Jedynie prawda jest ciekawa

„Orły” dla „Wołynia”

22.03.2017

Nie było niespodzianek, bo nie mogło ich być.

Nie było niespodzianek, bo nie mogło ich być. „Orły 2017” przyznane przez Polską Akademię Filmową podzieliły pomiędzy siebie trzy bez wątpienia najlepsze produkcje, które weszły na ekrany w zeszłym roku. Nie jest również zaskoczeniem, że większość statuetek zgarnął „Wołyń” Wojciecha Smarzowskiego, obraz jako pierwszy pokazujący krwawą historię polskich Kresów lat 40. Został najlepszym filmem roku również w ocenie publiczności. Do tego doszły nagrody za reżyserię, zdjęcia, montaż, kostiumy, dźwięk, scenografię i muzykę.

Nie jest jednak tak, że inne filmy były słabe. Nie można zarzucić tego „Ostatniej rodzinie”. Do głębi realistyczny i przejmujący w treści pełnometrażowy debiut Jana P. Matuszyńskiego – pokazuje historię rodziny Zdzisława Beksińskiego. Film został już wcześniej obsypany nagrodami na 41. Festiwalu Filmowym w Gdyni. Tu w pełni zasłużone „Orły": dla Andrzeja Seweryna za pierwszoplanową rolę męską i Aleksandry Koniecznej dla najlepszej aktorki. Dwa „Orły” – za drugoplanowe role Agaty Kuleszy i Arkadiusza Jakubika – zdobył „Jestem mordercą” Macieja Pieprzycy, rekonstruujący śledztwo, które doprowadziło do zatrzymania Zdzisława Marchwickiego, „wampira z Zagłębia”. Sposób ukazania śledztwa, peerelowskiej degrengolady i korupcji nasuwa porównanie z kinem moralnego niepokoju, zaś przemiana prowadzącego sprawę porucznika Janusza Jasińskiego – znakomita rola Mirosława Haniszewskiego – z idealisty w idącego po trupach karierowicza przywodzi na myśl tytułowego wodzireja z filmu Falka. 

Trzy znakomite filmy różniące się tematyką. Przewaga „Wołynia” bierze się również stąd. Rzeź wołyńska wciąż pozostaje jedną z najgłębszych, niezabliźnionych, nierozliczonych, polskich ran doby II wojny światowej, przez lata spychaną na margines w imię politycznej poprawności w stosunkach z Ukrainą. Więc nie tylko mistrzostwo w realizacji sprawiło, że w weekend otwarcia, czyli w pierwsze dni po kinowej premierze, Smarzowski zgromadził przed ekranami blisko 230 tys. widzów. Jest to najlepszy wynik dla polskiego kina historycznego od lat. W sumie "Wołyń" obejrzało w kinach prawie 1,5 mln widzów.

Najlepszy nawet temat można zepsuć niedobraną obsadą, scenariuszem czy złą reżyserią. W przypadku „Wołynia” tego wszystkiego udało się uniknąć, kresowa rzeczywistość, mechanizm, który doprowadził do ludobójstwa – symbioza Ukraińców i Polaków przed wojną, mieszane małżeństwa, narastający od lat 30. banderowski nacjonalizm, zwieńczony zbrodniami OUN-UPA – a wreszcie rzeź wołyńska pokazane zostały perfekcyjnie. Pojawiały się zarzuty, że film jest zbyt drastyczny, że może trzeba było w pewnym stopniu złagodzić realizm scen zbrodni. Byłaby to jednak nieporozumieniem, podważałoby bowiem rzetelność obrazu. Przecież właśnie wierności faktom Smarzowski zawdzięcza swój sukces. Bez upiększania, na granicy dokumentu, pokazał realizm rzezi i tortury dokonywane przez OUN-UPA i ukraińskich sąsiadów, które słusznie zostały nazwane przez prof. Ryszarda Szawłowskiego „ludobójstwem najwyższego stopnia” przewyższającym swoim okrucieństwem to niemieckie i sowieckie. Reżyser nie uciekł i od tematów trudnych, takich jak mordowanie w odwecie Ukraińców przez ludność polską, oczywiście w nieporównywanie mniejszej skali. 

Wiele razy rozmawiałem ze świadkami tamtych wydarzeń, którym Ukraińcy żywcem palili rodziny, ich kolegom odrąbywali głową siekiery czy przeżynali ich żywcem piłą. A mimo to film wciągnął mnie bez końca. Jeżeli mnie, przygotowanego przecież na to, co mogę zobaczyć, wbił w fotel, to co mówić o innych? W wypełnionej szczelnie sali publicznością w różnym wieku z przewagą młodzieży cały czas panowała całkowita cisza, nikt nie bawił się komórkami, nie wysyłał esemesów. A potem, gdy film się skończył – symboliczną sceną, gdy ratunek przychodzi pod niemiecką okupacją – przez parę chwil nikt nie ruszył się z miejsca, wyjście z kina odbyło się w absolutnej ciszy.

Autor bloga

Jakucki-Piotr

Piotr Jakucki

Dziennikarz i publicysta, m.in. „Nowy Świat”, „Gazeta Polska”, w latach 1995-2010 redaktor naczelny tygodnika „Nasza Polska”, „Głos Polski” (Kanada), „Goniec” (Kanada), „Kurier Chicago” (USA), korespondent radia „Sami Swoi. W porannym rytmie” (Chicago).

Najczęściej czytane na blogu

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook