Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Pokolenie szpetnie oszukanych

07.06.2016

Każda rocznica wyborów 4 czerwca 1989 roku unaocznia mi skalę gigantycznego oszustwa, jakiego byłem nieświadomym trybikiem.

Należę do tych, którzy za czasów „Solidarności” osiągnęli wiek dojrzały i przeżywali niezwykle intensywnie tamten sierpień. Lech Wałęsa był dla mnie wtedy wręcz boskim mężem zesłanym nam przez Opatrzność. Od momentu, gdy Jan Paweł II, wezwał na Placu Zwycięstwa Ducha tej Ziemi, czuło się w powietrzu nieznaną wcześniej podniosłość. Władza pierwszych sekretarzy, przy kimś takim jak nasz Papież, nagle okazała się marionetkowa i bezideowa. Choć jestem zwolennikiem teorii, że strajki w lipcu i w sierpniu były inspirowane przez Służbę Bezpieczeństwa czy innych peerelowskich rozgrywaczy, to czas pierwszej „Solidarności” był czasem niezwykłej euforii. Nie należę do osób entuzjastycznie reagujących na świat zewnętrzny, ale wtedy trudno było się oprzeć ogólnemu świętu, jakie nastało po podpisaniu Porozumień Gdańskich. Tym bardziej, że od 14 sierpnia, czyli od pierwszego dnia strajku w Stoczni Gdańskiej, byłem Sopocie i nasiąkałem atmosferą tamtej pokojowej rewolucji. 

Pamiętam wzruszenie autentycznie ściskające gardło, gdy na ulotce podniesionej na Monte Casino, zobaczyłem pod komunikatem podpis „Wolna Stocznia Gdynia”. Do „Solidarności” nie wstąpiłem, bo jeszcze robiłem dyplom i nie byłem nigdzie zatrudniony, a NZS robili młodsi, których nie znałem, a nie lubię się wiązać  z obcymi. Potem były pełne nadziei, ale i pełne obawy o reakcje sojuszniczych armii na karnawał „Solidarności” miesiące. Aż wreszcie nastała noc stanu wojennego. Wbrew pozorom to nie były tylko podchody dla harcerzy. Za napisanie hasła na tablicy w szkole uczniowie dostawali po kilka lat więzienia. Nie byłem nikim znaczącym. Swój sprzeciw wyrażałem śpiewając satyryczne piosenki przeciw ówczesnej władzy. Trudno to zaliczyć do bohaterstwa i czuć się kombatantem, bo działało się w ramach wentylowania środowisk inteligenckich, a przekładając na ludzki, cenzura przymykała oko, na to, co się wyśpiewuje  w klubach studenckich, w których tak jak w choćby w Hybrydach zbierało się ze dwieście osób w porywach. Chodziłem na wszelkie demonstracje uliczne, choć nie byłem szczęśliwie, nigdy sponiewierany przez ZOMO. W każdym teleturnieju odpowiem, kiedy Lech Wałęsa dostał nagrodę Nobla. W rodzinnym warsztacie wyprodukowaliśmy kilkadziesiąt tysięcy znaczków do przypinania na agrafkę ze zdjęciem Lecha Wałęsy i napisem „Nobel 83”, rozprowadzanych na Uniwersytecie Warszawskim. Ryzyko oczywiście było, ale wtedy się o tym nie myślało. Zrobiliśmy to gratis, dla sprawy. Niezwykłą uroczystością był pogrzeb błogosławionego Jerzego Popiełuszki. ZOMO nie dopuszczało w okolice Kościoła, ale jakoś się z kolegami przemknęliśmy. 


 W latach osiemdziesiątych słuchało się oczywiście Wolnej Europy, Głosu Ameryki czy BBC. Na duchu podnosiło, to co powiedział profesor Geremek, Adam Michnik czy Lech Wałęsa. Człowiek wierzył, że są u nas ludzie, którzy bohatersko upominają się o wolność Ojczyzny. Człowiek przejmował się, że Władka Frasyniuka biją w więzieniu, i radował, że Zbigniew Bujak uciekł ZOMO zostawiając im kożuch w rękach, a słynny Borsuk, czyli Bogdan Borusewicz zwiał ubekom po dachach.

Gdy przyszedł Okrągły Stół, wybory z 4 czerwca, to znowu przyszła duma, że wreszcie mamy swoją gazetę. Stało się w kolejkach po „Gazetę Wyborczą”, a potem czytało z wypiekami na twarzy.  Podział w naszym obozie ujawnił się bardzo szybko. Byłem wtedy zbulwersowany, że inteligenci próbują odsunąć robotnika, bez którego niczego by nie osiągnęli. Agitowałem za Wałęsą, wziąłem udział w  jego wiecu przed wyborami prezydenckimi pod Hutę Warszawa.  Podpisałem się na  liście popierającej jego kandydaturę. Wtedy  trzeba było mieć aż 500 tys. podpisów.

Na początku lat dziewięćdziesiątych żyłem w przekonaniu, że odzyskaliśmy wolność. Radość mnie roznosiła. Nawet i gruba kreska mi nie przeszkadzała. Uważałem, że wybaczenie i nie szukanie zemsty jest dobrą drogą dla odradzającej się Polski. 

Jak wyglądała prezydentura Lecha Wałęsy, wiadomo. Najpierw jego powiedzonka bawiły, potem zaczęły nużyć, a potem żenowały. Do tego doszła wojna na górze, nie do końca wtedy zrozumiała. Do władzy szybko, bo już w 1993 roku powróciły komuchy, kraj był ostentacyjnie rozkradany i pierwszy zachwyt pierzchł. Gdy w 1995 roku była druga tura wyborów prezydenckich, to cieszyłem się, że jestem w  New Jersey, bo ani na Kwaśniewskiego, ani na Wałęsę nie miałem zamiaru głosować.

Po tych wielu już latach, przecieram oczy widząc moich dawnych idoli, od Wałęsy do Michnika, od Bronisława Geremka do Tadeusza Mazowieckiego, o Władysławie Frasyniuku nie wspominając.  O Magdalence coś się zawsze słyszało, ale dopiero nieznany mi wcześniej film ukazujący pertraktacje ówczesnej opozycji z generałami, poraża atencją jaką „nasi” okazywali prosowieckim namiestnikom. 
Moi idole okazali się zwykłymi zdrajcami, którzy wysługiwali się i być może wysługują nie wiadomo komu. 

III RP to raj dla ubeków i komuchów. To oni mają emerytury po kilka tysięcy, to oni nie ponieśli konsekwencji swoich podłych, a często zbrodniczych czynów  i śmieją się z takich naiwniaków jak ja. 

Co więcej, nadal próbują pchać się do władzy, organizując jakiś dęty Komitet Obrony Demokracji, wspierany finansowo przez międzynarodową oligarchię.

Gdy patrzę na pijanego aparatczyka Kwaśniewskiego podrygującego z rozpiętym rozporkiem na demonstracji KOD, w 27 rocznicę pierwszych niby wolnych wyborów, to gorycz moja jest bezbrzeżna. To tacy jak on wygrali. Nikt im nie odbierze majątków uciułanych na krzywdzie Polaków. 

Dawno się ocknąłem, opadły mi łuski z oczu, a „GW” nie biorę do ręki od początku 90. lat. Na ile mogę przeciwstawiam się tej rozplenionej medialnie hałastrze, niszczącej mój kraj.

Patrzę jednak na wielu, często porządnych ludzi, którzy cały czas trwają w jakimś niedorzecznym letargu. Jak zahipnotyzowani biorą udział w seansach nienawiści do moherów, do ciemnogrodu, do Rydzyka, do Kaczora, czując się obywatelami pierwszej kategorii, których światopogląd jest jedynie słusznym i niepodważalnym. 

Może pewnego dnia i oni wreszcie dostrzegą bzdurę, jakiej są bezwolnymi heroldami.

A nawet jak nie, to pocieszające jest to, że szczególnie młodsze pokolenie jest mniej podatne na manipulację. To pewnie zasługa Internetu i powszechniejszego dostępu do wiedzy.

Jednak każdy musi uważać, bo łatwo dać się omotać złoczyńcom czyhającym by oszwabić ludzi, dla swoich mętnych interesów. 

Autor bloga

Makowski-Ryszard

Ryszard Makowski

Satyryk. Kabaret OT.TO, Kabaret „Pod Egidą”. Niegdyś felietonista „Uważam Rze”, obecnie "wSieci". Autorskie płyty - „Pęc ze śmiechu” i „Na ochotnika do psychiatryka”.

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook