Jedynie prawda jest ciekawa

Duda: „Kiedy przyjdą podpalić dom…”

09.06.2017

Po wyborach we Francji Polska będzie poddawana bardzo silnej presji dotyczącej niekorzystnych zakupów i transakcji - np. abyśmy w ramach rekompensaty za rezygnację z Caracali kupili od Francji „równie korzystnie” elektrownie atomowe

Będąc pytanym o gospodarcze skutki dla Polski wyboru Emmanuela Macrona na prezydenta Francji przez PAP miesiąc temu stwierdziłem że będzie wywierana na Polskę wszelkiego typu presja - w postaci tak działań zakulisowych, jak i frontalnych ataków, skłaniająca nas do niekorzystnych decyzji, zakupów i transakcji. Wspólnie będą ją wywierać Francja i Niemcy, więc nacisk będzie o wiele silniejszy. Niespodziewanie obawy o to że konsekwencją wyboru Macrona będzie nacisk abyśmy zrekompensowali Francji rezygnację z zakupu Caracali szybko znalazły potwierdzone, czy to przez przecieki z gazet niemieckich, czy to wypowiedzi polityków. Okazało się również że odbierane jako dziwne zachowania prezydenta Andrzeja Dudy podczas szczytu NATO w Brukseli, może być wytłumaczalne jako efekt stresujących nacisków których był obiektem. Samo ustawianie przywódców Polski w trzecim szeregu to wyjątkowy brak szacunku dla ich klasy politycznej – taki Recep Erdogan zawsze jest w pierwszym szeregu i koło przywódcy USA. Ale reakcja prezydenta Andrzeja Dudy po spotkaniu z przywódcą Francji przypomniała mnie szok jaki przeżywał w rządzie AWS premier Buzek, którego przez pewien okres czasu byłem doradcą, po wyrażanych bez skrupułów żądaniach zachodnich szefów rządów forsujących interesy swoich firm będące w sprzeczności z interesami kraju, naszego Kraju. W tym momencie stwierdzenia prezydenta Dudy że „Macron powiedział, że są tematy trudne”, że są „rachunki krzywd” i nawiązanie do „poety” (Władysława Broniewskiego), którego utwór powstał z powodu żądań Hitlera wobec Polski, wprost sugeruje klimat roszczeń względem naszej Ojczyzny.

Prezydent uczestnicząc w spotkaniu w Brukseli podkreślał wypełnianie obowiązku adekwatnego ponoszenia wydatków na armię z naszej strony. Z tym że może się okazać, że zarówno USA jak i UE, w tym Francja odmiennie postrzegają gdzie zwiększone zakupy uzbrojenia powinny być dokonywane. O ile polityka administracji pod tym względem jednoznacznie dąży do redukcji deficytu handlowego USA poprzez opłacalną sprzedaż uzbrojenia sojusznikom, a la ostatnie umowy z Arabią Saudyjską, o tyle UE pragnie tego samego dla swoich zakładów we Francji i Niemczech. O ile USA chcą aby państwa NATO uzgadniały swoje przyrosty wydatków z centralą w Brukseli, o tyle UE wymyśliła sobie przedwczoraj że najlepiej będzie jeżeli kraje UE będą poddane wspólnej procedurze zamówień publicznych w tym zakresie. Co pozwoli zaoszczędzić na wydatkach 30% („If member states cooperated on procurement, up to 30 per cent of annual defense expenditures could be saved”) i spowoduje że zamówienia nie będą lokowane w krajach macierzystych - w 80% produkcja i 90% B&R („Currently, about 80 per cent of procurement and 90 per cent of research are conducted on a national basis within the EU, the commission said”) - jak to jest w znacznym stopniu obecnie, lecz w największych i najwydajniejszych fabrykach europejskich – wiadomo gdzie ulokowanych. I nawet w ramach budżetu europejskiego przeznaczy 1 mld euro rocznie dla tych producentów którzy pragną z powołanego funduszu skorzystać i będą wspierać europejskie zamówienia („The defense fund will also offer co-financing for development of defense capabilities to promote joint procurement.”) 

Takie europejskie postawienie sprawy grozi powieleniem schematu pomocy ze środków strukturalnych które otrzymujemy z UE i które w 70% w postaci zakupów wracają do płatników netto. O ile przyjęcie procedury amerykańskiej grozi nam przepłacaniem za uzbrojenie, co medialnie będzie usprawiedliwiane koniecznością opłacenia naszego bezpieczeństwa, o tyle procedura europejska sprawi że czołgi to Polska jedynie przed wojną produkowała lepsze od niemieckich, samoloty i śmigłowce należy kupować od Francuzów, a Szwedzi też ułożą się z Brukselą co do przewag ich Boforsów. Podczas gdy Polska powinna tak jak to prezentowałem podczas dyskusji w Polskim Radio (http://www.polskieradio.pl/130/5894/Artykul/1769203,Rokrdowo-niski-deficyt-budzetowy-Z-przekretami-VATu-mozna-walczyc) być zainteresowana praktyczną implementacją Planu Morawieckiego dotyczącą reindustralizacji i wdrażania Badań & Rozwoju. A więc produkować broń lokalnie i starać się tak jak przed wojną eksportować nadwyżki produkcyjne. A nowe wzory uzbrojenia wymyślać zatrudniając polskich inżynierów, ułatwiając rozprzestrzenianie się postępu technicznego poprzez zakup licencji, a w ostateczności dokonywać zakupów uzbrojenia za granicą jedynie w powiązaniu z transferem technologii. Umieliśmy zbudować przemysł obronny od zera (ściślej od fabryki karabinów z Gdańska) przed wojną, to będziemy umieli powtórzyć ten schemat i obecnie. 

Nawet Turcja która obecnie przecież nie jest hołubiona przez NATO robi to z sukcesem. Uzyskuje transfer know-how od krajów sojuszniczych - w efekcie helikoptery produkuje już w kraju („We plan to deliver an additional 24 ATAKs over this year and we have been working on campaigns to market the product abroad”), a nawet F-16 zostaną zastąpione przez krajowe („In 2010, Turkey’s Defense Industry Executive Committee started the TF-X project to replace Turkey’s F-16 and to design, develop and manufacture a fleet that would work together with the stealth F-35.”) A ostatnio po wizycie premier Teresy May Turcja podpisała umowę o joint venture z Rolls-Roycem na produkcję silników do wykorzystania militarnego i budowy samolotu pasażerskiego (“In the initial stage, some 350 Turkish engineers are planned to be hired by the joint venture and be sent to the Rolls-Royce headquarters in the U.K. to get the required engineering trainings, he said, adding that the point was for Kale to give high value to Turkey by producing high-tech products like jet engines.”) Nawet w przypadku obrony powietrznej negocjują ze Stanami Zjednoczonymi starając się zbić na cenie i transferze technologii. Skarżąc się że USA chce sprzedać za drogo i bez transferu wiedzy (minister Obrony Narodowej Fikri Isik: „NATO member countries have not presented an offer which is financially effective” – S-400 ma Turcję kosztować około 11 mld zł; Polska planuje wydać na system obrony powietrznej 30 mld zł) uważają że mogą doprowadzić do kompatybilności z NATO rosyjskich S-400. Przy czym co charakterystyczne głównym ich wymogiem, do którego przyznał się Putin jest chęć poznania technologii zaawansowanego uzbrojenia, nie po to aby go jedynie zmontować w Turcji, lecz aby kolejne systemy mogli budować sami. I okazuje się że nawet Putin to rozumie i jedynie podkreśla że będzie to wymagało postawienia gospodarki Turcji na wyższy poziom („such projects require massive investment in technologies and human resources, the president said. “But overall, there is nothing impossible.””) Ale przecież o to chodzi właśnie władzom Turcji i powinno też zależeć Polsce jeśli chce wyrwać się z pułapki średniego rozwoju naprawdę, a nie jedynie na slajdach Planu Morawieckiego. 

Gdy chodzi o konkluzję to celem powinno być  aby prezydent Polski podczas następnego spotkania stał w pierwszym szeregu, w rozmowach z sojusznikami nie obawiał się że ktoś „przyjdzie podpalić jego dom”, oraz aby podczas nadchodzących rozmów pamiętać o maksymie Napoleona „Naród który sam nie uzbroi własnej armii, będzie płacił na cudzą”

Dr Cezary Mech
Agencja Ratingu Społecznego 

Autor bloga

mech

Cezary Mech

Dr Cezary Mech jest absolwentem IESE, byłym zastępcą szefa Kancelarii Sejmu, prezesem UNFE, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, a obecnie prezesem ARS

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook