Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Bezradność

16.11.2016

O tym skandalu pisałem już parę razy.

O tym skandalu pisałem już parę razy.

Dla przypomnienia: na zielonym Ursynowie, tym zbudowanym prawie czterdzieści lat temu, Urząd m. st. Warszawy znienacka i bez wiedzy mieszkańców wydał pozwolenie na inwestycję zupełnie niezwykłą: wciśnięcie niemal na siłę między stare mieszkalne budynki – gigantycznego bloku, liczącego 300 mieszkań, z tysiącem lokatorów, z wysokością do 11 pięter i długością 200 metrów. Zaprotestowali absolutnie wszyscy: okoliczne spółdzielnie, okoliczni mieszkańcy, generalny projektant Ursynowa Północnego, dotychczasowi użytkownicy (szkoła, przedszkole, miejscowe ośrodki społeczne), a lokalna prasa, radio i telewizja nie zostawiły na tym pozwoleniu suchej nitki. Lecz wszystkie te sprzeciwy miały charakter, by tak rzec, ideowo-moralny, gdyż na okoliczność „papierków” pozwolenie okazało się w porządku. Inwestor – „Włodarzewska S.A.” – bez przeszkód budowę kontynuuje. Owszem, zgodził się zaniechać jej dokończenia w zamian za grunt pod nieruchomość zamienną, lecz zażądał, bagatela, 60 milionów złotych tytułem rekompensaty...

Miałem niedawno okazję rozmawiać na ten temat z nowym pisowskim wojewodą mazowieckim, panem Zdzisławem Sipierą, który wprawdzie podtrzymał gotowość bezpłatnego przekazania z rezerw skarbu państwa ewentualnej nieruchomości zamiennej, ale też jasno wskazał, że źródłem finansowych odszkodowań dla „Włodarzewskiej” może być tylko ten, kto nabroił, czyli stołeczny Ratusz. – Czy pan wie – pytał wojewoda – że samorządowy budżet Warszawy to 12 miliardów złotych? Nie wiedziałem.

– A odszkodowanie dla nas? – pytają setki rozżalonych sąsiadów.

Faktycznie. Nie trzeba kończyć architektury z urbanistyką, by pojąć, że po zasiedleniu gmachu-molocha dotychczasowi okoliczni mieszkańcy będą mieli dwa razy dalej, dwa razy gęściej, dwa razy ciaśniej i dwa razy głośniej, a przejechać, dojechać i zaparkować będzie dwa razy trudniej. Dwukrotnie zmniejszy się też powierzchnia zieleni, znikną wewnętrzne placyki zabaw i spacerowe ścieżki. Zniknie otwarta wewnątrzosiedlowa przestrzeń, niższe piętra obejmie cień, a perspektywę zastąpi widok na mur. Spokojne przedmieście zmieni się w przegęszczone śródmieście. – Skoro po czterdziestu latach tak bardzo pogorszą nasze warunki bytowe, to może dostalibyśmy jakąś rekompensatę? Wystąpmy z pozwem i zaprośmy sąd na wizję lokalną, która już na pierwszy rzut oka powie więcej niż najbieglejsze ekspertyzy...

Niestety, nic z tego. Kodeks cywilny – fundamentalne prawo każdego państwa – nie przewiduje odszkodowań ani zadośćuczynień za pogorszenie się dotychczasowych warunków życia!!! Musi być konkretna strata (szkoda), i ona musi być wymierna, mierzalna i weryfikowalna przez biegłych, a nie jakieś drobnomieszczańskie subiektywne fanaberie i fiu-bździu.

Z kolei obecne prawo budowlane nie uznaje mieszkańców domów, które graniczą z planowaną inwestycją, za stronę postępowania. Nie nabierają prawa takiej strony nawet poprzez instytucję tzw. zasiedzenia, choćby mieszkali w jednym miejscu od kilkudziesięciu lat!

Po trzecie, organ samorządu, do którego wpłynął wniosek o wydanie pozwolenia na inwestycję, nie ma żadnego obowiązku zawiadamiać o tym fakcie (= uprzedzać!) obywateli gminy mieszkających w bezpośredniej bliskości ewentualnej przyszłej budowli. Można by informować niemal darmo za pomocą prostych ulotek wkładanych do skrzynek pocztowych – no, ale trzeba by jeszcze chcieć to robić oraz mieć ku temu podstawy w przepisach...

W sąsiedzkim gronie (dwóch adwokatów, jeden radca prawny, jeden sędzia-emeryt) zastanawialiśmy się, co jeszcze dałoby się jurystycznie zrobić w sprawie, jak ją formalnie ugryźć. Pan radca zaproponował, żeby inwestora „pociągnąć za konsekwencje” uciążliwego dla otoczenia (hałas, kurz, pył, utrudnienia drogowe) okresu trwania budowy, która, według planu, miała potrwać lat trzy, a już wiadomo, że potrwa przynajmniej lat sześć. Ale doświadczony pan sędzia zauważył, że z pozwem nie ma się co spieszyć, bo sąd zapewne nie rozpocznie przewodu bez definitywnego zakończenia inwestycji...

Autor bloga

remuszko

Stanisław Remuszko

dziennikarz, autor książki "Gazeta Wyborcza. Początki i okolice". „...jako naoczny świadek wydarzeń napisałem wysoce krytyczną, dokumentalno-publicystyczną książkę o Agorze, "Gazecie Wyborczej", Michniku i okolicach, w której wielokrotnie i expressis verbis oskarżyłem to towarzystwo nie o jakieś duperele, lecz o konkretne czyny obrzydliwe moralnie…”

CSSIfotoMINI122016

Czas Stefczyka 138/2016

PDF (4,14 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook