Jedynie prawda jest ciekawa

Kurski – Nielsen

16.09.2016

Telewizyjną oglądalność mierzy się – co do zasady – identycznie jak opinię publiczną.

W poprzednim wpisie obiecałem Czytelnikom wyjaśnić, na czym polega spór szefa TVP Jacka Kurskiego z międzynarodową firmą badawczą Nielsen, która specjalizuje się w telemetrycznych pomiarach oglądalności telewizji, i kto ma rację.

Proszę uprzejmie.

Każdy sondaż opiera się na zbadaniu zachowań (poglądów) pewnej niewielkiej grupy obywateli i uogólnieniu wyników tego badania na całą populację. Jeśli zatem mierzymy zachowania (poglądy) tysiąca osób i chcemy uogólnić je na zachowania (poglądy) trzydziestu milionów dorosłych Polaków, wówczas musimy mieć absolutną pewność, że wzięty pod lupę konkretny tysiąc osób odpowie (zachowa się) statystycznie tak samo jak każdy inny tysiąc osób. W tym celu dobiera się ów tysiąc osób nie byle jak, lecz z zachowaniem klarownych ścisłych kryteriów. Tak skonstruowana próba respondentów nazywa się próbą reprezentatywną (dla narodu, społeczeństwa).

W badaniach socjologicznych przyjęły się na ogół próby tysiącosobowe, które – mówiąc w obrazowym uproszczeniu – praktycznie nie różnią się między sobą o więcej niż 2% –  3%. Dwukrotne zwiększenie próby podwoiłoby koszty badania, ale jego „dokładność” wzrosłaby tylko odrobinę (do 1,5% –  2,0%). Dlatego kluczowe znaczenie ma wzmiankowana reprezentatywność próby, a nie jej liczebność.

I tu – w reprezentatywności – jest pies pogrzebany.

Przywołany na wstępie spór Kurskiego z Nielsenem polega na tym, że Kurski ma wątpliwości co do reprezentatywności badań Nielsena i chciałby te wątpliwości zweryfikować. Ale na taką weryfikację Nielsen się nie godzi.

Telewizyjną oglądalność mierzy się – technicznie – zupełnie inaczej niż  opinię publiczną. Tam ankieter puka zazwyczaj do drzwi respondenta. Tu natomiast firma badawcza zawiera umowę z odpowiednio dobraną (patrz wyżej) grupą telewidzów i podłącza im domowe odbiorniki do specjalnego sprzętu. Każde włączenie i wyłączenie telewizora oraz każda zmiana kanałów jest wówczas na bieżąco rejestrowana. Za taki precyzyjny co do sekundy wykaz oglądalności poszczególnych programów stacje telewizyjne i agencje reklamowe płacą gigantyczne pieniądze. Nie wiem, jak w innych krajach, ale w Polsce Nielsen jest monopolistą.

Z medialnych doniesień wynika, że Jacek Kurski nie podważa samych rezultatów Nielsena, ale chciałby przyjrzeć się jego „doborowi próby reprezentatywnej”. W tym celu chce przeanalizować numery kodów pocztowych Nielsenowskich respondentów. Z takiej analizy można by wywnioskować, czy badanie uwzględnia rzeczywistą strukturę polskich miast i wsi, bo może „promuje” okablowane wielkie metropolie? Nielsen odmawia udostępnienia tych danych, zasłaniając się ustawą o ochronie danych osobowych.

Obiecałem powiedzieć, kto ma rację w tym sporze. Każdy Czytelnik może to ocenić sam, wspomagając się własnym zdrowym rozsądkiem oraz internetem (treść aktów prawnych). Ale powiem chętnie i z przekonaniem: według mnie oczywistą rację ma Kurski.

Po pierwsze dlatego, że firma, która bada oglądalność telewizyjną powinna kuchnię swych prac udostępniać wszem i wobec. Na talerzu i na widelcu. W ramach przejrzystości i kupieckiej rzetelności. Te dane powinny po prostu wisieć na internetowej stronie Nielsena.

Po drugie dlatego, że sam zbiór kodów pocztowych – oderwany od personaliów oraz od nazw ulic i miejscowości – nie stanowi żadnych danych osobowych w rozumieniu ustawy o ich ochronie. No, chyba że w ostatnim czasie nową dyrektywę na ten temat wydała Bruksela...


Autor bloga

remuszko

Stanisław Remuszko

dziennikarz, autor książki "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice". „...jako naoczny świadek wydarzeń napisałem wysoce krytyczną, dokumentalno-publicystyczną książkę o Agorze, "Gazecie Wyborczej", Michniku i okolicach, w której wielokrotnie i expressis verbis oskarżyłem to towarzystwo nie o jakieś duperele, lecz o konkretne czyny obrzydliwe moralnie…”

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook