Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Bronię socjalizmu!

01.06.2012

W ostatnich dwóch wiekach konkurowały ze sobą dwie ustrojowe wizje ludzkości.

Ta, która przegrała, nazywała się socjalizmem i była sztuczna (nie zrodziła się z życiowej praktyki, tylko została wymyślona przez ideologów). Ta, która zwyciężyła, powstała w sposób naturalny, drogą życiowych prób i błędów społeczeństw i gospodarek, i z początku nie nazywała się wcale, choć dziś nazywa się kapitalizmem. Znane mi współczesne encyklopedie papierowe i internetowe określają kapitalizm różnie, ale wszystkie zgadzają się w jednym: jego podstawą, fundamentem, opoką i ostoją jest własność prywatna.Niektórzy dodają: święta.

Jako człowiek, który w realnym socjalizmie przeżył większość swego dorosłego życia, zawsze marzyłem o kapitalizmie, i perspektywa własności prywatnej wcale mi nie przeszkadzała (zwłaszcza że sam nigdy jej nie miałem). Dziś, gdy od ponad dwudziestu lat żyję w realnym kapitalizmie, mój prywatny majątek zwiększył się niewiele, ale - wraz z sąsiadami - zaczynamy mieć problem z własnością prywatną w wersji świętej.

W roku 1978 (kiełbasa Jak Za Gierka) przeprowadziłem się w Warszawie ze Starego Mokotowa na Ursynów, który powstawał na terenach rolniczo-ogrodniczo-sadowniczych przekształcanych w budowlane. Historia długo milczała na temat tych "przekształceń", aż okazało się, że mały ambebowaty zielony wewątrzosiedlowy skwerek z górką, boiskiem, drzewami, latarniami i placykiem dziecięcych zabaw był przed półwiekiem i nadal jest własnością prywatną. Gdy spadkobiercy właściciela formalnie skwerek odzyskali, natychmiast sprzedali go deweloperowi (wpisz w gugle), który bez zwłoki rozpoczął przygotowania do budowy w tym miejscu gigantycznego bloku-molocha na 300 mieszkań, z wysokością do 11 pięter i długością 200 metrów.   Gdy wieść się rozeszła, w specjalnym liście do prezydent Warszawy pani Hanny Gronkiewicz-Waltz stanowczo zaprotestował przeciw temu pomysłowi generalny projektant Ursynowa Północnego pan profesor Marek Budzyński, który przed laty z rozmysłem umieścił skrawek zielonej przestrzeni w sercu miniosiedla. Jak jeden mąż zaprotestowali zdenerwowani mieszkańcy - i ci starzy, i ci w średnim wieku, i ci młodzi. Nie trzeba mieć matury - podnosili - żeby pojąć, iż taka inwestycja obliczona na nowy tysiąc ludzi gruntownie odmieni warunki bytowe tego tysiąca ludzi, których domy od 34 lat stoją wokół rzeczonego skwerku. Będą mieli wokół gęściej i dalej. Spadnie wartość ich starych mieszkań. Budowa tak nieprawdopodobnego mrówkowca zagrozi bezpieczeństwu dzieci i przechodniów. Ucierpi przejezdność i dojezdność. Widok na stumetrową wolną zieloną przestrzeń zostanie zastąpiony widokiem na mur. W sumie zasadniczo pogorszy się standard życia  lokalnej społeczności. - Nic nie da się zrobić - odparł (innymi słowami) pan wojewoda Jacek Kozłowski, do którego poskażyli się poszkodowani. - Tak stanowi konstytucja: prywatne jest święte, na swoim każdy może co chce, a wy, jako zwykli obywatele,  nie jesteście stroną sporu, więc nawet odwoływać się od mojej decyzji nie macie prawa. Peerelowski zaś projektant Ursynowa może mnie skoczyć...

Uważam, że prawo mojego państwa powinno chronić lokatorów osiedli mieszkaniowych przed wolnoamerykanką i Dzikim Zachodem inwestorów. Nie wszystko wolno. Kapitalizm nie jest wartością absolutną. Idealny kapitalizm nie istnieje nigdzie na świecie - wszędzie, nawet w USA, mamy do czynienia z różnymi formami i zakresami interwencji państwa: monopole, podatki, koncesje, ograniczenia bankowe etc. Uważam, że - przy rozpatrywaniu wniosków o zezwolenie na nową budowę wewnątrz starych osiedli - standard życia dotychczasowych mieszkańców powinien być chroniony przez państwo tak samo jak wolny rynek i własność prywatna. Czy w tym celu trzeba zmienić Konstytucję, czy wystarczy ustawa? Nie wiem, lecz w tej sprawie czuję się socjalistą.

Stanisław Remuszko

Autor bloga

remuszko

Stanisław Remuszko

dziennikarz, autor książki "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice". „...jako naoczny świadek wydarzeń napisałem wysoce krytyczną, dokumentalno-publicystyczną książkę o Agorze, "Gazecie Wyborczej", Michniku i okolicach, w której wielokrotnie i expressis verbis oskarżyłem to towarzystwo nie o jakieś duperele, lecz o konkretne czyny obrzydliwe moralnie…”

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook