Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Sopot w październiku

30.10.2016

Sopot turystycznie kojarzy się z wakacjami, ale odwiedzając tę część Trójmiasta jesienią też natrafiamy na sezon.

Sopot turystycznie kojarzy się z wakacjami, ale odwiedzając tę część Trójmiasta jesienią też natrafiamy na sezon.

Sopockie molo jest miejscem wyjątkowym. Tutaj, co prawda w trochę sztukowany sposób, ale jednak, realizuje się marzenie o chodzeniu po wodzie. Prawie pół kilometra w głąb morza to namiastka romantycznej przygody. I nie ma się czemu dziwić, że molo nie pustoszeje. Nawet w październikowy, deszczowy dzień różnojęzyczny korowód majestatycznie przechadza się po wilgotnych deskach. Zresztą jest ostrzeżenie, aby uważać, bo rzeczywiście można łatwo zmienić status z pozycji wertykalnej, na horyzontalną. W szum fal wkomponowany jest dźwięk fletu bądź skrzypiec, bo wyraźnie nawet kiedy siąpi, też interes muzyczny w tym miejscu jest opłacalny. Przechadzając się, tak jak w zeszłym tygodniu, zawsze naiwniacko zastanawiam się, który to raz idę po sopockim molo? I powracają mechanicznie wspomnienia z bardzo różnych lat. Dzięki Festiwalowi Piosenki w Sopocie, zwanym wtedy „Eurowizją”, po raz pierwszy w latach 1979 i 1980 zetknąłem się z tzw. „wielkim światem”. Pracowałem jako guide czyli opiekun wykonawców z językiem obcym. Praca była fantastyczna. Przez dwa tygodnie siedziało się w Grand Hotelu, ekipa składała się z mniej więcej dwudziestu dziewczyn i trzech czy czterech chłopaków, w tym Kaczor i ja. Gdy ma się dwadzieścia parę lat i jest się stanu wolnego, to co tu dużo mówić: „żyć nie umierać”. Tu warto wspomnieć o Kaczorze. Przemiły gość. Spaliśmy razem w pokoju, nie w Grandzie, bo nam nie przysługiwał na noclegi, tylko w pobliskim pensjonacie. Tę robotę miałem załatwioną po znajomości oczywiście, bo nie było tam się łatwo wkręcić (płacili bardzo dobrze jak na warunki PRL) i dostałem parę wskazówek na wstępie. Kaczor fajny, ale to służby, najprawdopodobniej kontrwywiad, wiec może lepiej gdybym się ze swoimi poglądami, które zawsze miałem nie takie jak trzeba, specjalnie się nie wychylał. Przestroga okazał się zbędna, Kaczor miał swoja robotą, którą wykonywał niezwykle dyskretnie. Znał bodajże ze sześć języków i się przysłuchiwał, kiedy było trzeba i gdzie trzeba, a co ja miałem do powiedzenia nie było zupełnie w jego zakresie obowiązków. Zbliżyło nas natomiast wspólne hobby czyli nie wymigiwanie się od wprowadzania do organizmu napojów rozweselających. Kaczor wyraźnie miał dobry fundusz, a nie wiem czemu wolał, żebym to ja nabywał sprzęt, więc wciskając mi dwadzieścia dolarów (ówczesna średnia pensja) mawiał: „Masz tu dwadzieścia śmiesznostek i idź coś zwerbuj w Pewexie z górnej półki”. Nasza komitywa zaowocowała tym, że brano mnie, za jego kolegą po fachu. Udzielił mi jednej rady: „Nigdy nie daj się oznakować!”. W zasadzie chodziło mu o to, żeby nie nosić obowiązkowych plakietek, ale na mnie ten zwrot podziałał bardziej uniwersalnie i do dziś unikam, co nie jest łatwe, a wręcz chwilami niemożliwe, bycia zaszufladkowanym. Nie noszenie plakietki, za co były ciągłe uwagi kierownictwa, miało swoje miłe momenty. Gdy się wchodziło do Grandu albo garderób w Operze Leśnej, na pytanie groźnie wyglądających cerberów: „Gdzie?”, wyciągało się od niechcenia z tylnej kieszeni dżinsów trochę pogiętą wejściówkę najwyższej rangi, i rozstępowali się z głupimi minami. Były też przeżycia natury artystycznej 1979 rok, to Boney M, Demis Roussos.

Potem już w innej epoce były lata występów z kabaretem OT.TO, właśnie w Operze Leśnej. Popularność jaką osiągnęliśmy w połowie lat dziewięćdziesiątych, pozwalała nam, na tylko nasz występ zapełnić ten spory obiekt. Mogłem też wrócić do Grand Hotelu już, jako gość.

A potem nastąpiła kolejna epoka moich bytności w Sopocie. Tenisowe turnieje Prokom Open. Co by nie mówić, żal że już imprez tej rangi nie mamy. Można tu było zobaczyć rzeczywiście tenisistki i tenisistów z najwyższej półki. Ale przede wszystkim był to zjazd towarzyski. Ryszard Krauze potrafił ugościć, to trzeba przyznać. Od piątku do niedzieli, kiedy to rozgrywano najważniejsze mecze turnieju, rozstawiano namiot imponujących rozmiarów i tam częstowano trunkami i przekąskami, na oko z tysiąc VIP – ów. Od Janusza Głowackiego wiem, że była jeszcze kategoria super VIP – a, i ci nie musieli się szwendać po namiocie dla i tak wyróżnionego ogółu, tylko biesiadowali w najlepszych sopockich lokalach na koszt organizatora. Wtedy zaczynał się dla mnie nowy etap mojego życia zawodowego. Po odejściu z kabaretu zacząłem się zajmować dziennikarstwem, na początku było to dziennikarstwo sportowe i na tych turniejach miałem status „press”. Kręciłem się więc w Biurze Prasowym. Uczestniczyłem też chętnie w konferencjach pomeczowych zawodników. Tłumaczem był, znany dziś redaktor Michał Rachoń. Nie pamiętam dokładnie, który to był rok (2003,2004, 2005?), ale w czasie trwania turnieju został zwolniony na żądanie władz Sopotu, ponieważ naraził się politycznie.

Razem z tymi turniejami zaczęło się dla mnie korzystanie z Domu Pracy Twórczej ZAiKS –u. Miejsce jest rewelacyjne. Naprzeciwko Grand Hotelu, ulicę obok kortów i dla członków związku w niezwykle przystępnej cenie. Szczególnie poza sezonem.

Warto jeszcze wspomnieć o jednym kultowym miejscu w Sopocie, a mianowicie o SPATiF –ie. Nie wiem czy obecnie jest w Polsce drugie takie miejsce, gdzie ludzie tak dobrze i swobodnie się bawią. W sobotni wieczór około 23:00 upakowanie bywalców jest imponujące, a tłok na niewielkim parkiecie taki, że niektórzy wolą tańczyć na stołach. A trudno wystać spokojnie, bo muzyka jest naprawdę dobrana tak, że nie jednej rozgłośni radiowej życzyć takiego poziomu.

Jedno co trochę zakłóca atmosferę dzisiejszego Sopotu to skaza urbanizacyjna. Nowa zabudowa wieńcząca deptak Monte Casino w kierunku molo, zmieniła swojski, miejscami drewniany charakter kurortu, w rewię betonu i stali. Wystarczy porównać bryłę Hotelu Sheraton i bryłę Grandu. Niby wszystko się zgadza, ale jednak jest różnica klasy w emanacji przestrzennej.

Jednak Sopot to Sopot. Październikowy spacer nad Bałtykiem z czerwonymi dachami w tle, nastraja poetycko, a momentami filozoficznie.

Autor bloga

Makowski-Ryszard

Ryszard Makowski

Satyryk. Kabaret OT.TO, Kabaret „Pod Egidą”. Niegdyś felietonista „Uważam Rze”, obecnie "wSieci". Autorskie płyty - „Pęc ze śmiechu” i „Na ochotnika do psychiatryka”.

CSSIfotoMINI122016

Czas Stefczyka 138/2016

PDF (4,14 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook