Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Najwyższy stopień ludobójstwa

15.02.2015

Skoro wykładnia jest jasna, to dlaczego klasa polityczna wszelkiej maści nie może nazwać rzeczy po imieniu?

Poprawność polityczna zakazuje elitom rządzącym i opozycyjnym nazywania rzezi dokonywanych przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach na Wołyniu i na Podolu mianem ludobójstwa. Wystarczy przypomnieć tu uchwałę sejmu sprzed kilku lat, gdy mordowanie naszych rodaków przez bandy OUN-UPA określono zaledwie jako „czystki etniczne o znamionach ludobójstwa”.

Istotę wydarzeń na Wołyniu i Podolu trafnie ujął prof. Ryszard Szawłowski w tekście „Trzy ludobójstwa”, w którym postawił tezę o równoważności zbrodni dokonanych przez III Rzeszę, ZSRR i nacjonalistów ukraińskich. Jednocześnie zbrodniom ukraińskim nadał klasyfikację wyższą od zbrodni niemieckich i sowieckich, przyznając im specjalną kwalifikowaną formę ludobójstwa określaną terminem łacińskim „Genocidum atrox” (ludobójstwo straszne, okrutne). Jak pisał: „po pierwsze, ludobójstwo ukraińskie realizowało się wyłącznie w postaci niezwłocznej eksterminacji fizycznej (wymordowania) – „tam i wtedy” – wszystkich Polaków, od niemowląt po starców. Po drugie, ludobójstwo ukraińskie połączone było z reguły ze stosowaniem najbardziej barbarzyńskich tortur. Po trzecie, o ile ludobójstwa niemieckie i sowieckie były dokonywane wyłącznie przez „wyspecjalizowane” zbrodnicze formacje mundurowe, inaczej było, jeśli chodzi o ludobójstwo ukraińskie. W tym przypadku obok dominującej banderowskiej Ukraińskiej Powstańczej Armii, zwłaszcza w większych ludobójczych akcjach, uczestniczyły również w sumie dziesiątki tysięcy lokalnych ukraińskich chłopów, w tym tzw. Samoobronni Kuszczowi Widdily (formalnie wiejskie oddziały „samoobrony”, które jednak w praktyce stanowiły siły pomocnicze UPA w ludobójstwie na Polakach), sąsiedzi, bandy uzbrojone w siekiery, widły itp., rodzaj ukraińskiego pospolitego ruszenia. W dodatku towarzyszyły im czasem kobiety, wyrostki, a nawet dzieci ukraińskie, zajmujące się masowym rabunkiem mienia, podpaleniami i dobijaniem rannych Polaków (…). Po czwarte, osobnej wzmianki wymaga zjawisko szczególnie zbrodniczego podejścia do małżeństw mieszanych polsko-ukraińskich. W takich mianowicie przypadkach ukraińscy ludobójcy nierzadko mordowali całe rodziny, łącznie z dziećmi (!), lub dochodziło do mordu na polskim współmałżonku. W każdym razie wynik przeprowadzonej komparatystyki jest jednoznaczny: ludobójstwo ukraińskie na Polakach pod względem swej bezwzględności i barbarzyństwa, a po jego dokonaniu – po dziś dzień – ze względu na zaprzeczenia lub co najmniej grubymi nićmi szyte relatywizowanie i wykręty – znacznie „przewyższa” ludobójstwa niemieckie i sowieckie. Szczególnie obciążające Ukraińców są masowo stosowane na Polakach – jako „dodatek” do mordów – okrutne, sadystyczne tortury.”

No więc skoro wykładnia jest jasna, to dlaczego klasa polityczna wszelkiej maści nie może nazwać rzeczy po imieniu? Zwyczajnie, politycy w imię wspierania nowych władz ukraińskich dostali historycznej pomroczności jasnej i nie oburza ich to, że prezydent Poroszenko przemawiając w polskim sejmie nie uznał za stosowne użyć słowa „ludobójstwo” w odniesieniu do banderowskich rzezi na szeroko pojętych Kresach. Nie mają co do tego złudzeń kresowiacy, z którymi często rozmawiam i którzy mówią wprost, że nad pamięć o polskiej martyrologii przedkłada się doraźną politykę, niekoniecznie zgodną z naszym interesem narodowym, czyli np. aprobuje się popieranie ideologii banderowskiej przez prezydenta Poroszenkę, premiera Jaceniuka i główne partie na Ukrainie. Przechodzi się więc np. do porządku dziennego nad faktem, że członkowie Prawego Sektora, mającego poparcie wśród tamtejszej ludności, wysuwają roszczenia terytorialne wobec Polski, żądając oddania Przemyśla i innych powiatów. Mówił o tym wprost w styczniu 2014 roku w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” rzecznik tego ugrupowania Andrij Tarasenko podkreślając: „Nie jesteśmy narodem imperialnym, nie sięgamy po cudze ziemie, chcemy jedynie tego, co nasze”. Przy okazji określił mianem „bredni” ludobójstwo na Wołyniu i sto tysięcy polskich ofiar rzezi dokonywanych przez OUN-UPA: „Owszem, Bandera zalecał stosowanie radykalnych metod, ale przecież z okupantem należy walczyć wszystkimi metodami. Tym bardziej kiedy ten okupant nie chce opuścić twojej ziemi”.

Dobrze jednak, że są ludzie którzy w tej i innych sprawach biją się o prawdę. Do 28 lutego w sali Przystanku Historia Centrum Edukacyjnego IPN w Warszawie można oglądać „Świadectwo 1939-1946”, czyli wystawę płaskorzeźb i rzeźb profesora Stanisława Kulona. Urodzony w Sobiesku pod Podhajcami w Tarnopolskiem został wraz z rodziną zesłany w 1940 roku na Syberię i być może w ten sposób uniknął śmierci z rąk ukraińskich. W łagrach zginęli jego rodzice i młodsze rodzeństwo. Ekspozycja to trzydzieści trzy sosnowe, barwione tablice, przedstawiające ukazującą sowieckie i banderowskie zbrodnie na Polakach oraz kolaborację Żydów z sowietami. Wystawa godna polecenia. Mimo, że trwa od 2 lutego to jakoś cicho o niej w najważniejszych mediach, nie otwierali jej, ani nie odwiedzili – nie mówiąc o poruszaniu tej tematyki w wystąpieniach – prezydent i kandydaci w wyborach. Cóż, to nie jest trendy…

Autor bloga

Jakucki-Piotr

Piotr Jakucki

Dziennikarz i publicysta, m.in. „Nowy Świat”, „Gazeta Polska”, w latach 1995-2010 redaktor naczelny tygodnika „Nasza Polska”, „Głos Polski” (Kanada), „Goniec” (Kanada), „Kurier Chicago” (USA), korespondent radia „Sami Swoi. W porannym rytmie” (Chicago).

Najczęściej czytane na blogu

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook