Jedynie prawda jest ciekawa

Schody

22.05.2017

Sprawa jest trudna i skomplikowana.

Tak jak większość problemów na tym świecie, gdy wziąć się za ich rozwiązywanie rzeczywiste i praktyczne, a nie poprzestać na szlachetnych słowach i deklaracjach.
Każdy, kto przegląda internetowe portale lub przeczytał wikipedyczne hasło, wie, że od prawie sześciu lat w Syrii trwa plemienna wojna wszystkich ze wszystkimi, najstraszniejsza z wojen, wojna domowa. Jedni ludzie zabijają innych ludzi. Odłamki artyleryjskich pocisków i karabinowe kule nie odróżniają wrażych żołnierzy od Bogu ducha winnych kobiet, starców i dzieci. Szkielety domów w starożytnym Aleppo wyglądają dokładnie tak jak ruiny Warszawy po Powstaniu. Nie ma prądu, gazu, wody ni kanalizacji. Na oko – nie ma do czego wracać.

W tymczasowych obozach w Grecji, Turcji i Włoszech, na Węgrzech i w Bułgarii przebywa dziś ponad sto tysięcy syryjskich uchodźców, którym udało się nie utonąć w Morzu Śródziemnym lub przekroczyć granice lądowe przed wybudowaniem niebotycznych stalowych płotów. Czy Polacy mogą pomóc przynajmniej części tych ludzi? Ale nie dlatego, że żąda tego od nas Bruksela, i nie dlatego, że do przyjęcia 7000 uchodźców zobowiązał się poprzedni niesłuszny rząd, lecz dlatego, że jesteśmy najbardziej katolickim krajem na świecie!

Wyznawana wiara zobowiązuje.

Świętą Księgą Kościoła Katolickiego jest Biblia. W Biblii jest Ewangelia św. Jana, która (J 13, 34) cytuje słowa Jezusa: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali”. Zatwierdzony przez papieża-Polaka Jana Pawła II katechizm KK (kanon 2083 i 2196) głosi, że miłość jest przykazaniem największym. O syryjskich braci w wierze  co i rusz głośno upomina się namiestnik Chrystusa papież Franciszek, a wtóruje mu nasz Episkopat. W ramach ewangelicznej pomocy bliźnim, sięgnijmy zatem od razu na najwyższą półkę, gdzie przycupnęła rodzina chrześcijańskich uchodźców. Czego potrzebują?

Na dobrą sprawę – wszystkiego. Dla nas, nad Wisłą, elementarne wydają się trzy codzienne potrzeby: jedzenie, odzienie i dach nad głową. W Syrii dochodzi potrzeba ocalenia życia i otrzymania pomocy medycznej. Połowa krewnych i znajomych naszej symbolicznej syryjskiej rodziny zginęła w walkach lub została zamordowana.
Zwykłe jedzenie, zwykłe odzienie, zwykły dach nad głową, zwykła opieka medyczna. Proste, co? Załóżmy jeszcze, że Unia Europejska daje na to pieniądze. Jak ten banalny projekt zrealizować? Jak osiedlić drobne siedem tysięcy obcokrajowców wśród trzydziestu ośmiu milionów obywateli?
I tu zaczynają się schody.

Po pierwsze, trzeba uzyskać zgodę Rodaków. Wiara wiarą, papież papieżem i solidarność solidarnością, ale według miarodajnych sondaży ponad 60% polskich obywateli jest dzisiaj przeciwko przyjmowaniu uchodźców (za ich przyjęciem opowiada się niespełna 30% ankietowanych). Zmusić Rodaków nie wolno. A jak ich przekonać, żeby zmienili punkt widzenia?
Załóżmy jednak optymistycznie, że na terenie dwóch i pół tysiąca polskich gmin i ponad dziesięciu tysięcy polskich parafii znalazło się siedem tysięcy lokalnych społeczności, które mają rezerwy mieszkaniowe i w lokalnych referendach wyraziły ochotę na osiedlenie „u siebie” jednego chrześcijańskiego Syryjczyka. Załóżmy, że te gminy i parafie zainwestowały organizacyjnie i materialnie. Co na to sami uchodźcy? Jak zagwarantować, że po tygodniu czy miesiącu nie zmienią zdania i nie wyjadą z Polski w poszukiwaniu lepszych warunków życia? Siłą trzymać ich nie możemy, to przecież wolni ludzie przebywający w wolnym kraju...

Po trzecie, mimo różnych wzniosłych ideałów pierwszym twardym obowiązkiem państwa jest zapewnienie bezpieczeństwa własnym obywatelom.

Wypracować odpowiednie procedury i zapewnić ich przestrzeganie można tylko we współpracy międzynarodowej. Na efekty tych prac, przy najlepszej nawet woli współpracujących, przyjdzie czekać długie miesiące, jeśli nie lata. Do tego czasu jedynym możliwym rozwiązaniem problemu uchodźców wydają się przejściowe obozy. Tak uważam.

Autor bloga

remuszko

Stanisław Remuszko

dziennikarz, autor książki "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice". „...jako naoczny świadek wydarzeń napisałem wysoce krytyczną, dokumentalno-publicystyczną książkę o Agorze, "Gazecie Wyborczej", Michniku i okolicach, w której wielokrotnie i expressis verbis oskarżyłem to towarzystwo nie o jakieś duperele, lecz o konkretne czyny obrzydliwe moralnie…”

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook