Jedynie prawda jest ciekawa

Gross trafił pod strzechy

20.11.2012

Życiorys rotmistrza Witolda Pileckiego to jedno świadectwo patriotyzmu i polskości.

Stowarzyszenie Auschwitz Memento chce nakręcić film o „ochotniku do Auschwitz”, twórcy ruchu oporu w tym niemieckim obozie koncentracyjnym i pierwszych na świecie raportów o holokauście

Postać światowego formatu bohatera wciąż nie doczekała się obrazu filmowego, mimo że scenariusz napisany przez życie rotmistrza jest taki, że trudno lepszy i tak niebanalny sobie wymarzyć. Widowisko teatralne „Sceny Faktu” Teatru Telewizji z 2006 roku w reżyserii Ryszarda Bugajskiego, to zdecydowanie za mało.

Zamordowany w 1948 roku przez komunistów Pilecki to co przeżył w kazamatach Urzędu Bezpieczeństwa opisał żonie podczas ostatniego widzenia mówiąc: „Oświęcim to była igraszka”. W Polsce ludowej i tej po „okrągłym stole” oficjalnie skazany był na zapomnienie. Dopiero prezydent RP Lech Kaczyński, którego jedną z wielu zasług było wszczęcie akcji odkłamywania historii najnowszej, uhonorował Pileckiego pośmiertnie Orderem Orła Białego.

I pewnie dlatego do dziś film o nim nie powstał, podobnie jak obrazy o bohaterach AK i II Konspiracji, ot choćby o „Ponurym”. Polskość jest niemodna i pozostaje retorycznym pytanie, czy dziś powstałyby nakręcone w peerelu: „Zamach”, „Akcja pod Arsenałem”, „Orzeł”, czy „Gdziekolwiek jesteś Panie Prezydencie” z niezapomnianą kreacją Tadeusza Łomnickiego. Po co ludziom przypominać korzenie? Najważniejsza jest skuteczna propagandowa idylla rodem z „Matriksa” braci Wachowskich, skrywająca pod maską demokracji i powszechnej szczęśliwości świadomościowy totalitaryzm. Toteż i z filmem o Pileckim raczej skończy się na zapowiedziach. Według inicjatorów przedsięwzięcia różne instytucje odmówiły wsparcia tego projektu. Rozpoczęto więc społeczną zbiórkę funduszy, której efekt może być bardzo różny…

Taki obraz jak „Generał Nil” Ryszarda Bugajskiego, czy przedstawienia „Sceny Faktu” Teatru Telewizji, to tylko wyjątki potwierdzające regułę. Na cenzurowanym znalazł się nawet Kazimierz Pułaski. 20 października br. w wywiadzie dla „Onetu” Mariusz Max Kolonko, publicysta „The Huffington Post”, ujawnił że Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, kierowany przez Agnieszkę Odorowicz, odmówił wsparcia finansowego dla koprodukcji o tym wspólnym bohaterze Polski i Ameryki. „Nikt nie wyda ani jednego dolara na film o Pułaskim” – usłyszeli autorzy. Pieniądze, dodam, że z naszych kieszeni, PISF znalazł za to bez problemu na „Pokłosie”, które będzie kształtować negatywny wizerunek naszego kraju. „Skromne” 3.5 miliona złotych w czasie, gdy pierwotnie deklarowany budżet wynosił trochę ponad 5 milionów, a do tego groszem sypnęły jeszcze rosyjska rządowa Fundacja Kina, prywatna „Metrafilms” oraz fundusz Eurimages, administrowany przez Radę Europy.

Film, jak głosi jedna z reklam, „najodważniejszy w Polsce”, jest słaby, zwyczajnie nudny i ciężki ze swym nagromadzeniem prymitywnych szablonów i negatywnych wobec Polaków klisz z krajowej i zagranicznej literatury i kinematografii. Przede wszystkim zaś „Pokłosie” jest świadomym fałszowaniem dziejów najnowszych.

Pasikowski przyznaje, że zrobił film „ze wstydu”, posiłkując się wydarzeniami z Jedwabnego z lipca 1941 roku, gdyż – uogólniając – jesteśmy karmieni „sienkiewiczowską wizją historii”, a tymczasem Polacy w czasie wojny mieli bardzo brudną kartę. W zasadzie nie zajmowali się niczym innym jak mordowaniem każdego spotkanego Żyda lub – co najmniej - denuncjowaniem go na Gestapo. Prawda, z którą tak dowolnie obchodzi się reżyser, była inna - pogromy były zjawiskiem marginalnym, a ich przyczyną były wcześniejsze działania skomunizowanych Żydów po wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny polskie 17 września 1939 roku i wydawanie „polskich sąsiadów” w ręce NKWD. Ale o tym nie wolno mówić. A trzeba mówić, i to wcale nie po to, by cokolwiek usprawiedliwiać, ale by zrozumieć.

Tomasz Lis w „Newsweeku”, pisząc rzecz jasna z entuzjazmem o „Pokłosiu”, zauważa, że jest to „Gross wędrujący pod strzechy”. Ma rację. Pasikowski bezbłędnie wpisuje się w narrację „Sąsiadów”. Jego film jest nieprawdziwy, tak samo jak zakłamane jest dzieło amerykańskiego historyka, o czym w wywiadzie dla „Uważam Rze” mówił niedawno prof. Richard Lucas, autor książki „Zapomniany Holocaust” poświęconej tragedii ludności polskiej w czasie II wojny światowej. Jak stwierdził, gdyby napisał książkę taką jak „Sąsiedzi”, „opartą na tak nieprawdopodobnie słabej bazie źródłowej, książkę niepodpartą żadną kwerendą i bazującą głównie na spekulacjach”, to zostałby natychmiast wyrzucony z cechu historyków. „Pokłosie” jest prawdziwe inaczej i wpisuje się w ponurą tradycję , by użyć nazewnictwa prof. Normana Finkelsteina, „Przedsiębiorstwa Holocaust” parającego się czerpaniem korzyści materialnych z Zagłady oraz zakłamywaniem historii. Dla kasy, panie, dla kasy…

Nadal więc mamy „polskie obozy śmierci”, o których mówił kilka miesięcy temu prezydent USA, Barack Obama, podczas uroczystości pośmiertnego odznaczenia Jana Karskiego Medalem Wolności. Podobnie ma się rzecz z antysemityzmem, mimo że okupowana przez Niemców Polska była jedynym krajem, w którym pomoc Żydom karano śmiercią a nasi rodacy mają najwięcej Drzewek Pamięci w Instytucie Yad Vashem, upamiętniających Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata - ludzi ratujących Żydów podczas II wojny światowej. Polska to nie Francja czasu wojny. Tu za Żydów oddawano życie, w Vichy robiono na nich obławy jak w Vel d’Hiv z 1942 roku i pakowano do bydlęcych wagonów posyłając na śmierć w obozach koncentracyjnych. Ale kto w Europie dziś mówi o francuskim autentycznym antysemityzmie? Więcej, w jednym z seriali dokumentalnych wskazuje się na Francję niemalże jako na głównego sprawcę zniszczenia hitlerowskich Niemiec. A jednocześnie przy omawianiu szturmu na Monte Cassino nic nie mówi się o Armii Andersa.

Co to ma wspólnego z Pasikowskim i jego powrotem reżyserskim? Ależ to proste - negatywny i zafałszowany obraz Polski będzie dominował na świecie, dopóki podobne produkcje będą subsydiowane przez państwo. A poza tym wszystko gra. Całe szkoły już wędrują do kina na „lekcję historii” Pasikowskiego, „salon” robi klakę „najodważniejszemu filmowi”, kasa leci, a my grzecznie płacimy podatki. Cóż, taka nasza uroda, społeczeństwa bardzo tolerancyjnego, że reżyser nie obawia się mówić publicznie, że jego płytki film o zabijaniu „jest o nas”, „jest naszym rachunkiem sumienia”. Ciekawe o jakiej odwadze Pasikowskiego mówią Andrzej Wajda, czy Roman Polański, który „długo czekał na ten film” i zdaniem którego „trzeba było być bardzo odważnym, żeby go zrobić”? Jaki „salon”, taka „odwaga”?

Czy Pasikowski pokazuje w „Pokłosiu” choć jednego Polaka z czasów okupacji ratującego ludność żydowską z rąk niemieckich? To byłoby niepoprawne politycznie, więc przez twórcę „Psów” jesteśmy pokazani jako ludzie zacofani, bo na początku XXI wieku nie mający telefonów, samochodów, czarnosecinni z twarzami wykrzywionymi nienawiścią, żądzą zemsty i antysemityzmem, którzy dorobili się majątków na śmierci zamordowanych przez siebie w wojnę Żydów. Zaś Józef Kalina, „jedyny sprawiedliwy”, który ratuje macewy, zostaje przez wiejską tłuszczę ukrzyżowany na drzwiach. Tak prymitywnie i w sposób tak przerysowany Pasikowski pokazuje na co to stać polską hołotę, tę zaślepioną nienawiścią dzicz.

Faktycznie, w latach 80. w Brańsku historyk i działacz społeczny Zbigniew Romaniuk zaczął zbierać poniszczone macewy, czyścił je, odczytywał napisy oraz dokumentował cmentarze żydowskie w Brańsku, Drohiczynie i Mielniku. To on ma być pierwowzorem postaci Józefa Kaliny. Ale czy – tak jak to jest w przekazie Pasikowskiego – człowiek ten ratując od zapomnienia dziedzictwo kultury żydowskiej, niezaprzeczalnego składnika naszej kultury narodowej, stał się ofiarą antysemickich sąsiadów, którzy wpierw namalowali mu antyżydowskie napisy w obejściu, zabili siekierą psa i spalili zbiory? Bynajmniej. Zbigniew Romaniuk, dzięki działalności którego uchroniono przed dewastacją również miejscowe cmentarze, prawosławny i rzymskokatolicki, w Brańsku cieszy się uznaniem i szacunkiem, mieszkańcy wybrali go do władz miasta.

Piotr Jakucki

Autor bloga

Jakucki-Piotr

Piotr Jakucki

Dziennikarz i publicysta, m.in. „Nowy Świat”, „Gazeta Polska”, w latach 1995-2010 redaktor naczelny tygodnika „Nasza Polska”, „Głos Polski” (Kanada), „Goniec” (Kanada), „Kurier Chicago” (USA), korespondent radia „Sami Swoi. W porannym rytmie” (Chicago).

Najczęściej czytane na blogu

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook