Jedynie prawda jest ciekawa

Konsultacje społeczne

07.02.2012

W czasach na szczęście minionych nie mało wysiłku poświęcano na wywołanie wrażenia, że Polska jest krajem normalnym.

Mieliśmy zatem co 4 lata wybory do sejmu, ale swoboda decyzji każdego obywatela mającego wrzucić kartę wyborczą do urny sprowadzała się do porzekadła: „może być ten lub ten, byle był z FJN”. Podobnie było z demokracją, do której dołączano przymiotnik „socjalistyczna”, co nie tylko anihilowało znaczenie poprzedzającego rzeczownika, ale wprowadzało kuchennymi schodami znaczenie odwrotne, gdyż mistrzowie kamuflażu nie chcieli już używać starego określenia „dyktatura proletariatu”.

Wszechwładny demiurg dbał również w innych dziedzinach o zachowanie pozorów. Organizował pochody i mitingi, na których - widzimy to w starych kronikach – maszerują uśmiechnięci ludzie z transparentami zawierającymi treści o wyrazach poparcia. Odbywały się również, a jakże, różnego rodzaju konsultacje społeczne, których uczestnicy z reguły wyrażali poparcie dla słusznych działań rządu. Wyrażanie w trakcie tych konsultacji zdania odrębnego było po pierwsze stratą czasu, gdyż sprawa była, o czym wszyscy wiedzieli, z góry przesądzona, po drugie zaś – mogła sprawić kłopoty. Przekonałem się o tym jeszcze w czasach studenckich, gdy przed uchwaleniem przez sejm nowego kodeksu karnego, trafiła do moich rąk petycja o zniesieniu w tym kodeksie kary śmierci. Podpisałem ją bez wahania, gdyż taki był mój w tej sprawie pogląd, i kilka tygodni później zostałem wezwany przez SB na przesłuchanie. Funkcjonariusz wziął mnie w krzyżowy ogień pytań, dociekał z czyjej inspiracji złożyłem swój podpis, ile mi za to zapłacono i kompletnie nie chciał mi uwierzyć, że zrobiłem to, gdyż mam takie zdanie. Kilka miesięcy później dostałem ponowne wezwanie – z podobnym scenariuszem. I na tym skończyły się moje kłopoty, w sumie mało dotkliwe. Wyciągnąłem z całej tej historii prosty wniosek: konsultacje społeczne są w PRL bez sensu.

Nie sadziłem, że parę dekad później, już w wolnej Polsce, dojdę do identycznej konstatacji. Zaproszenie przez premiera Donalda Tuska kilkuset osób na społeczne konsultacje w sprawie ACTA, doskonale wpisuje się – przy drobnych i niewiele wnoszących zmianach scenariuszowych i scenograficznych - w klimat „nierzeczywistości”. Pan premier potraktował zaproszonych gości jak durniów, a właściwie jak potrzebną mu dla pijarowskich celów dekorację. Goście-konsultanci będą mogli się wygadać, a nawet otrzymać zafundowaną przez rząd kawę, ale nie będą mieli żadnego wpływu dotyczącego istoty zagadnienia. ACTA zostanie przez parlament klepnięta i przez rząd parafowana - żadne grzebanie w treści tej ustawy nie jest zatem możliwe.

Czy uczestników tych „konsultacji” czeka za kilka tygodni specjalne wezwanie lub tylko „zaproszenie”? Nie sądzę, chociaż może warto dmuchać na zimne, bo jakiś inny pretekst zawsze może się znaleźć, o czym przekonał się autor i zarazem kibic złośliwego wierszyka pod adresem premiera.

Autor bloga

GelbergW

Andrzej Gelberg

Zastępca redaktora naczelnego "Gazety Bankowej", były redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność", działacz opozycji antykomunistycznej i „Solidarności”.

Najczęściej czytane na blogu

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook