Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

ACTA orwelliada, czyli penalizacja społeczeństwa

01.02.2012

Parafowana niedawno przez Polskę umowa handlowa - Anti-Counterfeiting Trade Agrement - wprowadzająca międzynarodowe standardy w walce z naruszeniami własności intelektualnej, a także opisująca metody zwalczania obrotu towarami podrabianymi, wyprowadziła na ulice tysiące protestujących internautów.

Ponieważ przebrnięcie przez ten obszerny dokument jest dosyć nużące - a nie przeczytali go uważnie (do czego się publicznie przyznali) zarówno eurodeputowani głosujący za jego przyjęciem, ale także nasi posłowie – pragnę po tej lekturze podzielić się następującymi refleksjami.

Po pierwsze - zacznę od drobiazgu - użycie w tej umowie terminu „własności intelektualnej” wydaje się mocno naciągnięte. Intelektualiści bowiem, a już zwłaszcza z szeroko rozumianej humanistyki, ale także z matematyki, fizyki, astronomii i bardzo wielu dziedzin nauk przyrodniczych, niczego bardziej nie pragną, niż podzielić się własnymi dokonaniami. Robią to na sympozjach naukowych, a także poprzez publikacje. Nieco inaczej jest w naukach stosowanych i opracowaniach inżynierskich, ale tam oryginalne rozwiązania strzeżone są - i to zazwyczaj skutecznie - przez prawo patentowe. Warto w tym miejscu przypomnieć, że pomysł ochrony „własności intelektualnej” ma bardzo starą tradycję, że wspomnę tylko kapłanów egipskich, którzy swoją wiedzę zabierali do grobu i do dzisiaj nie wiemy, skazywani na domysły, jak np. budowano piramidy. Podobnie było z bractwem wolnomularskim i choć możemy podziwiać budowane przez nich strzeliste wieże kościołów, tak naprawdę i do końca nie wiemy jak to robili. Przykładów z przeszłości można podać dużo więcej.

Dzisiaj pod pojęciem „własności intelektualnej” autorzy ACTA rozumieją najczęściej utwory muzyczne, filmy, książki, gry komputerowe, które w Internecie są niemal ogólnodostępne – i to za darmo. Tracą na tym materialnie ich twórcy, ale nade wszystko liczne i potężne firmy pośredniczące, zajmujące się sprzedażą płyt, filmów, książek, programów itp. Koniecznie jednak w tym miejscu trzeba przypomnieć, że w niebywale wygórowanej na rynku cenie tych produktów, ewentualne tantiemy twórców stanowią nikły procent. Są wprawdzie inne rozwiązania, które mogłyby finansowo satysfakcjonować twórców (niewielki internetowy „pakiet”. wykupywany przez internautów), ale to odebrałoby krociowe zyski pośrednikom. Dlatego mamy ACTA.

W omawianej „Umowie handlowej” rozbudowana jest do niebywałych rozmiarów część penalizacyjna. Wiele zapisów jest nieprecyzyjnych i rozciągliwych jak guma, ale gdy się uważniej w nie wczytać, to strach się bać. I nie chodzi już tylko o wysokość i dotkliwość kar, jakie mogą spotkać internautę, który dotąd z dezynwolturą hasał po cyberprzestrzeni. Gdy ACTA wejdzie w życie, na każdym kroku będzie na niego czyhała mina. A urzędnik penetrujący nasz komputer, pocztę wychodzącą i przychodząca, jeśli nawet popełni błąd w skierowaniu przeciwko nam jakichkolwiek zarzutów, nie będzie ponosił żadnych konsekwencji, gdyż będzie działał „w ramach swoich kompetencji”. W takiej sytuacji wszyscy mogą być inwigilowani i wszyscy mogą być podejrzani. Przyjęcia ACTA daję w ręce władzy, każdej władzy, niebywale skuteczny instrument – bat na opozycję. Bo niech się nikt korzystający z Internetu nie łudzi, że nie uda się znaleźć na niego „haka”.

Pochylmy się nad drugim obszarem opisanym w ACTA – walką z obrotem towarami podrobionymi. Tu także problem jest stary jak świat, że przypomnę podrabianie i fałszowanie pieniędzy, nad czym ubolewał nasz rodak Mikołaj Kopernik, tworząc niejako przy okazji prawo swojego imienia. Władcy, mający prawo bicia monet, a potem druku papierowego pieniądza, nie zaprzątali swojego umysłu zbędnymi rozważaniami, tylko sprawców fałszerstw i „podrób” karali śmiercią. Zapłacić gardłem można było jeszcze całkiem niedawno (w czasach PRL taką karę przewidywał „Mały Kodeks Karny”), a i do dzisiaj kary za fałszerstwa pieniędzy są drakońskie. Z całą mocą należy jednak podkreślić, że karze podlega wyłącznie producent i świadomy dystrybutor fałszywych pieniędzy. Warto też dodać, że przed upadkiem muru berlińskiego, gdy świat był politycznie i doktrynalnie dwubiegunowy, czasami udawało się rozwiązywać problem „podrób”, czy zagrożonych znaków towarowych. Związek Sowiecki, który przez całe lata wykradał nowoczesne, zachodnie technologie wojskowe, rżnął i kopiował na potęgę – w jednym, znanym mi przypadku, wycofał się (na skutek francuskiej aplikacji) z nazwy swojego popularnego produktu. „Sowieckoje szampanskoje” nazwał „Sowieckoje igristoje”. Również w Polsce w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku FSO zmieniła na skutek protestu znad Sekwany sygnaturę nowego modelu samochodu „Warszawa” - z „203”, na „223”(pierwszy ciąg cyfr był tradycyjnie wykorzystywany przez Peugeota).

Jak sobie radzić z „podróbami”? Czy Polo-cocta jest „podróbą” Coca-coli? I tak i nie. Czy singapurski producent wytwarzający magnetofony sygnowane nazwą „Panasonix” łamie prawo i obyczaj? Gdy można zastrzec swój znak towarowy i są sądy, to problem można rozwiązać. Jednak karać tylko tych, którzy własny produkt sygnują cudzym znakiem. Skierowanie ostrza temidy przeciwko nabywcom, próba traktowania ich jak paserów – prowadzić musi do penalizacji dużych grup społecznych.

Autor bloga

GelbergW

Andrzej Gelberg

Zastępca redaktora naczelnego "Gazety Bankowej", były redaktor naczelny "Tygodnika Solidarność", działacz opozycji antykomunistycznej i „Solidarności”.

Najczęściej czytane na blogu

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook