Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Języczek u wagi

29.04.2015

Na niecałe dwa tygodnie przed wyborami prezydenckimi nie zaryzykowałbym u bukmachera obstawienia ich wyniku. Ani tego, czy wybory rozstrzygną się w pierwszej turze, ani tego, kto ostatecznie będzie ich zwycięzcą, jeśli miałoby dojść do drugiej rundy, która jest już zwykle plebiscytem. Nie można też przesądzić, choć sondaże mówią co innego i już dziś wskazują zwycięzcę, że jeśliby Andrzej Duda zdobył mniej głosów 10 maja niż Bronisław Komorowski, to że sytuacja ta powtórzy się na pewno 24 maja.

W końcu w 2005 roku Lech Kaczyński wygrał w drugiej turze z Donaldem Tuskiem, mimo że w pierwszej kandydat PiS uzyskał nieco mniejsze poparcie niż kandydat PO. Pamiętamy jednak, że przed drugą turą o głosowanie na Lecha Kaczyńskiego zaapelował Andrzej Lepper, lider będącej wówczas na fali Samoobrony, który w wyborach prezydenckich zdobył 15 procent poparcia. Zaś partia Leppera weszła wtedy do sejmu, zdobywając aż 12 procent głosów. Naturalnie, trudno powiedzieć dziś, na ile wtedy poparcie Andrzeja Leppera pomogło Lechowi Kaczyńskiemu, ponieważ to nie jest tak, że kandydat może po prostu przekazać swoje głosy. Jednak nie to jest najciekawsze w tamtych wyborach, tylko frekwencja. Relatywnie niska jak na wybory prezydenckie, bo wynosząca 49,74 w pierwszej turze, a 50,99 w drugiej. Dla porównania, w 2010 roku w wyborach prezydenckich zakończonych zwycięstwem Bronisława Komorowskiego nad Jarosławem Kaczyńskim, mimo korzystnej dla kandydata PiS sytuacji posmoleńskiej, było to odpowiednio: w pierwszej rundzie 54,94 i 55,31 w drugiej. Z kolei pięć lat przed zwycięskimi dla Prawa i Sprawiedliwości wyborami w 2000 roku, które, ubiegając się o reelekcję, wygrał w pierwszej turze Aleksander Kwaśniewski, frekwencja wyniosła aż 60,12 procent.

Czy nie można z tego wywnioskować, że elektorat lewicowy i centrolewicowy, choć to oczywiście dyskusyjne określenia, jest potencjalnie większy? I co za tym idzie o wynikach wyborów rozstrzyga to, na ile ten właśnie elektorat uda się zmobilizować. Za tym, że tak właśnie jest, przemawiają tak dane z wyborów parlamentarnych w 2005 roku, jak i z przyśpieszonych wyborów dwa lata później. W 2005 roku, owszem, wygrywa PiS, ale jednak przy rekordowo niskiej frekwencji 40,57 procent. Następne wybory wygrywa już PO, ale do urn idzie już wyjątkowo dużo, bo 53,88 procent uprawnionych do głosowania. Podobnie jest za cztery lata, gdy partia Donalda Tuska znowu wygrywa, a frekwencja wynosi 48,92 procent, mniej niż w 2007, ale jednak znacznie więcej niż w 2005, gdy wygrało Prawo i Sprawiedliwość. Na PiS głosuje w 2005 (podaję w zaokrągleniu) 3,2 mln wyborców, w 2007 — 5,2 mln, a w 2011 — 4,3 mln. Na PO odpowiednio: w roku 2005 — 2,8 mln, w 2007 — 6,7 mln, a w 2011 — 5,6 mln.

Wniosek z tego zestawienia można wysnuć taki, że elektorat, nazwijmy umownie: lewicowy, centrolewicowy, liberalnolewicowy — jest potencjalnie liczniejszy od tego, powiedzmy, konserwatywnego i prawicowego, do którego odwołuje się PiS. Wystarczy popatrzeć na 2007 rok, na frekwencję w wyborach i liczbę głosów oddanych na PO. A nie dość, że liczba potencjalnych wyborców prawicy i ogółem niezadowolonych z rządów PO może być mniejsza, to jeszcze mają oni do wyboru aż pięciu pretendentów: Andrzeja Dudę, Pawła Kukiza, Janusza Korwina-Mikkego, Grzegorza Brauna i Mariana Kowalskiego.

Pewnie, że to tylko kandydat PiS może wejść do drugiej tury, jednak nie wiem, czy to „do koloru, do wyboru” po prawej stronie, w szczególności zaś znaczne poparcie dla Pawła Kukiza, nie przełoży się negatywnie na wynik kandydata PiS 10 maja. Co innego „sieroty” po SLD, po Ruchu Palikota, część wyborców PSL, którym Waldemar Pawlak dał już do zrozumienia na pielgrzymce strażaków, kogo popiera. Oni nie mają raczej innego wyboru niż Bronisław Komorowski. A są jeszcze ci, którzy nie chcą zmian, albo jeszcze i ci, którzy nie bardzo wiedzą, o co chodzi w tej grze, ani czego się mają spodziewać po dokonaniu takiego, a nie innego wyboru. I jeśli już będą głosować, to tak, jak ktoś, kogo znają z telewizji i kogo nazwisko „kojarzą”, jak na przykład Przemysław Saleta, Adam Małysz czy Romuald Lipko z „Budki Suflera”. To oni też — to czy pójdą, czy zostaną na grillu — będą języczkiem u wagi.

Stąd nie dziwi wcale apel sztabu Bronisława Komorowskiego: „Rozstrzygnijmy wybory w pierwszej turze”. To nic innego jak apel o pójście do urn, bo tylko przy wysokiej frekwencji jest szansa na wygraną w pierwszym podejściu. Zatem PO teraz już tylko będzie mobilizować. Przy pomocy mediów publicznych, celebrytów pokazywanych w spotach i czego jeszcze tam bądź, bo wszystkie chwyty dozwolone. Tylko patrzeć, jak wystąpi też Ewa Kopacz. Obiecała w końcu, że zrobi wszystko, by Bronisław Komorowski wygrał w pierwszej turze, a jak PO mówi, że wszystko, to wszystko... 

Autor bloga

Jakucki-Piotr

Piotr Jakucki

Dziennikarz i publicysta, m.in. „Nowy Świat”, „Gazeta Polska”, w latach 1995-2010 redaktor naczelny tygodnika „Nasza Polska”, „Głos Polski” (Kanada), „Goniec” (Kanada), „Kurier Chicago” (USA), korespondent radia „Sami Swoi. W porannym rytmie” (Chicago).

Najczęściej czytane na blogu

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook