Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

JOW

15.08.2013

Wygrywa ten, kto uzyska ponad połowę ważnych głosów, a jeśli połowy nie zdobędzie nikt, to następuje dogrywka między dwoma pierwszymi kandydatami. Tak jak przy elekcji prezydenta Polski.

Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej liczy 15 lat. To wystarczająco długi okres, by móc ocenić jej funkcjonowanie i zaproponować ewentualne zmiany niektórych przepisów. Oto moje pierwsze konstytucyjne trzy grosze (będzie więcej).
Na początek jednak – kawałek historii najnowszej. Równiutko 35 lat temu – w sierpniu 1988 roku – rozpocząłem zbieranie podpisów różnych ważnych osobistości pod oświadczeniem treści następującej: Ja, niżej podpisany(a), uważam, że w wyborach do Sejmu powinien móc kandydować każdy obywatel, który wcześniej uzyska wymierne poparcie elektoratu – na przykład podpisy jednego procenta osób uprawnionych do głosowania w danym okręgu wyborczym. Oryginał tego dokumentu, podcyfrowanego własnoręcznie przez stu ówczesnych świecznikowych luminarzy nauki, sztuki, mediów i kultury oraz natychmiast nagłośnionego przez wraże zagraniczne radiostacje, spoczywa zapewne w archiwach Rzecznika Praw Obywatelskich (na jego ręce został złożony), a przypominam o tym mało znanym wydarzeniu dlatego, że istota pomysłu wydaje mi się nadal aktualna.

Wtedy, w PRL, chodziło o to, by kandydować na posła mógł każdy obywatel – a nie tylko ten, który wcześniej otrzymał namaszczenie osławionej fikcji politycznej, zwanej Frontem Jedności Narodu. Otóż dobrze by było, aby dziś, w wolnej demokratycznej Polsce roku 2013 (i później), posłem mógł zostać każdy, kto uzyska dla siebie odpowiednio duże poparcie obywateli – a nie tylko ten, który wcześniej dostał błogosławieństwo jednego z wielkich lub dużych politycznych ugrupowań.

Innymi słowy, chodzi o JOW, czyli o Jednomandatowe Okręgi Wyborcze. Chodzi o zmianę ordynacji wyborczej z proporcjonalnej na większościową, czyli o praktyczną zmianę ustroju państwa: z upartyjnionego na obywatelski.Chodzi o sprawę, moim zdaniem, konstytucyjnie prymarną, najdonioślejszą.

Mało kto wie, notabene, że taka ordynacja już w Polsce działa – tyle że w gminach liczących do 20 000 mieszkańców, czyli tam, gdzie ludzie od lat się znają i wiedzą, kto co sobą reprezentuje. Tam sąsiad z jednej wsi/miasteczka głosuje na kogoś konkretnego, o kim wiele wie, kogo wielokrotnie widział i słyszał, do kogo ma sprawdzone zaufanie. Natomiast w gminach powyżej 20 000 mieszkańców musimy głosować NA LISTĘ. Listę ludzi w większości nieznanych, anonimowych. Nazwiska na tej liście, a zwłaszcza kluczową “kolejność” tych nazwisk, suwerennie i dyskrecjonalnie ustala polityczne kierownictwo (zwane dawniej aktywem lub egzekutywą). Owszem, wyborcy mogą – i to bez pytania kogokolwiek o zgodę! – wybrać sobie samo ugrupowanie, lecz dalej muszą już wskazać danie z gotowego wydrukowanego partyjnego menu. Potrawa prywatna, według własnego obywatelskiego gustu i upodobań, nie wchodzi w rachubę.

Na czym polega ordynacja większościowa? Z grubsza na tym, co kryje się w skrócie JOW: kraj jest podzielony na tyle okręgów, ile jest miejsc w Sejmie (dziś – 460), a w każdym okręgu można zdobyć tylko jeden mandat. Wygrywa ten, kto uzyska ponad połowę ważnych głosów, a jeśli połowy nie zdobędzie nikt, to następuje dogrywka między dwoma pierwszymi kandydatami. Tak jak przy elekcji prezydenta Polski. Kwestie rejestracji kandydatów, kwestie terminów wyborczych, kwestie partyjnego poparcia dla poszczególnych osób – to już kwestie techniczne.

Na temat wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy (i na odwrót) napisano już całą bibliotekę. Dla mnie argumentem gruntownie rozstrzygającym jest ordynacja wyborcza w G-7, czyli w siedmiu najbardziej rozwiniętych krajach świata z najstarszą demokracją: Ameryce, Anglii, Francji, Japonii, Kanadzie, Niemczech i Włoszech. Wszystkie te państwa mają ordynację większościową (choć Niemcy chyba mieszaną). Dlaczego? Moim zdaniem na zasadzie naturalnej ewolucji systemów społecznych. Dziejowo zwycięża wolna wola i rozum wolnych rozumnych ludzi, tak jak gospodarka wolnorynkowa i wolne słowo wygrały z gospodarką nakazowo-rozdzielczą i cenzurą.

Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość miały już na swych przedwyborczych sztandarach hasło “JOW”, zresztą chyba nie raz i nie dwa razy. Ale po wyborach jakoś nic z tego nie wychodziło. To skądinąd po ludzku zrozumiałe: nikt nie piłuje gałęzi, na której siedzi. A Polska, proszę panów polityków i pań polityczek? A Polska, sir? A Polska?

Autor bloga

remuszko

Stanisław Remuszko

dziennikarz, autor książki "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice". „...jako naoczny świadek wydarzeń napisałem wysoce krytyczną, dokumentalno-publicystyczną książkę o Agorze, "Gazecie Wyborczej", Michniku i okolicach, w której wielokrotnie i expressis verbis oskarżyłem to towarzystwo nie o jakieś duperele, lecz o konkretne czyny obrzydliwe moralnie…”

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook