Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Bitwa warszawska

15.11.2011

Tę bitwę wygrała policja, a dokładniej – specjalne jej pododdziały wyszkolone w rozpędzaniu manifestacji. Trzeba od razu stwierdzić, że świetnie wyszkolone, dobrze dowodzone i jeszcze lepiej wyposażone. Ich protoplaści - pamiętne ZOMO – wyglądaliby przy obecnych funkcjonariuszach jak zgraja amatorów i obdartusów.

Te piękne czarne mundury, wspaniałe ergonomiczne tarcze, nie pękające od uderzenia kamieniem, modne glany i świetnie przylegające nakładki na łokcie i golenie, kamizelki kuloodporne, efektowne hełmy z przyłbicą, indywidualna łączność radiowa – wszystko to robiło wrażenie. Do pełni obrazu należy dodać nowoczesne armatki wodne sterowane przez komputer, a także pododdziały specjalne: chemiczny - złożony z funkcjonariuszy noszących na plecach butle, na głowie maski gazowe, a w garści miotacze gazu pieprzowego, i szturmowy – złożony z policjantów wyposażonych w broń gładkolufową, miotającą pociski gumowe, ponoć nie penetracyjne (chociaż fotoreporter, który parę lat temu od takiej gumowej kuli stracił oko jest bez wątpienia innego zdania).

Na manifestacji 11 listopada w Warszawie, mającej uczcić odzyskanie przez Polskę niepodległości w roku 1918, wszystkie wymienione atrybuty naszych dzielnych policjantów zostały użyte.

Dla porządku cofnijmy się jednak w czasie. Kilka tygodni przed naszym świętem narodowym parę organizacji o rodowodzie narodowo-radykalnym wystąpiło do władz Warszawy z aplikacją tyczącą planowanego przez nich „Marszu Niepodległości”. Zgodę taką uzyskały, ustalone zostały: miejsce, czas rozpoczęcia i zakończenia marszu, a także jego trasa. I tu nagle się okazało, że 11 listopada pragną również manifestować organizacje skrajnie lewackie, które pod szyldem „Kolorowa Rzeczpospolita” nie zamierzają bynajmniej we własnym gronie świętować wybicia się Polski na niepodległość, tylko planują uniemożliwić odbycie się „Marszu Niepodległości”. Organizatorzy i uczestnicy  Marszu zostali bowiem przez nich zdemaskowani jako faszyści, a tym należy dumie wykrzyczeć w twarz - no pasaran.

 Lewacy nie ukrywali swoich zamiarów, wystąpili o „trasę kolizyjną” i, o dziwo, rzecz niemożliwa w każdym cywilizowanym kraju, uzyskali na nią zgodę. To, że musi dojść do zamieszek było więc sprawą niemal przesądzoną. Dlaczego prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz w celu zachowania spokoju w czasie uroczystego święta nie podjęła narzucającej się decyzji o odseparowaniu deklarujących agresję i wyrażeniu zgody dla „Kolorowej Rzeczpospolitej” na inną, wystarczająco odległą od trasy Marszu lokalizację – pozostanie tajemnicą. Trzeba jeszcze w tym miejscu koniecznie dodać, że rodzimi lewacy, zagrzewani do boju przez „Gazetę Wyborczą”, zwrócili się o pomoc do swoich zagranicznych pobratymców, głównie zza naszej zachodniej granicy. To, że potomkowie III Rzeszy w dniu polskiego święta narodowego ośmielają się - w Warszawie, którą ich dziadowie zdobyli i niemal doszczętnie zburzyli – planować atak na dzieci ofiar Adolfa Hitlera, wydawało się wręcz niedorzeczne. Polskie władze nie mogą na taką bezczelność przymknąć oko - wszak od pokoleń w niemal każdym polskim domu uczy się dzieci „Roty”.

Koncentrację i początek „Marszu Niepodległości” wyznaczono na godz. 15,00 na Placu Konstytucji. Zgromadziło się tam kilkanaście tysięcy osób, jednak planowana trasa przemarszu została zablokowana przez podwójny szpaler policji: pierwszy oddzielał uczestników Marszu, drugi - kilkadziesiąt metrów w głąb ul. Marszałkowskiej – „Kolorową Rzeczpospolitą”. Nad pierwszym – morze flag biało-czerwonych, nad drugim – fruwające piłki plażowe i jedna flaga unijna. Kilka minut przed godz. 15,00 w stronę szpaleru policjantów poleciały petardy i świece dymne. Rzucali je bardzo młodzi ludzie, w kominiarkach i chustach zasłaniających pół twarzy – typowi zadymiarze. Gdy policja uruchomiła swój nowoczesny sprzęt – poleciały również kamienie. Powszechna informacja, że na mieście może być gorąco, z jednej strony zatrzymała w domach wielu warszawiaków, z drugiej jednak podziałała na zadymiarzy jak trąbka bojowa. Tych w chustach i kominiarkach było parę setek, jednak nie byli to wyłącznie miłośnicy robienia „dymu” i wielbiciele „ustawek”. Byli wśród nich również ludzie, wcześniej występujący w jasnozielonych kamizelkach z napisem na plecach „policja”, a po ich zdjęciu – w białych kapturach zasłaniających twarz(fakt owego przebierania udało się zarejestrować, a filmy są w internecie).

Tego oczywiście telewizja nie pokazała, ale też nie pokazała samego „Marszu Niepodległości”. Po rozpoczęciu potyczek pomiędzy zadymiarzami i policją, co trwało niewiele dłużej niż kwadrans i wypchnięciu z Placu Konstytucji zgromadzonych tam ludzi, uformował się pochód, który w największym spokoju i bez symbolicznej nawet policyjnej asysty dotarł do planowanego celu – pomnika Romana Dmowskiego. I dopiero tam pojawili się znowu zadymiarze, którzy spalili samochód TVN przy całkowicie biernej postawie stojących nieopodal funkcjonariuszy w mundurach. Ich bierność można zapewne tłumaczyć na wiele sposobów, ale być może policjanci nie lubią tej stacji, co dla dziennikarzy TVN powinno być swoistym memento

 Andrzej Gelberg

Autor bloga

GelbergW

Andrzej Gelberg

Zastępca redaktora naczelnego "Gazety Bankowej", były redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność", działacz opozycji antykomunistycznej i „Solidarności”.

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook