Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Czy obiecano nam medal na Euro2012?

06.06.2012

O ile od dawna znana jest maksyma „chleba i igrzysk”, to obecnie przybrała ona nową wersję” „opium dla ludu”.

Czy należy budować infrastrukturę kosmiczną nie posiadając rakiet?

W Polsce napięcie związane z rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej sięga zenitu. Jest ono sztucznie nadmuchiwane do niebotycznych rozmiarów, zarówno przez władze kraju jak i sprzyjające im media.

O ile od dawna znana jest maksyma „chleba i igrzysk”, to obecnie przybrała ona nową wersję” „opium dla ludu”. Wszystkie poważne antyklerykalne i antynarodowe, jak i pozbawiające ludzi ich praw do emerytur, działania polityczne wzbudzające masowy opór społeczny są „przykrywane” przez „podbijające bębenek” informacje związane z przygotowaniami do Euro2012. Niezależnie od szkodliwości tego typu polityki pozostaje pytanie czy dzisiejszy sport jest tak skorumpowany, że Cesarz pytając się lud na trybunach będzie w stanie dostarczyć oczekiwany medal kibicującym tłumom. Gdyż o ile rzeczywiście polscy piłkarze-emigranci prezentują się lepiej niż dawniej, to jednak dla władz jest niezmiernie ryzykownym stawiać wszystko na jedną kartę dyscypliny, która jest od kilkudziesięciu lat w niesamowitym dołku moralno-organizacyjnym.

Wprawdzie sędziowie w dzisiejszym świecie stanowią wyjątkowo nieprofesjonalny obraz, to jednak w targanej kryzysem Europie trudno uwierzyć aby to właśnie nasze władze miały wystarczającą siłę wpływu na ich decyzję. Chyba że strategia jest bardzo prosta i już wypróbowana podczas negocjacji Traktatu Lizbońskiego, nawet ostatnie miejsce zostanie ogłoszone jako niebywały sukces i każdy medialny rozmówca będzie nas w tym utwierdzał. A na dodatek w tylko lokalnych mediach wszyscy zostaniemy pochwaleni jako gospodarze, łącznie z „paniami lekkich obyczajów”. Zrealizowany zostanie wirtualny świat opinii, każdy dostanie jak w reklamie wszystko co potrzebuje – przecież słowa nie kosztują.

Milton Keynes mawiał, że w czasie dekoniunktury  nawet kopanie dołów  po to żeby je zaraz zasypać może być korzystne, bo generuje popyt.  Jednak w polskich działaniach antykryzysowych  sprawą kluczową  powinna być budowa takiej infrastruktury, która  zaowocuje w przyszłości wzrostem potencjału, wiedzy i dochodów, a nie stawianie pomników, które  pochłoną pieniądze i będą generować koszty. A tak będzie w przypadku  stadionów:  po mistrzostwach będziemy musieli ponosić  niemałe wydatki na ich utrzymanie, oświetlenie, monitorowanie.

Okazuje się że nasi sąsiedzi zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie potrafili zadbać, aby te inwestycje miały ekonomiczny sens, a my nie. Decydując się na jakiekolwiek inwestycje  infrastrukturalne należy brać pod uwagę etap rozwoju kraju. Gdyż jak ukazuje historia nawet przedwojenne Niemcy dokonywały inwestycji drogowych w Prusach Wschodnich, które nigdy nie mogły się zwrócić. W efekcie była to prowincja, w której przypadało najwięcej km dróg bitych na 1 samochód. Podczas gdy inwestycje w rozrywkę mają ekonomiczny sens w krajach wysoko rozwiniętych, gdzie ludzie dysponują  nadwyżką w portfelach, a rynek  rozrywki jest duży. Inaczej  należy rzecz oceniać w kraju, który nie ma ani rynku, ani środków na rozrywkę. Można przecież wydawać pieniądze na infrastrukturę kosmiczną, tylko po co. Ponadto na budowę stadionów mogą sobie pozwolić kraje, które mają  popularne kluby piłkarskie, gdzie masowo rozprowadzane są karnety, a publiczność tłumnie ściąga na mecze. Wtedy nakłady  się zwracają. My, mimo zapotrzebowania na sukces, piłkarski takich drużyn nie mamy.

Tymczasem w Warszawie nie mamy  żadnego znaczącego klubu piłkarskiego, a wsparto budowę aż dwóch stadionów ze środków publicznych (Legii i Narodowego).  Nie zastanawiano się, jak je potem utrzymać, nie mówiąc już o zwrocie kosztów, które nota bene znacznie przekroczyły pierwotne kosztorysy. Różnicę w podejściu do inwestycji publicznych między naszymi władzami oraz  decydentami innych krajów doskonale ilustruje budowa Allianz Areny w Monachium.  Arena jest jednym z najpiękniejszych stadionów na świecie, a  kosztowała tylko 340 mln. euro, czyli o ponad €100 mln mniej niż warszawski Stadion Narodowy. Przy czym o ile całkowita pojemność stadionu wynosi 69 901 miejsc, a więc podobnie do Stadionu Narodowego, to koszt budowy u nas był o ok. 50% wyższy. A i tak na koniec budowy wybuchła afera korupcyjna, która skutkowała wyrokiem więzienia dla prezesa Karl-Heinz Wildmoser Juniora.

Dwa kluby, poza reprezentacją narodową, grywają  na Allianz Arenie regularnie, przy czym jeden z nich - Bayern Monachium- to klub na miarę europejską, a drugi - TCV 1860 – jest klubem lokalnym. Projektując inwestycję dokładnie dopasowano ilość miejsc do szacowanej ilości widzów. O stopniu niemieckiej oszczędności świadczy fakt, że aby powiększyć o 3 tysiące liczbę miejsc na meczach ligi krajowej, zastosowano specjalną konstrukcję, która pozwala zlikwidować siedzenia na rogach  i uzyskać w to miejsce dodatkowe  miejsca stojące (przepisy ligi krajowej  pozwalają, aby część publiczności stała). Zdecydowano się  nawet oddać na 30 lat w dzierżawę nazwę stadionu niemieckiej firmie Allianz, byle tylko Arena generowała maksimum dochodów. W efekcie uzyskują  najwyższą jakość po najniższych kosztach.

Również na Ukrainie stadion w Doniecku kosztował €80 mln, a w Charkowie €50 mln, w Warszawie 1,9 mld zł w sumie, a w przeliczeniu koszt 1 skromnie wyposażonego miejsca jest trzeci w całej Europie! Inne kraje, jak widać, sensownie wydają publiczne pieniądze -  planują, dwa razy oglądają każdy grosz, szukają oszczędności, za każde marnotrawstwo wyciągają prawne konsekwencje; za to, że decydenci zgodzili się na inflacyjny wzrost cen dla austriackiej firmy Alpine która wiedząc o tym wygrała kontrakt. W Polsce aneksowanie umów jest chlebem powszechnym i jak widać jedynie Niemcy podchodzą do sprawy na serio. Miało kosztować €286 mln i nie obchodzi ich, że w Polsce nawet €340 mln to byłoby bardzo tanio. I stąd w dniu 13 maja 2005 roku Karl-Heinz Wildmoser Jr został uznany winnym i skazany przez sąd w Monachium na cztery i pół roku więzienia. Został zwolniony za kaucją do czasu jego odwołania, ale Federalny Trybunał Sprawiedliwości odrzucił apelację w sierpniu 2006 roku.

Nie tylko płacimy więcej przy znacznie niższych kosztach pracowników. Nasze firmy tych budowli nie sponsorują, bo zostały wyprzedane zagranicy; robią to względem lokalnych drużyn. I tak nie będzie komu na te areny chodzić, gdyż klasowych drużyn u nas brak. No cóż, u nas wszystko dzieje od tyłu i nic dziwnego, że z takim efektem jak zwykle.

Polska przede wszystkim powinna budować  infrastrukturę rozwoju – w tym drogi,  połączenia  i stadiony – i to pod istniejące instytucje, a więc przedsiębiorstwa, uczelnie, kluby sportowe, tak aby  wspierać ich rozwój, generować wyższe dochody podatkowe i w ten sposób uzyskiwać zwrot kosztów inwestycji publicznych. My tymczasem eliminujemy własne instytucje, a jeśli już budujemy infrastrukturę to pod nic. Najpierw musimy wiedzieć, dokąd chcemy  dojechać,  a wtedy możliwe, jak mówił Seneka, że przyjazne wiatry nas tam doprowadzą. Jeśli tego nie wiemy, nie mamy strategii, wizji naszego miejsca w Europie, to nawet najbardziej sprzyjające wiatry nas tam nie doprowadzą. 

Powinniśmy dbać o własne instytucje gospodarcze, nie sprzedawać ich obcym koncernom, bo wkomponują się w światowy  konglomerat i cała związana z nimi wiedza, wartość dodana i  wyższe płace wyemigrują  za właścicielem do centrali, nie mówiąc już o tym, że wraz z nimi sprzedajemy rynek. Powinniśmy także dbać o inwestycje w wiedzę i o to aby przynosiły wartość dodaną. My  tymczasem wypychamy naszych wykształconych pracowników za granicę, marnotrawiąc poniesione społecznie nakłady edukacyjne, ale i indywidulny wysiłek, jeśli polscy magistrzy lądują na „zmywaku”.

Wzrost  poziomu  dochodów w ostatnim XX-leciu zawdzięczamy temu, że oszczędzamy na dzieciach, że  wyprzedaliśmy majątek i  zaciągnęliśmy długi. Ale dalej ani rusz.  Przy obecnej strategii utknęliśmy w narożniku średnich dochodów w świecie. Nie wykorzystaliśmy nawet tej szansy,  jaką stanowią niskie wynagrodzenia pracowników w Polsce. Od lat eliminujemy tę przewagę,  podbijając wartość złotego i zadłużając się za granicą.  Chiny  znajdują się w tym samym „narożniku średnich dochodów”,  ale  oni  prowadzą całkiem inną politykę. Niskie wynagrodzenia  przełożyli na wysokie zyski chińskich przedsiębiorstw (m.in. dzięki niskiemu kursowi waluty), które następnie reinwestowali w dalszy rozwój coraz bardziej zaawansowanej produkcji. Są dziś w sytuacji podobnej do naszej. U nich także nastąpił wzrost wynagrodzenia do średniego poziomu,  ale dysponują jednocześnie olbrzymimi rezerwami walutowymi i  opcją w postaci olbrzymich sfinalizowanych inwestycji infrastrukturalnych, podczas gdy nam po tych latach zostały długi i emigrujący obywatele. 

Dla ponad 320 tys. Chińczyków, którzy wyjeżdżają co roku do czołowych uniwersytetów na świecie, uczelnie zagraniczne są  tzw. drugim wyborem, ponieważ mają na miejscu znakomite chińskie uniwersytety. Podczas gdy w Polsce ja osobiście byłem świadkiem, jak w latach 90 tych  dwie renomowane światowe szkoły biznesu - IESE i Harvard  -  proponowały utworzenie w Polsce analogicznej uczelni i przysyłanie do nich swoich profesorów. W Polsce nie było  zainteresowania ofertą, ale w Chinach było.  W ciągu zaledwie 15 lat od powstania w Kraju Środka wyższej szkoły biznesu pod auspicjami IESE znalazła się one w pierwszej dziesiątce  najlepszych uczelni na świecie. A to my mogliśmy ją mieć w Polsce.

Powinniśmy korzystać z doświadczeń historii. Rozbiory były efektem słabości państwa w tamtym czasie.  Znane są dzisiaj listy ambasadorów Prus i Rosji do króla niemieckiego i do Petersburga.  Wynika  z nich, że państwa ościenne pilnowały w owym czasie, aby w Polsce nie budowano manufaktur, nie rozwijano infrastruktury, popierały przyznanie praw  innowiercom, widząc w nich  swoich potencjalnych stronników, uzgadniały między sobą  interesy  wiązane z Polską. Lata utraty niepodległości czegoś nas jednak nauczyły, bo po jej odzyskaniu, w XX - leciu międzywojennym, potrafiliśmy prowadzić i wygrać wojnę celną z Niemcami. Doradcy rządu niemieckiego meldowali swoim mocodawcom, że  Polacy nie dadzą sobie „wciskać kitu”, dążą do modelu suwerennego rozwoju  i nie zrezygnują z własnej produkcji na rzecz importu z Niemiec. Historia jest najlepszą lekcją  teraźniejszości, ale i ostrzeżeniem przed powtórką która właśnie nam zagraża.

Cezary Mech

Agencja Ratingu Społecznego

 

 

 

Autor bloga

mech

Cezary Mech

Dr Cezary Mech jest absolwentem IESE, byłym zastępcą szefa Kancelarii Sejmu, prezesem UNFE, podsekretarzem stanu w Ministerstwie Finansów, a obecnie prezesem ARS

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook