Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Wychowanie sądowe bezstresowe

07.02.2014

W naszej cywilizacji na ogół zakazane jest chodzenie po ulicy na golasa, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, by dyktować przechodniom długość włosów, krój bluzek albo kolor spodni.

Ryszardowi Legutce - znanemu polskiemu uczonemu (profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego) i politykowi (były minister edukacji i wicemarszałek Senatu, obecnie europarlamentarzysta) – polski Sąd Najwyższy nakazał w styczniu 2014 roku przeprosić dwóch młodzieńców za nazwanie ich pięć lat temu “rozwydrzonymi smarkaczami”, przez co “naruszył ich dobra osobiste”. Ten ostateczny wyrok SN (sygnatura III CSK 123/13) zobowiązuje Ryszarda Legutkę także do wpłacenia pięciu tysięcy złotych na wskazany cel społeczny tytułem nawiązki.

Fala krytyki, jaka potem przetoczyła się przez media, dotyczyła głównie tła sprawy, czyli obecności krzyży w szkołach (o to poszedł pierwotny merytoryczny spór), granic publicznej debaty, wolności słowa, a także aspektów prawnych (interpretacja kodeksu cywilnego i Konstytucji); pisał o tym niedawno pan mecenas Paweł Pelc.

Ja natomiast chciałbym zachęcić Czytelników, aby spojrzeli na sprawę również pod innym kątem. Pod kątem ojczystej kultury, której najważniejszym składnikiem jest język.

Google i różne słowniki podają, iż słowa “rozwydrzony” oraz “smarkacz” mają po kilkanaście synonimów i bliskoznaczności. Z czysto arytmetycznego punktu widzenia (kilkanaście mnożone przez kilkanaście), istnieje zatem ponad sto dwuwyrazowych zestawów, z których każdy ma nieco inny odcień, różnice zaś między nimi są zazwyczaj subtelne i zawsze zależą od konkretnych czytelników/słuchaczy oraz od kontekstu.

Choć te dwuwyrazowe określenia faktycznie mają wymowę nieprzychylną (dezaprobata, negacja, lekceważenie), to żadne z nich na pewno nie jest obraźliwe w tym sensie, w jakim sądy i prokuratura mówią o wyrazach powszechnie uznanych za wulgarne (obelżywe, uwłaczające, ubliżające). Dzięki wielkim sondażom językowym (m. in. CBOS, OBOP) wiadomo, że w języku polskim takich “niewątpliwych” wyrazów jest szczęśliwie tylko pięć (kto chce wiedzieć więcej, niech czyta).

Tymczasem w tę niezwykłą mnogość semantyczną poprawnej polskiej mowy, w to ogromne malarskie bogactwo codziennej polszczyzny wkracza z ostrymi paragrafami sąd i suwerennie ustala, że zestaw nr 27 jest okej, zestaw 93 ujdzie, ale zestaw 128 już nie, ponieważ może ranić uczucia młodego człowieka (w domyśle: rzutować na jego dzieciństwo, a trudne dzieciństwo może popsuć życie). Po czym sąd poznaje, że tak jest z numerem 128? Jakimi sąd posługuje się kryteriami? Otóż tego właśnie nie wiadomo! Wiadomo tylko, że prywatnie uważali tak sędziowie Anna Owczarek, Mirosław Bączyk i Hubert Wrzeszcz – czyli troje ludzi spośród trzydziestu siedmiu milionów ludzi, którzy nad Wisłą mówią po polsku. Owszem, gdyby ta trójka nazywała się Jerzy Bralczyk, Andrzej Markowski i Jan Miodek, można by przynajmniej mówić o opinii ekspertów. A tak?

W naszej cywilizacji na ogół zakazane jest chodzenie po ulicy na golasa, ale nikomu nie przyjdzie do głowy, by dyktować przechodniom długość włosów, krój bluzek albo kolor spodni. Tymczasem sędziowie wystąpili tu w roli dyktatorów mody, a nawet konkretnych krawców. Dlatego to jest bardzo ważny wyrok. On próbuje zmienić te paradygmaty naszej wielowiekowej europejskiej, a na pewno ojczystej kultury, z których pierwszy pozwala członkom społeczeństwa wzajemnie się krytykować, drugi zaś uznaje wychowawców za statystycznie dojrzalszych od wychowanków. To jest także patriotyczny dramat dla obywatela, który chciałby z szacunkiem stosować się do werdyktów sądowniczej władzy swojego państwa, ale co ma robić, gdy sąd, wyznaczając standardy, orzeka, iż kefir jest smaczny, jogurt zaś taki sobie?

Nie ma standardów innych niż powszechny smak, gust i obyczaj, ten zaś wiarygodnie mierzą tylko wyniki badań ankietowych opatrzone komentarzami biegłych. Sąd natomiast, zwłaszcza Najwyższy, w sprawach z zakresu delikatnej semantyki powinien w ogóle wstrzymać się od semantycznego orzekania (czyli oddalić pozew). Mam za sobą ponad czterdzieści lat dziennikarstwa, polszczyzna jest moim prywatnym hobby, i uważam, że określenie "rozwydrzeni smarkacze" w niczym nie narusza naszej rodzimej tradycji, kultury i języka. Sędziowie na ten temat mogą mieć odmienne zdanie osobiste, lecz nie powinni go wygłaszać w imieniu Rzeczpospolitej.

Na pocieszenie: w polskim systemie prawnym ten niedobry wyrok Sądu Najwyższego, choć niewzruszalny, nie musi na szczęście być wzorem ani podkładką dla innych orzeczeń innych sądów i innych składów sędziowskich. Ludzi rozumnych i dobrych pozdrawiam serdecznie i z respektem : - )

Stanisław Remuszko

Zapraszamy na profil Stefczyk.info na Facebooku!

Autor bloga

remuszko

Stanisław Remuszko

dziennikarz, autor książki "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice". „...jako naoczny świadek wydarzeń napisałem wysoce krytyczną, dokumentalno-publicystyczną książkę o Agorze, "Gazecie Wyborczej", Michniku i okolicach, w której wielokrotnie i expressis verbis oskarżyłem to towarzystwo nie o jakieś duperele, lecz o konkretne czyny obrzydliwe moralnie…”

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook