ukrywane, poszerzy się szara strefa, co  będzie jeszcze bardziej pogłębiać kryzys finansów publicznych i zmniejszać nasze świadczenia. Dlatego wszystkie dotychczasowe działania wydają się spójne  i zmierzają w jednym kierunku. Ponadto ci sami decydenci, którzy  wczoraj  proponowali przekazanie składek z OFE do ZUS, dziś mówią, ze nie mają zaufania do ZUS…Co rodzi zapytania.  Jak to – wtedy mieli, teraz nie? To kiedy mówili prawdę?

Niestety ale  działania określane  jako „naprawcze” nie podejmują głównego  problemu jakim jest od dwudziestu  lat brak zastępowalności pokoleń. Brakuje już nam 3,5 mln dzieci do prostej zastępowalności pokoleń, nie mamy osób młodych, które będą pracować na świadczenia rodziców i dziadków. Tego problemu  wszystkie rządy  w ogóle nie podejmowały,  a obecnie podchodzą  do systemu emerytalnego z punktu widzenia syndyka masy upadłościowej.  Po prostu rozdają to, co zostało. Gdyby wspierano  rodziny i prowadzono politykę prorodzinną  mogliby tę „firmę”  naprawić,  woli  się jednak dzielić masę upadłościową, a jak wiadomo, z bankruta niewiele można wycisnąć. Bardzo niepokojące, że te cztery propozycje są  skoordynowane ze sobą  i  wszystkie idą w tym samym  kierunku. Godząc się  na taką politykę -  godzimy się w istocie na to, że  kraj nie będzie się  rozwijać, a my będziemy emigrować i nie będziemy mieć dzieci.
 
Wiadomo, że wzrost gospodarczy i innowacyjność generują dwudziesto- i trzydziestolatkowie. Czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie mogą co najwyżej zachować aktywność gospodarczą. A  pozostali?  Sześćdziesięciolatkowie i starsi nie będą generować wzrostu, tego możemy być pewni. Zmuszając przedsiębiorców, żeby zatrudniali 60-latków, a nawet 67- latków , zmuszamy ich tym samym do ponoszenia ogromnych nakładów na   stanowiska pracy, których utrzymywanie się  nie opłaca. Nie łudźmy się! Globalizacja  ma to do siebie, że jeśli przedsiębiorcy będą mieli do wyboru - zatrudniać starszych ludzi w Europie czy młodych w innych częściach świata, to  wybiorą tę drugą opcję, i przeniosą działalność np. do Indii. Żadne akcje na rzecz „niedyskryminowania starszych pracowników” nic  nie pomogą.  Te procesy są znane, a jednak rząd  nie wyciąga z nich żadnych wniosków. Zadajmy sobie pytanie – dlaczego? Nie widać też spójności w działaniach rządu. Z jednej strony -  proponuje   podniesienie wieku emerytalnego – z drugiej - nic nie wspomina o  zwiększeniu nakładów na  służbę zdrowia, aby  60- latkowie  rzeczywiście mogli  pracować. Unia za to wymaga uelastycznienie rynku pracy, aby przedsiębiorstwa były bardziej konkurencyjne, ale w praktyce pracownicy łatwiej zwalniani. Wyobraźmy sobie tę armię starych, chorych ludzi, bezrobotnych  i bez  świadczeń emerytalnych! W praktyce znajdą się na utrzymaniu swoich nielicznych dzieci. Jeśli zaś uda się im przejść na rentę - będą dostawać zaledwie część świadczenia. 

Kiedy 30 lat temu  wprowadzano w Polsce stan wojenny, rosyjski opozycjonista  Władimir Bukowski nazwał to „samookupacją” i podkreśla: "Wyrządziła ona Polsce wielką szkodę ekonomiczną i demograficzną. Przecież w jej następstwie olbrzymia liczba Polaków opuściła swój kraj na zawsze.". To jest odpowiedź. Prowadzimy samookupację, osłabiamy się.  Własną polityką  spowodowaliśmy, że  2 miliony Polaków wyemigrowało, 3,5 miliona dzieci nie urodziło się, a na koniec podpisaliśmy Traktat Lizboński, który uzależnia siłę głosu danego kraju w Unii od liczby ludności. To proces samolikwidacji.

Jeśli  w ciągu najbliższych trzech lat nie  podejmiemy  działań na rzecz zwiększenia dzietności rodzin, to obecny   miniwyż solidarnościowy  zestarzeje się i z przyczyn biologicznych dzieci już mieć nie będzie. W Polsce   mamy obecnie nieco ponad jedno dziecko w rodzinie. Następne pokolenie, o połowę mniej liczne,  musiałoby mieć po czwórce dzieci, aby to nadrobić. To nierealne. W praktyce  z Polski zostanie tylko nazwa, jak została nazwa Burgundii, chociaż narodu już nie ma. Proces europeizacji zagłuszył w nas instynkt narodowy. Protestujemy  przeciwko przedłużaniu wieku emerytalnego, co i tak nic nie da, bo  arytmetyka  procesów demograficznych  jest nieubłagana, a  jednocześnie godzimy się na antyrodzinną, antyurodzeniową i proemigracyjną politykę kolejnych rządów.  W efekcie coraz liczniejsze starsze pokolenie  z głodowymi  świadczeniami będzie  przejadać środki młodych rodzin na utrzymanie dzieci.   To  starsze pokolenie, o którym mowa, to  właśnie my,   pokolenie, które dziś  decyduje w Polsce i  które zachowuje się  jak hulaka, który przepija majątek, zadłuża się za granicą, żyje na kredyt, oszczędza na posiadaniu dzieci  i kradnie pieniądze na renty i emerytury młodych. A potem poprosi, żeby go utrzymywać. Tylko kogo?

Niestety ale dyskusja na temat przesunięcia wieku emerytalnego kompletnie zagłuszyła sam fakt szalenie niskiego wymiaru emerytur tych którzy płacą niskie składki w ramach działalności gospodarczej jak i kobiet wychowujących dzieci. Otóż według przytoczonych przez Marcina Rogalę danych w artykule „Tusk nadal nie rozumie zasad obowiązującego systemu emerytalnego” z różnych szacunków wynika, że budżet państwa, za 20-30 lat, będzie dopłacał do emerytur właśnie minimalnych prawie wszystkich osób prowadzących działalność gospodarczą, oraz do 30-40 proc. kobiet. Odpowiedz na to jak z tego pata wyjść została opracowana ponad 10 lat temu w raportach UNFE: „Bezpieczeństwo dzięki konkurencji”, „Bezpieczeństwo dzięki zapobiegliwości” i „Bezpieczeństwo dzięki emeryturze”. Niestety przez te lata nie było i nie ma woli politycznej do implementacji proponowanych rozwiązań. Dlatego dzisiaj pozostaje nam jedynie bierne przyglądanie jak kasandryczne przewidywania UNFE co do głodowych warunków życia punkt po punkcie się spełniają.

Cezary Mech
Agencja Ratingu Społecznego

Autor bloga

mech

Cezary Mech

Dr Cezary Mech jest absolwentem IESE, byłym zastępcą szefa Kancelarii Sejmu, prezesem UNFE, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, a obecnie prezesem ARS

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook