Jedynie prawda jest ciekawa

Raport Rokity

12.12.2016

Nic nie stoi na przeszkodzie, aby ci, którzy odpowiadają za śmierć prawie stu ofiar stanu wojennego, stanęli wreszcie przed sądem.

Naprzód gołe precyzyjne fakty.

17 sierpnia 1989 roku – na jednym z pierwszych posiedzeń kontraktowego sejmu wybranego po Okrągłym Stole – na wniosek posła Tadeusza Kowalczyka z Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego powołano poselską Komisję Nadzwyczajną do Zbadania Działalności Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Komisja miała zbadać, jak to ujmuje Wikipedia, „przypadki zgonów, co do których istniało uzasadnione podejrzenie, że mogły nastąpić na skutek działań organów bezpieczeństwa PRL”.

Po dwóch latach prac, 26 września 1991 roku, przewodniczący komisji poseł Jan Rokita przedstawił sejmowi liczący 1394 karty szczegółowy raport, z którego wynikało, że w latach stanu wojennego „spośród 122 niewyjaśnionych przypadków zgonów działaczy opozycji aż 88 miało bezpośredni związek z działalnością MSW”. Nie były to żadne tanie sensacje, plotki czy pogłoski, lecz oficjalne sejmowe sprawozdanie. Raport, zwany później powszechnie Raportem Rokity, wymieniał personalia, stopnie i stanowiska kilkudziesięciu funkcjonariuszy komuszego aparatu bezpieczeństwa oraz urzędników prokuratury – nadal cytuję Wikipedię – „podejrzanych o popełnienie przestępstw związanych z 91 przypadkami zgonów”. Ten wstrząsający dokument Sejm „przyjął do wiadomości” (druk sejmowy nr 1104).

I wtedy pierwszy raz stało się coś tajemniczego: dokument zniknął. Przypomnę, że Instytut Pamięci Narodowej powołano dopiero w roku 1999, a więc osiem lat później. Co działo się z Raportem Rokity – nie wiadomo. Wiadomo, że prezydentem Polski do roku 1995 był Lech Wałęsa, a potem przez dziesięć lat Aleksander Kwaśniewski. Premierów było siedmioro, i to z różnych opcji (Bielecki, Olszewski, Suchocka, Pawlak, Cimoszewicz, Oleksy, Buzek), posłów zaś i senatorów dobrze ponad tysiąc. Jednak przez czternaście lat nikt z możnych tego świata, nie pytał o losy tego dramatycznego aktu oskarżenia. Przedziwnym zbiegiem okoliczności „zapomnieli” o nim także dociekliwi dziennikarze śledczy z prasy, radia i telewizji. Koniec końców, to historyczne sejmowe opracowanie nagle „odnalazło się” i zostało opublikowane w styczniowym numerze Biuletynu IPN z 2003 roku...

Drugi raz coś niezwykłego stało się sześć lat temu (2005), kiedy to krakowskie wydawnictwo „Arcana” wydało Raport w postaci książkowej (z przedmową Jana Rokity i podsumowaniem prof. Antoniego Dudka). „Jak na tacy podano sądom wolnej Polski dowody zbrodni milicjantów i esbeków – pisze Przemysław Kucharczyk na łamach „Gościa Niedzielnego”. – Jednak w atmosferze, która zapanowała w Polsce, ci skompromitowani ludzie pozostali bezkarni”. Przejrzałem strony IPN i nie znalazłem żadnego odniesienia do Raportu Rokity. Wygląda na to, że znów nikt nie zareagował...

Książka, która dziś jest dostępna już tylko na aukcjach i w antykwariatach, sprzedała się w ponad tysiącu egzemplarzy, co, przy jej specjalistycznym źródłowym charakterze, uznałbym za dobry wskaźnik. W każdym razie nikt nie może się zasłaniać niewiedzą. Antoni Dudek w posłowiu wyraził pogląd, że „wydarzenia podobne do opisanych w Raporcie Rokity mogą też być teraźniejszością. Pamięć o epoce dyktatury, do której utrwalenia przyczyniają się tego rodzaju publikacje, jest jedną z gwarancji, że wydarzenia takie nie staną się naszym udziałem w przyszłości”.

Właśnie przypada smutna XXXV rocznica stanu wojennego. Głową III Rzeczpospolitej jest Andrzej Duda, szefem rządu Beata Szydło, prezesem IPN Jarosław Szarek, przewodniczącym sejmowej Komisji Sprawiedliwości Stanisław Piotrowicz, prokuratorem generalnym zaś Zbigniew Ziobro. Wszyscy nasi, by tak rzec. Bezwzględną większość w Sejmie i w Senacie ma PiS. Uważam wobec tego, że dziś absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, aby ci, którzy odpowiadają za śmierć prawie stu ofiar stanu wojennego, stanęli wreszcie przed sądem.

Jeśli nie stoją już przed Sądem Ostatecznym, rzecz jasna.

Autor bloga

remuszko

Stanisław Remuszko

dziennikarz, autor książki "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice". „...jako naoczny świadek wydarzeń napisałem wysoce krytyczną, dokumentalno-publicystyczną książkę o Agorze, "Gazecie Wyborczej", Michniku i okolicach, w której wielokrotnie i expressis verbis oskarżyłem to towarzystwo nie o jakieś duperele, lecz o konkretne czyny obrzydliwe moralnie…”

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook