Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Stan wojenny – po latach

19.12.2011

Zapłaciliśmy za 13 grudnia 1981 r, ogromną cenę. Lista jest długa. Zacząć trzeba od ponad 120 osób, które zostały zamordowane. Ale nie można pominąć nieznanej liczby ofiar śmiertelnych, które zmarły, gdyż w wyniku wyłączenia telefonów, nie dotarły do nich na czas karetki pogotowia.

Dalej trzeba wymienić ponad milion naszych rodaków, którzy wyemigrowali – część „wypchnięta” z Polski z paszportem i biletem w jedną stronę, a część pragnąca się wyrwać z peerelowskiej beznadziei. Byli to niemal z reguły ludzie młodzi, przedsiębiorczy i wykształceni – po odzyskaniu przez Polskę niepodległości tylko garstka wybrała drogę powrotną.

Kolejną sprawą, którą należy wymienić jest wstrzymanie na niemal dekadę reform gospodarczych zmierzającej do bankructwa Polski, gdzie już nie tylko żywność, ale niemal wszystkie towary rozprowadzane były w systemie „kartkowym”.

I na koniec - do aktu oskarżenie przeciwko tym, którzy Polakom zgotowali ten los - trzeba wymienić zamordowanie nadziei, dominującego przez 16 miesięcy Solidarności przekonania, że nie tylko chcemy, ale również potrafimy przekształcić naszą ojczyznę na miarę naszych marzeń i aspiracji.

Poranek 13 grudnia 1981 r. zmienił wszystko. Czołgi i patrole na ulicach,  potem telewizyjne wystąpienie szefa wojskowej junty, która przybrała ornitologiczną nazwę WRON – nie pozostawiły najmniejszych złudzeń. Internowanie tysięcy ludzi Solidarności, czyli wzięcie zakładników, rozpoczęło wojnę polsko-jaruzelską. Potem była tragedia w kopalni „Wujek”, spacyfikowanie wszystkich strajkujących zakładów, ostateczna delegalizacja NSZZ „Solidarność” i relatywnie łagodny terror nazwany przez oficjalne media normalizacją.

Dlaczego do tego doszło? Na pierwszej (po 13 grudnia) sesji sejmu generał Jaruzelski uzasadniał swoją akcję w sposób następujący: Polsce groziła wojna domowa, gdyż „ekstremiści” z Solidarności szykowali się do wymordowania działaczy PZPR i funkcjonariuszy bezpieczeństwa – wraz z rodzinami. Powstały – zdaniem generała – listy proskrypcyjne osób wyznaczonych do likwidacji, a jedynym dowodem na tak mordercze zamiary miały być czerwone krzyżyki, które na kilka tygodni przed 13 grudnia zaczęły się pojawiać  na framugach drzwi mieszkań wspomnianych rodzin. Innych dowodów na planowaną przez Solidarność jatkę generał nie przedstawił, nie zająknął się także na temat groźby sowieckiej interwencji.

Po roku 1989 sprawa „uzasadnienia” ze stycznia 1982 roku została dawno zapomniana, nie pisze się i mówi również o tym, że już w wolnej Polsce udało się ustalić, iż wspomniane czerwone krzyżyki malowali sami esbecy. Dzisiaj toczy się wprawdzie trwający ponad dwadzieścia lat dyskurs o odpowiedzialność za narodowy dramat jakim był stan wojenny, ale jest pewien kłopot – generał zmienił narrację. Twierdzi, że stan wojenny był wyborem mniejszego zła, gdyż Polsce groziło zło bez porównania większe – interwencja sowiecka ze skutkami wręcz trudnymi do wyobrażenia.

Taka argumentacja nie mogła nie robić wrażenia, a ponieważ zabrakło przed 20 laty dowodu na to, że generał po raz kolejny łże – pozwoliło to Jaruzelskiemu kreować się na tragicznego bohatera. Utrwaleniu percepcji takiego wizerunku towarzyszył powtarzany do znudzenia pogląd, że ocenę działalności generała należy zostawić historykom, bo jemu współcześni są zbyt emocjonalni i siłą rzeczy nie mogą być obiektywni. I tu okazało się, że największymi burzycielami wspomnianego wizerunku stali się…historycy. Gdy za czasów Jelcyna otwarto na chwilę archiwa Biura Politycznego KPZR okazało się - co niezbicie wynika ze stenogramów posiedzeń owego Biura – że Jaruzelski nie był straszony interwencją, jeśli nie weźmie za pysk Solidarności. Przyjeżdżając jesienią 1981 r. do Moskwy kilkakrotnie usłyszał od Breżniewa, Susłowa, Andropowa i Gromyki jednoznaczną informację: tym razem wariant węgierski czy czechosłowacki jest wykluczony. A gdy w obawie, że może sobie nie poradzić zaczął zabiegać o bratnią pomoc militarną – usłyszał również twarde „NIET”. Już tylko dla uzupełnienia: oprócz stenogramów Biura Politycznego KPZR tezę o groźbie interwencji sowieckiej w roku 1981 obalają również inne dokumenty(np., dziennik gen. Wiktora Anoszkina), ale także wypowiedzi sowieckich marszałków. Na konferencji historyków w Jachrance (1997), gość tej konferencji, dowódca wojsk Układu Warszawskiego w latach 1976-1989, marszałek Wiktor Kulikow, człowiek bez wątpienia kompetentny stwierdził jednoznacznie, że Armia Czerwona nie zamierzała interweniować w Polsce.

Wydawałoby się, że po tak miażdżących dowodach opowieść Jaruzelskiego powtarzana jak mantra w dwóch książkach i licznych wywiadach, a ostatnio w „liście otwartym” -  rozsypie się jak domek z kart. A jednak tak nie jest mimo, że  Jaruzelski nie przedstawia żadnych, dosłownie żadnych dowodów na potwierdzenie swojej tezy, a jedynie wyraża własne, niezłomne od 20 lat mity. I ludzie to kupują. To, że stan wojenny był - ostatnią, jak się na szczęście okazało - obroną systemu komunistycznego i przywilejów jego funkcjonariuszy, odrzuca, wbrew faktom, znaczna część polskiego społeczeństwa. Jakkolwiek by to gorzko nie zabrzmiało – jest generał Jaruzelski dla tej części nadal wiarygodny.

Myślę, że gdyby choć raz ukazała się w telewizji migawka pokazująca Wojciecha Jaruzelskiego w kajdankach – liczba ludzi omamionych wizją „tragicznego bohatera” gwałtownie by zmalała. Ale takiej migawki nigdy nie było i najprawdopodobniej  już nigdy nie będzie.     

Autor bloga

GelbergW

Andrzej Gelberg

Zastępca redaktora naczelnego "Gazety Bankowej", były redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność", działacz opozycji antykomunistycznej i „Solidarności”.

Najczęściej czytane na blogu

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook